Recenzja filmu Dżentelmeni (2019)
Guy Ritchie

W starym, dobrym stylu

Jeśli po disneyowskim "Aladynie" narzekaliście, że Guy Ritchie stracił pazur i złożył talent na ołtarzu familijnej masówki, możecie odetchnąć z ulgą. "Dżentelmeni" to nie tylko jego najlepszy ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Handlarz marihuany Mickey Pearson (Matthew McConaughey) swoje w życiu przeszedł. Począwszy od drobnej dilerki na studiach przez wrogie przejęcia z maczetą w garści aż po kolacje z brytyjską socjetą, bohater konsekwentnie budował "zielarskie" imperium. Po latach nadszedł wreszcie czas, by zwolnić obroty i z ukochaną żoną u boku (Michelle Dockery) korzystać z nielegalnie zarobionej fortuny. Gdy Mickey wystawia dochodowe przedsiębiorstwo na sprzedaż, niczym pszczoły do miodu zlatują się potencjalni nabywcy. Biznesmen szybko przekonuje się jednak, że pożegnanie z półświatkiem nie będzie tak łatwe, jak mogło mu się wydawać. Zwłaszcza, gdy na celownik weźmie go wścibski reporter nasłany przez upokorzonego medialnego magnata.

photo.title

Jeśli po disneyowskim "Aladynie" narzekaliście, że Guy Ritchie stracił pazur i złożył talent na ołtarzu familijnej masówki, możecie odetchnąć z ulgą. "Dżentelmeni" to nie tylko jego najlepszy film od lat, ale również powrót do kina, które dwie dekady temu zapewniło twórcy "Porachunków" uwielbienie widowni. Reżyser ponownie wkracza z kamerą w mroczne podbrzusze Londynu. Starzy wyjadacze walczą tu o władzę z wygłodniałymi młodymi wilkami, lokalni kryminaliści mierzą się z napływem zagranicznej bandyterki, a jedno feralne zdarzenie puszcza w ruch domino przemocy. Ekranowy świat tradycyjnie zaludnia barwna zbieranina typów spod ciemnej gwiazdy: dystyngowany adiutant Pearsona, Ray (Charlie Hunnam), rozpierany przez ambicję chiński gangster Sucho Oko (Henry Golding), obdarzony ciężką pięścią i miękkim sercem Trener (Colin Farrell), wreszcie pełniący funkcję narratora cyniczny, roztrajkotany dziennikarz Fletcher (doskonały Hugh Grant). Ten ostatni niczym baśniowa Szeherezada wciąga widzów w pełną dygresji oraz zwrotów akcji intrygę wyraźnie inspirowaną klasykiem brytyjskiego kina gangsterskiego – "Długim Wielkim Piątkiem" z Bobem Hoskinsem i Helen Mirren.  

photo.title

Śledząc biznesowe perypetie Mickeya Pearsona, trudno oprzeć się wrażeniu, że Ritchie odreagowuje w filmie własne zawodowe stresy. Reżysera "Przekrętu" oraz króla narkobiznesu łączy przecież całkiem sporo. Obaj rzucili szkołę, aby rozwijać kariery w pasjonujących ich branżach. Każdy z nich jest self made manem, który dzięki zuchwalstwu i ciężkiej pracy wywalczył sobie wysoką pozycję w swoim środowisku. Obaj mierzą się także z zarzutami, że dojrzały wiek oraz zasobny portfel złagodziły ich temperament. I Pearson, i Ritchie dowodzą ostatecznie, że chociaż są reprezentantami starej szkoły, nadal potrafią przywalić na odlew. "Dżentelmeni" nie biorą jeńców. W tej smoliście czarnej komedii nie brakuje żartów pod adresem próżniaczej brytyjskiej arystokracji, mniejszości etnicznych, brukowych mediów, brexitu, rozwydrzonej młodzieży oraz gejów. Ministerstwo zdrowia zaleca, by przed seansem osoby przewrażliwione na punkcie poprawności politycznej zażyły leki uspokajające.

photo.title

Choć mniej tu znanego z poprzednich filmów operatorsko-montażowego ADHD, autorski stempel Ritchiego jest wciąż doskonale widoczny. Ze sprawdzonych składników – błyskotliwych (i świetnie przetłumaczonych na język polski przez Piotra Lickiego) dialogów, nielinearnej narracji, perfekcyjnie skompilowanego soundtracku oraz tyleż szokującej co absurdalnej przemocy – reżyser przyrządza jeszcze jeden orzeźwiający, wysokoprocentowy koktajl. Napój godny dżentelmena.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (74 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry