Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/16.+Millennium+Docs+Against+Gravity%3A+Si%C5%82a+kobiet-133166

16. Millennium Docs Against Gravity: Siła kobiet

  • autor: Gabriel Krawczyk, Marcin Stachowicz
  • Relacja
Poznaliśmy już laureata Grand Prix 16. Millennium Docs Against Gravity (naszą relację z wręczenia nagrody oraz rozmowę z Lubomirem Stefanowem, reżyserem filmu "Kraina miodu" można obejrzeć TUTAJ). Poniżej znajdziecie nasze ostatnie recenzje filmów prezentowanych na festiwalu – "Kto zabił sekretarza generalnego ONZ?", "Kwity z Panamy" oraz "To zmienia wszystko". Recenzują Marcin Stachowicz i Gabriel Krawczyk. 

***

Teoria dziejów, praktyka spisków, rec. filmu "Kto zabił sekretarza generalnego ONZ?"


Mads Brügger to troll. Mads Brügger to dziwny Duńczyk z kozią bródką, papieskim sygnetem i doklejonym krawatem. Mads Brügger to wybitny dziennikarz śledczy. Wszystko pasuje, serio, Mads Brügger równie dobrze mógłby zostać moim prywatnym sekretarzem generalnym ONZ. Trudno przejść obojętnie obok tej przewrotnej, tricksterskiej osobowości, która wykorzystuje metody znane z satyry, kabaretu, burleski i mockumentu, żeby popularyzować materiał dowodowy – swoją drogą niezwykle doniosły – zgromadzony w toku wieloletniego dochodzenia. Nie wypada jednocześnie zdradzać szczegółów, bo dwugodzinny film Brüggera ogląda się jak najlepszy thriller szpiegowski i komedię przypadku w jednym; przewrotek, odkryć i twistów jest tutaj tyle, że można nimi wytapetować Pałac Narodów w Genewie. Dość powiedzieć, że dzięki danym uzyskanym przez reżysera powołano specjalną komisję ONZ, która ma zakończyć pracę w czerwcu tego roku. I nie, nie chodzi tutaj wcale – jak sugeruje tytuł – o śmierć sekretarza Daga Hammarskjölda. A przynajmniej nie wyłącznie. 

44156761180_090a8fd21d_k.jpg

Od tej tajemniczej śmierci wszystko się jednak zaczyna. Hammarskjöld, Szwed, który rozpoczął swoje oenzetowskie urzędowanie w 1953 roku, był postacią tyleż popularną, co – w epoce zimnowojennej paniki – kontrowersyjną. Gorący orędownik samostanowienia afrykańskich narodów, swoją zaangażowaną działalnością nadepnął na odcisk nie tylko dawnym potęgom kolonialnym – przede wszystkim Brytyjczykom – ale także wielkim koncernom wydobywczym. Zginął w 1961 roku w katastrofie lotniczej w Rodezji Północnej, czyli dzisiejszej Zambii, lecąc na negocjacje pokojowe między siłami ONZ a oddziałami Katangi – separatystycznego stanu Konga, utworzonego pod auspicjami zachłannych kompanii górniczych. Fakt, czy rzeczywiście mieliśmy do czynienia z katastrofą i błędem pilotów, od początku budził wiele wątpliwości, a potężny – choć wciąż niejasny i niepełny – materiał dowodowy zebrany przez ONZ i prywatnych śledczych prowadzi nas raczej do wniosku, że w Afryce rzeczywiście doszło do zamachu na najwyższego urzędnika Wolnego Świata.  Obecnie, jak się zdaje, na wysokich szczeblach panuje nawet co do tego konsensus – Dag Hammarskjöld został zamordowany. Nie wiadomo tylko, przez kogo i na czyje zlecenie, bo wrogów sekretarz miał licznych i we wszystkich stronach świata.

Brügger wychodzi od tej mimo wszystko mocno poszlakowej sprawy, bawiąc się w mikroskopijną komisję śledczą Antoniego Macierewicza. Zaczyna od przywołania wszystkich ustalonych faktów, poszlak i najbardziej nawet fantastycznych teorii spiskowych, żeby – w kolejnych partiach filmu – podważać ich sensowność. To rozmontowywanie myślenia spiskowego odbywa się w formie ironicznych i prowokacyjnych gagów: reżyser wciela się w rolę srogiego białego suprematysty, który, w hotelowym pokoju, dyktuje scenariusz przyszłego filmu swoim afrykańskim sekretarkom. Z powstającego tekstu cały czas wyłazi słoma – sprzeczności i luk jest tyle, że nie pomagają nawet przyklejane do ściany fiszki, a sam Brügger coraz bardziej plącze się w zeznaniach, konfabuluje i wątpi w sensowność projektu. Absurd piętrzy się na absurdzie, osiągając masę krytyczną w momencie, kiedy Mads i prywatny detektyw Göran – dumny posiadacz samolotowej blachy ze śladami po kulach – jadą ze szpadlami i wykrywaczem metalu szukać zaginionego wraku gdzieś hen, w Afryce. Teraz możemy sobie przyklasnąć i pogłaskać się po głowach: "Kto zabił..." to tylko jeden z tych autotematycznych dokumentów, które nieustannie spierają się same ze sobą, podważają własny sens, bawią się z widzem w ciciubabkę, a na końcu przedstawiają mechanizmy stojące za teoriami spiskowymi jako paralelne z kręceniem filmu albo pisaniem książki. Ot, czcze fantazje. Szach-mat, kolejny pretensjonalny reżyser zaorany! 

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ. 

***

Przodownicy, rec. filmu "Kwity z Panamy"

Znów te sępy, hieny, wilcy. Miałeś temat, własną krwią zapłaciłeś za informacje, a tutaj jakiś łotr z zaprzyjaźnionej redakcji sprzątnął ci robotę sprzed nosa. A przecież tylko spotkaliście się na kawę, słowo daję! Dziennikarstwo bywa wyjątkowo niewdzięcznym kawałkiem chleba, a zaufanie jest w tym zawodzie towarem deficytowym. Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych, kolektyw uhonorowany Pulitzerem za słynne "Kwity z Panamy", to jednak nie tylko fascynujący wyjątek potwierdzający żelazną regułę. Z tego case'u da się również wyłowić pewne istotne wskazania na przyszłość. Ułożyć kodeks dobrych praktyk, który – o ile kryzys dziennikarstwa będzie postępował w dotychczasowym tempie – pozwoli reanimować nadwątlone społeczne zaufanie do czwartej władzy. 

la-1541035870-nrbd3bq29i-snap-image.jpeg

Nie ma chyba sensu szczegółowo odtwarzać wszystkich wydarzeń składających się na "aferę panamską" i wyręczać w tym reżysera Aleksa Wintera. Jego film jest rzetelną i szczegółową kroniką – rekonstruuje krok po kroku kolejne etapy śledztwa, od wielkiego wycieku danych aż po pierwsze publikacje prasowe. Dość przypomnieć, że "Panama Papers" to zbiór 11,5 mln poufnych dokumentów z rajów podatkowych, wśród których znalazły się aktywa licznych prominentnych polityków, celebrytów i biznesmenów, między innymi Władimira Putina, premiera Davida Camerona czy piłkarza Leo Messiego. Kwity – "uwolnione" z panamskiej kancelarii podatkowej i prawnej Mossack Fonseca – jako pierwszy otrzymał dziennikarz niemieckiego dziennika "Süddeutsche Zeitung" od źródła ukrywającego się pod pseudonimem "John Doe". Analiza 2,6 terabajtów danych prosto od lidera branży finansów offshore wymagała zakrojonej na szeroką skalę międzynarodowej współpracy – ostatecznie weryfikacją dokumentów, w ścisłej tajemnicy, zajmowały się setki dziennikarzy w ponad 80 krajach. 

Pierwsze raporty z działań kolektywu ukazały się w formie artykułów prasowych w połowie 2016 roku, skutkując kolejnymi dymisjami polityków i zarzutami korupcyjnymi. Element "sanacyjny" to jednak zaledwie jedna strona śledczego medalu – zdecydowanie ważniejsze okazało się umożliwienie opinii publicznej szerokiego wglądu w strukturę globalnego systemu finansowego, który działa na rzecz jednego procenta najbogatszych i pomaga mu w efektywnym miganiu się od społecznej odpowiedzialności. Kiedy cały świat dyskutuje o rosnących nierównościach majątkowych i zmianach klimatu, elity wciąż kombinują, jak by tu ukryć prawdę o własnych dochodach i uniknąć łożenia na wspólną tacę. Skutki offshoringu są oczywiście najbardziej dotkliwe dla krajów globalnego Południa, gdzie puste skarbce przekładają się na puste brzuchy i niską jakość usług publicznych. To właśnie transnarodowy charakter współczesnego kapitalizmu niejako wymusza przyjęcie zupełnie nowych taktyk dziennikarskich – współpracę na nieznaną dotychczas skalę przy analizie gigantycznych zbiorów danych. Jeśli big data jest – jak się nam od dawna wmawia – przyszłością światowej gospodarki, to bez dwóch jest także przyszłością mediów we wszystkich stanach skupienia.

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ.

***


Siła kobiet, rec. filmu "To zmienia wszystko"

Gdy Tom Donahue zaczynał zbierać wywiady o dyskryminacji kobiet w amerykańskim przemyśle filmowym, o poczynaniach Harveya Weinsteina tylko szeptano, inicjatywa Time's Up nawet nie ruszyła, a hashtagu #MeToo nikt jeszcze nie wymyślił. Po 6 latach harówy dokument trafia na festiwalowe ekrany. O spóźnionym zapłonie nie może być jednak mowy. "To zmienia wszystko" świetnie wpisuje się w wysiłki zmierzające do równouprawnienia, jakie (powoli, powoli) dokonuje właśnie środowisko filmowe – od Hollywood przez Cannes po samą Polskę.

this_changes_everything_-_h_2015.jpg

Tytuł nie kłamie. Dostajemy opowieść o patriarchalnym modelu produkcji filmowej wpływającym na znikomą reprezentację kobiet na ekranie – co z kolei odbija się na codzienności chłonących to wszystko odbiorców. Zjawiska w rodzaju "efektu CSI" (kto nie wie, niech sprawdzi!) niezbicie dowodzą, że obrazkowa popkultura, pokazując, także uczy. Najczęściej niestety uczy tego, że kobieta należy do mniejszości, jej głos niewiele znaczy, że można ją marginalizować i uprzedmiotawiać. Filmowe stereotypy nierzadko utrwalają w nas myśl, że coś wypada posiadaczom penisa, a czegoś nie wypada tym, którzy go nie mają. Kiedy dany scenopisarz i operator opisują fizyczność bohaterki, pomijając jej charakter – obwinia się jednak pojedynczego twórcę. Gdy odtwórczynie narzekają na niedostatek ciekawych ról dla kobiet – tłumaczy się to większymi zyskami, jakie zapewnia męska gwiazda na pierwszym planie. Gdy na jaw wychodzą kolejne nadużycia reżyserów i producentów w kuluarowych relacjach z młodymi aktorkami – niektórzy bagatelizują zjawisko, spychając je na margines patologii. Tom Donahue przejrzyście i stanowczo tłumaczy dyskryminujące uwarunkowania całego hollywoodzkiego systemu. O dziwo, filmowy przemysł nie był taki zawsze. W pewnym momencie coś się w nim popsuło. "To zmienia wszystko" stanowi dokumentację, częściowo już realizowanej, próby jego wyleczenia.

Zestaw narzędzi i rozmach prowadzonego dochodzenia przyprawia o przyjemny zawrót głowy, a liczby padających w filmie słów nie przebiliby bohaterowie samego Tarantino. Dane liczbowe i opisy roli kobiet w fabułach, statystyki świadczące o zmaskulinizowanych mechanizmach rekrutacji, pracy nad filmami, metodach ich recenzowania, a nawet wręczania nagród. Do tego relacje z prowadzonych przez kobiety głośnych batalii prawnych wytaczanych przeciw studiom filmowym i związkom zawodowym w różnych historycznofilmowych epokach. Montaże składające się z seksualizujących kobiety i odbierających im głos scen filmowych, szablonowych ujęć i linii dialogowych. Wreszcie, liczone w dziesiątkach gadające głowy – kobiety znane kinomanom i zasłużone dla przemysłu i sztuki filmowej.

Całą recenzję Gabriela Krawczyka można przeczytać TUTAJ

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię