Recenzja filmu

Dumni i wściekli (2014)
Matthew Warchus
Bill Nighy
Imelda Staunton

Śmiech jak kromka chleba

Film Matthew Warchusa realizuje przecież lewicową fantazję o porozumieniu ponad podziałami. Fantazję tym bardziej fascynującą, że – w tym konkretnym przypadku – spełnioną. Dziś, gdy wydaje się, ...
To już wręcz tradycja brytyjskiego kina: opowiadanie o traumie strajków i thacheryzmu (oraz ich pokłosiu) w formie lekkich komedii, komediodramatów z silnym społecznym komponentem. Na pierwszym planie rozbierają się jacyś faceci ("Goło i wesoło"), grają sobie muzycy ("Orkiestra"), tańczy pewien chłopiec ("Billy Elliot"), a gdzieś w tle protestują otoczeni kordonami policji górnicy albo ciągną się kolejki zwolnionych z kolejnej fabryki robotników. "Dumni i wściekli" gładko wpisują się w tę konwencję. Również tu – zgodnie z powyższym zwyczajem – wyspiarska historia najnowsza opowiedziana jest z nieoczywistej perspektywy. W tym wypadku: przez pryzmat środowiska homoseksualistów. Co ciekawe, akurat ten punkt widzenia został podyktowany przez samą historię.



Film Matthew Warchusa realizuje przecież lewicową fantazję o porozumieniu ponad podziałami. Fantazję tym bardziej fascynującą, że – w tym konkretnym przypadku – spełnioną. Dziś, gdy wydaje się, że hermetyczna filozofia i postępowa obyczajowość lewicowej inteligencji raczej odgradzają ją od proletariatu, niż pozwalają znaleźć z nim wspólny język, podobna historia może wydawać się wyssana z palca. Dlatego warto tę baśń opowiadać – właśnie dlatego, że wydarzyła się naprawdę. W 1984 grupa gejowskich aktywistów faktycznie postanowiła wesprzeć strajkujących górników, co było niemałym zaskoczeniem dla obu środowisk. Ale ten gest wynikał przecież z ponownego przemyślenia lewicowych ideałów. Z postawienia znaku równości między doświadczeniem dwóch różnych grup. Na pierwszy rzut oka geje i lesbijki nie mają zbyt wiele wspólnego z pracownikami kopalń. Ale jedni i drudzy byli w połowie lat 80. na pozycjach ofiar, jedni i drudzy mieli też wspólnego wroga w osobie niejakiej Żelaznej Damy. "Dumni i wściekli" to więc opowieść o przezwyciężeniu uprzedzeń i wyciągnięciu ręki do osoby w potrzebie. O społecznych loserach jednoczących się w swojej opresji.  



Jeśli brzmi to jak jakaś budująca narracja o superbohaterach – to właśnie tak ma to brzmieć. Warchus czerpie z tradycji kręconego w słusznej sprawie kina, z tradycji pana Smitha jadącego do Waszyngtonu. Popycha jednak wzorzec gatunkowy do jego logicznych granic. Everyman przeciwstawiający się hegemonowi nie jest tu przecież po everymańsku szary i zwyczajny. Nasi protagoniści to w końcu kolorowa ekipa rodem z Parady Równości. Reżyser ucieka się do typażu i charakteryzuje każdego z bohaterów za pomocą jakiejś wyrazistej cechy (swoistej "mocy" każdego z nich). Mark (Ben Schnetzer) lubi przewodzić, Jonathan (Dominic West) jest zblazowany, Joe (George McKay) siedzi jeszcze w szafie, a Steph (Faye Marsay) jest pyskata i wojownicza. Takie podejście grozi degeneracją w pochód klisz, ale Warchus zgrabnie unika tej pułapki. Bo raz: ma wystarczająco dużo postaci, by narysować wielowymiarowy portret środowiska LGBT. I dwa: wszyscy protagoniści przechodzą w toku akcji własną ewolucję; ktoś wykłóca się z rodzicami, nad kimś krąży widmo AIDS i tak dalej. O pełnokrwistości bohaterów niech świadczy fakt, że obowiązkowe finałowe notki o dalszych losach każdego z nich potrafią nie tylko zaskoczyć, ale i autentycznie wzruszyć.



Ale mimo tego ładunku czułości oraz społecznikowskiego zacięcia "Dumni i wściekli" to jednak przede wszystkim komedia. Humor rodzi się tu ze starcia dwóch światów. Z jednej strony jest wielkomiejska homoseksualna bohema, z drugiej: tradycyjna małomiasteczkowa wspólnota. Paddy Considine, Imelda Staunton i Bill Nighy bardzo wdzięcznie odgrywają ewolucję mieszkańców walijskiej wioski: od nieufności do akceptacji. Czy jest w tej przemianie jakieś zaskoczenie? Wiadomo, że nie. Kierowana wymogami konwencji trajektoria fabuły "Dumnych i wściekłych" przypomina przecież schemat komedii… romantycznej. Najpierw niesnaski, potem miłość, gdzieś po drodze trochę wybojów. Ale te – bardzo specyficzne – umizgi ogląda się naprawdę wybornie. A że morał, jaki płynie z opowiedzianej przez Warchusa baśni, jest oczywisty? Grunt, że zasłużony i brzmiący z pełną mocą. 
1 10
Moja ocena:
7
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
90% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (113 głosów).
Udostępnij:
Reżyser i scenarzysta filmu, Matthew Warchus i Stephen Beresford, są debiutantami w swoim fachu, mimo to spisali się na medal. Udało im się pokazać historię o akceptacji, ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 85%