Recenzja filmu Niewidzialny człowiek (2020)
Leigh Whannell

Whannell słusznie wziął sobie do serca komunał, że najbardziej boimy się tego, czego nie widać. Rezygnuje więc z faceta owiniętego bandażami (chociaż robi do niego aluzję), w zamian decydując się ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Kiedy jeszcze studio Universal miało nadzieję, że "Niewidzialny człowiek" będzie częścią tak zwanego "Dark Universe", w tytułowego bohatera miał wcielić się Johnny Depp. W międzyczasie projekt uniwersum jednak upadł, podobnie jak upadł Johnny Depp, uwikłany w medialną pyskówkę z Amber Heard o to, które z eksmałżonków jest ofiarą przemocy domowej. Ciekawy zbieg okoliczności, biorąc pod uwagę fakt, że nowy "Niewidzialny człowiek" robi z niewidzialności metaforę właśnie… przemocy domowej. Źródłem grozy jest tu przecież nie tyle jakaś nadprzyrodzona moc, co całkiem rzeczywista dynamika, według której przemoc pozostaje niewidzialna i to ofiara musi się ze wszystkiego gęsto tłumaczyć. 

photo.title
 
Kluczowa jest już zmiana punktu widzenia. W książce H.G. Wellsa oraz w inspirowanym nią "Niewidzialnym człowieku" (1933) Jamesa Whale'a głównym bohaterem był przecież "człowiek" z tytułu. W "Niewidzialnym człowieku" Leigh Whannella ów "człowiek" to zaś antagonista, czyhający na główną bohaterkę predator. Oto Cecilia (Elisabeth Moss) ucieka w środku nocy od Adriana, który może i jest bogatym naukowcem, ale jest i przemocowym gnojkiem. Porzucony chłopak popełnia wkrótce samobójstwo, a kobieta może wreszcie odetchnąć z ulgą. Ale… czy aby na pewno? Cecilia zaczyna bowiem podejrzewać, że ktoś ją prześladuje. Czy to podły niewidzialny człowiek czy tylko podły zespół stresu pourazowego? 

Whannell, zanim przejdzie do straszenia nas przezroczystym napastnikiem, straszy rzeczami jak najbardziej życiowymi – i chyba tym bardziej strasznymi. Przemyślnie nie pokazuje przemocy domowej w akcji, a jedynie w reakcji. Demonstruje okrutny impas krzyżujących się priorytetów: tu domniemanie niewinności, tam postulat, by dać wiarę ofierze. He said, she said, bądź tu mądry.  Zagwozdka tym większa, że terror Adriana jest subtelny: zamiast siniaków na ciele zostawia raczej blizny w głowie. Nic zatem dziwnego, że Cecilia wciąż tkwi w pułapce. Nawet kiedy już uwalnia się od swojego kata, nawet, kiedy dostaje wsparcie siostry Emily (Harriet Dyer) i przyjaciela Jamesa (Aldis Hodge). 

Zszargane nerwy i czekająca na przepracowanie trauma to przecież jedno. Większym wyzwaniem będzie przekonanie innych – oraz, co gorsza, siebie – że nie masz urojeń, że faktycznie padłaś ofiarą wyrafinowanej manipulacji. "Niewidzialny człowiek" nie trzyma nas w stanie niepewności szczególnie długo, ale wystarczająco długo. Zwłaszcza że Moss jest rewelacyjna w portretowaniu postaci zapędzonej na skraj psychicznej równowagi. Jej Cecilia to kobieta, która kurczowo chwyta się tego, co podpowiadają jej zmysły, nawet jeśli wciąż pozostaje cień wątpliwości, że właśnie chwyciła się brzytwy.
 
Żeby nie było: nie jest to film szczególnie subtelny. Za dużo tu opisowych dialogów typu "jestem policjantem" czy "on jest czołowym specjalistą w dziedzinie optyki", za dużo oczywistych symboli w rodzaju "przezroczystego" szklanego domu Adriana. Nie jest to też film szczególnie oryginalny: cały koncept, by użyć horroru jako nośnika dla feministycznych rozpoznań, jest dziś przecież modnym popkulturowym truizmem (co wcale nie przekreśla celności tych rozpoznań). No i nie jest to film szczególnie bystry: gdyby przyłożyć do fabuły szkiełko i oko przyczynowo-skutkowej logiki, z pewnością objawiłoby się kilka niedorzeczności. Na szczęście jest to również film niezwykle skuteczny. 

photo.title

Whannell słusznie wziął sobie do serca komunał, że najbardziej boimy się tego, czego nie widać. Rezygnuje więc z faceta owiniętego bandażami (chociaż robi do niego aluzję), w zamian decydując się na… pustkę w kadrze. Całe napięcie bierze się tu z precyzyjnej inscenizacji, ze zmyślnych interakcji między kamerą a scenografią – zaplanowanych tak, by wymusić na widzach nerwowe skanowanie ekranu w poszukiwaniu śladu zagrożenia. Nieustannie wysilamy zatem wzrok i szukamy najmniejszego ruchu, zachodząc w głowę, czy niepokojący kształt w oddali to tylko niewinna płachta na wieszaku czy może jednak groźny napastnik. Whannell nie idzie też w jump-scare'ową łatwiznę. Woli zagęszczać nastrój, posiłkując się muzyką i sound-dizajnem. Ma to sens w filmie o tym, czego nie widać: siedzisz sobie w fotelu kinowym i nawet nie wiesz, czemu nagle robi ci się jakoś tak duszno i ciasno. Strach bowiem zakrada się do twojej głowy bocznymi drzwiami – nie okiem, ale uchem.  

I otóż to: "Niewidzialny człowiek" to przede wszystkim sprawna machina filmowych atrakcji. Jeśli ktoś spodziewa się, że Whannell stanie w jednym rzędzie z prymusami, Eggersem, Peele'em czy innym Asterem, to raczej się zawiedzie. Whannell nie ma podobnych ambicji. Zamiast prowokować intelekt skupia się na dyrygowaniu bezwarunkowymi odruchami: celuje raczej w serce i bebechy niż w rozum. Trochę szkoda: miło byłoby na przykład, gdyby śmielej wydobył ambiwalencję ostatecznego rozstrzygnięcia. Finałowy zakręt spirali przemocy zostaje przecież uspokajająco przyklepany, rozgrzeszony – mimo że jest cokolwiek dwuznaczny. Ale to już kwestia preferencji: czy lepiej, by horror kończył się heroicznym katharsis czy może niepokojącą komplikacją? Poza tym nie to jest chyba najważniejsze. Bo nawet jeśli ów "Niewidzialny człowiek" nie przynosi jakiejś posthorrorowej rewelacji, to i tak daje czyste gatunkowe spełnienie. Wystarczy.   
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (54 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry