Artykuł

Polskie kino w poszukiwaniu formy

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Polskie+kino+w+poszukiwaniu+formy-90026
Niewiele się zmienia. Międzynarodowe sukcesy filmów Jerzego Skolimowskiego ("Essential Killing"), Agnieszki Holland ("W ciemności") czy Lecha Majewskiego ("Młyn i krzyż") to wciąż wyjątki. Na światowych festiwalach dyskutujemy o kinie z Rumunii, Węgier, Rosji czy z Izraela. Polskie filmy w tego rodzaju debatach nie biorą udziału. Niekoniecznie wyszliśmy z mody, tylko być może polskiemu kinu brakuje stylu, chorujemy na niedomiar formy. Bo przecież nie trzeba wcale wygrywać  filmowych bitew pod Wiedniem, żeby zaprezentować nasz potencjał. Przykład pokazywanego już na kilkunastu międzynarodowych festiwalach wchodzącego na ekrany "W sypialni" [person=1170754]Tomasza Wasilewskiego[/person] jest wymowny. Wystarczy talent.

Na taki sukces nikt nie liczył, podejrzewam, że łącznie z twórcami. Film [person=1170754]Wasilewskiego[/person] powstawał w partyzanckich warunkach za budżet połowy ceny zwyczajowo przeznaczanej na catering. Okazało się że "W sypialni" jest jednym z niewielu rodzimych tytułów, które prowadzą ciekawy dialog z najciekawszymi trendami w niezależnym kinie światowym. Nie chodzi o konkretne zapożyczenia, tylko twórczą inspirację. Bohaterem filmu jest kobieta (Katarzyna Herman), co samo w sobie jest ewenementem w naszym kinie. Co więcej, bohaterka nie ma jasno zdefiniowanego psychologicznego profilu. Niewiele o niej wiemy, mało się dowiemy. Edyta bywa neurotyczna i pastelowa, czasami się uśmiecha, częściej milczy zamyślona. Bywa genetowską złodziejką cudzych rozkoszy, ale kradnie także naprawdę. Czasami chodzi o trzy plastry żółtego sera, częściej o sto złotych, łyk grzechu i gorzkiej żołądkowej. Widzom kradnie również serca.

Uniwersalne, zrozumiałe wszędzie, a jednocześnie bardzo polskie "W sypialni" jest ewenementem. Od czasu kina moralnego niepokoju nasze filmy nie wyrobiły sobie właściwości, dzięki której byłyby rozpoznawalne na świecie. Udane tytuły z ostatnich lat wynikają raczej z niepodległych talentów artystycznych ich twórców: tych wczorajszych (Wajda, Skolimowski, Kędzierzawska) i współczesnych (Smarzowski, Jakimowski). Jednak zarówno "młodzi", jak i "starzy" w sposób zastanawiający są odporni na światowe trendy. Prawie nikt twórczo nie nawiązuje do Van Santa, Kar Waia, Gaspara Noé, Brunona Dumonta czy Catherine Breillat. Nawet w stosunkowo udanych filmach dominują schematy wyczytane w prasie, sensacje obejrzane w telewizji. Bohaterowie są z papieru. Widz zbyt często odnosi wrażenie, że jego męka w kinie jest wprost proporcjonalna do męki reżysera.

Właśnie dlatego chciałbym w tym eseju oddać sprawiedliwość może nie zawsze do końca udanym, ale interesującym próbom poszerzania archaicznego, linearnego języka kina na rodzimym gruncie.

Znamienne, że w tym samym dniu co "W sypialni", do kin trafią eksperymentalne "Trzy siostry T." Macieja Kowalewskiego. Te dwa tytuły, przy wielu różnicach, sporo łączy. Na pewno nie tylko symboliczny budżet obu produkcji. Kowalewski, będąc człowiekiem teatru (jego film jest adaptacją sztuki granej w Teatrze Na Woli) nie udaje kina. Groteskowa opowieść o trzech harpiach i 35-letnim mężczyźnie uwięzionym w ciele chłopca nosi wszelkie znamiona scenicznego pierwowzoru. Zgodnie z regułami teatralnej gry świetni aktorzy zostali przez reżysera sprowokowani do użycia mocnych środków, niekiedy nawet zbyt mocnych. W tym szaleństwie jest wszakże metoda: "Trzy siostry T." stanowią oryginalną formę pośrednią pomiędzy teatrem a popularnym w Polsce Teatrami Telewizji. To kino niefrasobliwe, na własny użytek nazwałbym je "filmodramą". "Siostry" ogląda się ze zdziwieniem, seans wytrąca wręcz z równowagi, ale to film w pełni autorski,  autonomiczny i wyrazisty.

 
"Trzy siostry T."

Pod tym kątem osiągnięciem był również "Daas" Adriana Panka, w którym niemal każdy element wydawał się oryginalny. Począwszy od rzadko wykorzystywanej przez młodych twórców formuły kina kostiumowego, poprzez niewiarygodną, chociaż prawdziwą historię XVIII-wiecznego fałszywego mesjasza żydowskiego, kończąc na niespokojnej narracji. Panek, mający wcześniej na koncie jedynie niezbyt udaną etiudę "Męczeństwo Mariana" nakręconą w 2006 roku w ramach programu "30 minut", nie przestraszył się wyzwania. W jego debiucie duchowość miesza się z polityką, a komediowy melodramat z postmodernistycznym kryminałem. Najbardziej spodobała mi się jednak brawura reżysera, który nie bojąc się zarzutów o stylistyczny i narracyjny hermetyzm, pokazał historię bez pointy, jednoznacznego podziału ról. Duszący polskie kino kierat solenności został mocno poluzowany. Oglądając "Daas", miałem wrażenie obcowania z filmem wolnym od szantażu udowadniania czegokolwiek, przeprowadzania tez i syntez.

Podobnie było z "Erratum". Marek Lechki buduje filmowe opowieści na półtonach: delikatnie, skupiając się na detalach. Bohaterowie filmowani w bliskich planach stopniowo ujawniają tęsknoty. Erratum – czyli errata, przepisanie życia, to także świadomość momentu, w którym się znaleźliśmy.

Lechki realizuje filmy rzadko, zawsze z problemami produkcyjnymi – "Erratum", podobnie jak wszystkie wymienione wcześniej tytuły,  powstało za połowę budżetu kameralnego filmu. W fabularnej etiudzie "Astronom" z 2002 roku po raz pierwszy opowiedział o trudnych relacjach pomiędzy ojcem i synem, kochających się i jednocześnie tęskniących – za brakującym ogniwem, za matką. W głośnym, wielokrotnie nagradzanym filmie telewizyjnym "Moje miasto" pokazał zbiorowy portret mieszkańców peryferyjnego bloku gdzieś na Górnym Śląsku. "Erratum" to kolejne ogniowo sagi Lechkiego o neurotycznej chorobie naszych czasów.

 
"Erratum"

Własną drogę, peryferyjną wobec oczywistych filmowych ścieżek, obrali  wywodzący się ze świata plastyki, Anka i Wilhelm Sasnalowie. Międzynarodowym wydarzeniem był ich film "Z daleka widok jest piękny", dotykający co najmniej kilku tematów tabu, jednak już wcześniej Sasnalowie pozytywnie zaskoczyli niepokazywanym dotychczas w Polsce filmem "Świniopas". Wilhelm Sasnal jako reżyser, filmując tekst Anki, pokazuje w "Świniopasie" sytuacje dramaturgiczne, których celowo nie doprowadza do szczęśliwego (albo i nie) finału. W filmie nie ma pointy. Są rozbite, potłuczone  fragmenty. Chłopiec z gitarą, tytułowy, w zasadzie nieobecny świniopas oraz dwie dziewczyny grane przez Martę Ojrzyńską i Karolinę Kominek: zafascynowane sobą, o niesprecyzowanej cielesności.

Folklorystyczna wiejska zabawa zostaje zderzona z brawurowymi scenami, stylizowanymi na wczesne kino Dereka Jarmana – uczniowie zawodówki w rytm punkowej muzyki niszczą kamerę. Plują na nią, destruują, kopią. Kamera w "Świniopasie" staje się fetyszem seksualnym, zestawianym na tych samych prawach, co popędy dziewcząt i perwersyjna, ciemna chuć starców. Kamera jest organem płciowym. Jednocześnie voyuerem obserwującym tajemnice domu i stodoły. W jakimś stopniu jest narratorem całej opowieści.

Pozornie "Świniopas" Sasnala to zlepek chaotycznych, przypadkowych scen, ale z tego chaosu wyłania się mniej oczywista narracja, alternatywna wobec wszystkiego, co pokazywało dotąd polskie kino.

"To bujna indywidualność, która nieustannie odkrywa coś nowego: w tekście albo w człowieku. Zaskakuje i otwiera współpracowników" – tak scharakteryzowała Przemysława Wojcieszka współpracująca z nim przy kilku tytułach Jolanta Dylewska. W Wojcieszku najbardziej podoba mi się artystyczna bezczelność. Być może w nazbyt pojemnej narracyjnej gramaturze "Sekretu" (Jedwabne, mizoginizm oraz drag queen) jest co najmniej o kilka przypraw za dużo, ale nowy film Wojcieszka przekonuje jako przeestetyzowana manifestacja twórczej odrębności.

 
"Sekret"

Spośród autorów starszego pokolenia reżyserem świadomym filmowej formy jest także Mariusz Grzegorzek. Odwaga Grzegorzka nie polega jedynie na tym, że w ostatnim jak dotąd filmie, "Jestem twój", ustawił się w kontrze do obowiązujących w polskim kinie staroświeckich standardów w opowiadaniu o cielesności i stosunkach międzyludzkich, ale również na formie, z jaką zostało to pokazane.

Streszczenie filmu Grzegorzka wypada bałamutnie. Zaadaptowana przez reżysera sztuka kanadyjskiej pisarki Judith Thomson to ckliwy romans podszyty przenikliwą wiwisekcją ludzkich zachowań. Tak jakby Bergman kręcił serial "M jak miłość". Bohaterkami są dwie siostrzyczki – jedna nieprzyjemna i autystyczna (stomatolog), druga neurotyczna z wyraźnym skrętem w stronę nimfomanii (kosmetyczka). Jest jeszcze ten trzeci: żeluś, prymityw, amator gier komputerowych. Zmajstruje dziecko lekarce. Wtedy do gry wkroczy jego matka. Dorota Kolak stworzyła w tej roli porywający portret kobiety opętanej żądzą sprawiedliwości społecznej i polskiej ksenofobii, nakazującej jej mścić się na każdym, kto jest inny, lepszy albo chociaż zaradniejszy. Pary się mieszają, miksują, dialogi zacinają, a z ekskluzywnego gabinetu biznesmena, ni stąd, ni zowąd, wylatuje rojowisko pszczół. Grzegorzkowi w "Jestem twój" nie chodzi jednak o konwencjonalną fabułkę, szkiełko i oko filmowego prymusa, tylko przejmujące wskazanie, że ludzkie pszczoły żądlą się najdotkliwiej. Wszyscy jesteśmy szerszeniami.


Mariusz Grzegorzek buduje filmową narrację emocjami. Są ważniejsze od dialogów. Mogą być skrajne, histeryczne, niekontrolowane, ale w końcu to one decydują o chropowatości, niejednoznaczności przekazu. "Jestem twój" nie jest kinem z tezą. Nie chodzi o morał. Grzegorzka interesują bebechy – ciepła ludzka wątroba wydarta po psychologicznym harakiri, oraz liryczne, różowe serduszko z przegiętą strzałką. Grzegorzek,  również w swoich wybitnych przedstawieniach teatralnych, równoważy głębię emocji, określanych często jako prymitywne i zwierzęce, z kiczem, który jest utrwaloną i samoparodiującą się konwencją egzystencjalną. Serduchem kapiącym wielkimi, czarnymi łzami.

Z dorobku polskiego kina ostatnich lat cenię również "Matkę Teresę od kotów" Pawła Sali. Zbrodnia matkobójstwa to w kryminologii wyjątkowo rzadki przypadek. Biologiczna, fizyczna więź łącząca dziecko i matkę niejako z zasady wyklucza możliwość morderstwa. Jeżeli zatem powstaje (oparty zresztą na faktach) film, który za temat obiera właśnie matkobójstwo, można było spodziewać się ekshibicjonistycznego hardcore'u: mocnych scen, histerii, patologii. Paweł Sala  zrealizował jednak intymne kino o chorobie, w którym relacje ludzi "zdrowych" niczym nie różnią się intuicji chorych.


"Matka Teresa od kotów"

Poznajemy tę historię od tyłu. W związku z tym spoilery same się ujawniają. Wszystko wiadomo od pierwszych minut. Synowie, Artur i Marcin, jakiś czas temu zabili matkę, siedzą teraz w policyjnej suce, patrzą na siebie. Nie ma w ich spojrzeniu wielkiego lęku, jest premedytacja. Było to morderstwo w zasadzie bez powodu, w stylu "Immoralisty" Andre Gide'a. Rodzina, jakich wiele. Naprawdę, nic szczególnego. Matka, tytułowa Teresa, to agentka ubezpieczeniowa, dosyć inteligentna, zadbana, kwintesencja przeciętności. Ojciec, zawodowy żołnierz, właśnie wrócił z wojny w Afganistanie. Nie jechał tam, żeby zabijać, chciał zarobić kasę dla rodziny. Jednak to, co zobaczył, przerosło go. W cuchnącym mieszkaniu (wszędzie łażą tytułowe koty – obiekty adoracji Teresy) stara się zachowywać resztki autorytetu. Ale nie potrafi. Mózg przeszkadza duszy. Zapisane na trwałe w pamięci stopklatki jakichś traumatycznych wydarzeń z wolna zamieniają mężczyznę w warzywo. Znika, odchodzi, kurczy się. Jego syn grany przez Mateusza Kościukiewicza sadystycznie zauważa tę metamorfozę. Czuje, że to idealny moment, żeby zająć miejsce ojca. A potem matki. A potem Boga.

***

Reżyserów myślących formą oraz pozbawionych kompleksów romantycznej polskiej szkoły filmowej czy tak zwanego kina mistrzów nie ma w naszym kinie zbyt wielu, dlatego warto im kibicować i z uwagą śledzić kolejne kroki.

[person=1170754]Tomasz Wasilewski[/person] montuje nowy film – "Płynące wieżowce", Maciej Kowalewski pracuje w teatrze, pisze scenariusze; Sasnalowie kręcą w Tarnowie zdjęcia do kolejnego tytułu. Nowy projekt przygotowuje także Przemysław Wojcieszek.

Czekam również na kolejne produkcje Marka Lechkiego, Adriana Panka, Mariusza Grzegorzka i Pawła Sali. Niestety,  produkcja znakomicie pomyślanej "Heroiny" Sali według powieści Tomasza Piątka jest przesuwana z roku na rok, z miesiąca na miesiąc. Ciekawią mnie także debiutanckie filmy najzdolniejszych reżyserów przed pełnometrażowym debiutem: Kuby Czekaja, Piotra Sobbotki, Julii Kolberger, Wojciecha Kasperskiego, Marcina Bortkiewicza, a także kolejny film autora "Zera" Pawła Borowskiego czy "Zły" Xawerego Żuławskiego według Tyrmanda. Bo w polskim kinie powinno być miejsce zarówno dla utalentowanych zawodowców w rodzaju Jana Komasy czy Leszka Dawida, jak i wiecznych eksperymentatorów w stylu Grzegorza Królikiewicza czy Józefa Robakowskiego. Być może w osobach [person=1170754]Wasilewskiego[/person], Sasnalów czy Panka doczekają  się godnych następców.
Udostępnij: