Relacja

BERLINALE 2014: Kowboje i krasnal

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2014%3A+Kowboje+i+krasnal-102625
Tym razem obejrzeliśmy w Berlinie dwa filmy z konkursu głównego: komedię kryminalną "Obywatel roku" ze Stellanem Skarsgardem (nasz wywiad z nim obejrzycie już jutro) oraz nieudaną farsę "Aimer, boire et chanter" w reżyserii nestora francuskiego kina Alaina Resnaisa.

Zemsta smakuje najlepiej w zimie (rec. filmu "Obywatel roku")

Choć zamiast dzikich prerii i koniokradów mamy tu śnieżną  pustynię i handlarzy narkotyków, "Obywatel roku" to western jak się patrzy. Ogląda się go z tym większą przyjemnością, że oprócz wszystkich niezbędnych atrybutów filmów o kowbojach (samotny mściciel w krainie bezprawia, finałowa strzelanina w samo południe, odjazd ku zachodzącemu słońcu) jest tu też sporo czarnego jak węgiel humoru.


Tytułowy bohater to Nils Dickman (Stellan Skarsgaard) – przeciętniak w sile wieku, który za kierownicą pługu odśnieża codziennie zasypane norweskie drogi. Kiedy jego syn ginie w wyniku porachunków gangsterskich, mężczyzna bierze sprawy w swoje czerwone od mrozu ręce. Z obrzynem w dłoni wymierza sprawiedliwość kolejnym łajdakom, a ich zmasakrowane zwłoki zawinięte w drucianą sieć wyrzuca do wodospadu. Nils mierzy wysoko: marzy mu się głowa szefa wszystkich szefów (znakomity karykaturalny Pål Sverre Hagen). Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jego wendeta zainicjuje cudzą wendetę, a ta jeszcze kolejną.

"Obywatel roku" przypomina trochę filmy braci Coen, w których jedna nieprzemyślana decyzja powoduje lawinę nieszczęść. Głównym grzechem postaci jest tyleż głupota, co zapalczywość. Najpierw strzelają, potem myślą, a kiedy już zastanowią się nad skutkami swojego postępowania, nie pozostaje im nic innego jak strzelać dalej. W przeciwnym wypadku sami staną się za chwilę czyimś łowieckim trofeum. Za każdym razem, gdy któraś z postaci odchodzi niespodziewanie na łono Abrahama, twórcy umieszczają na ekranie czarną planszę z nekrologiem. Gwarantuję, że zobaczycie podczas seansu bardzo dużo takich klepsydr.  Reżyser Hans Petter Moland z zadziwiającą łatwością łączy na ekranie tak odległe gatunki jak kino gangsterskie, rodzinną psychodramę i komedię absurdów. Nawet jeśli nie zawsze trafia przy tym w dziesiątkę, finalnym efektem jest kino rozrywkowe na dobrym poziomie.


Resztę recenzji Łukasza Muszyńskiego znajdziecie TUTAJ.


Krasnal ogrodowy (rec. filmu "Aimer, boire et chanter")

92-letni Alain Resnais od pewnego czasu już tworzy raczej gustowne kino mieszczańskie niż arcydzieła na miarę "Hiroszimy, mojej miłości" czy "Zeszłego roku w Marienbadzie". Gorzej, że jego najnowszy film nie sięga nawet tego pułapu. Adaptacja sztuki Alana Ayckbourna, jednego z ulubionych pisarzy reżysera, którego dzieła wcześniej zekranizował w "Prywatnych lękach w miejscach publicznych" i "Palić/Nie palić", jest więcej niż nieudana. Jeżeli "Aimer, boire et chanter" jest dramatem, brakuje mu dramatyzmu, jeśli komedią, to budzi raczej uśmiech politowania. Dziwi, że film zakwalifikowano do konkursu głównego Belinale 2014. Jak widać, magia nazwiska legendy francuskiej Nowej Fali wciąż robi swoje.


Resnais każe obserwować nam dwa małżeństwa w średnim wieku, które przygotowują występ w amatorskim teatrze nieopodal Yorku (czujny widz zauważy, że czytają sztukę "Relatively Speaking" Ayckbourna). Prócz tego zajmują ich pogaduszki podczas szklaneczki whisky lub lemoniady, którym oddają się w ogródkach swoich wiejskich posiadłości w ciepłe popołudnia. Małżeńską rutynę burzy rozchodząca się w błyskawicznym tempie wiadomość, którą przekazują sobie "w tajemnicy": ich wspólny przyjaciel, George, ma raka i pozostało mu zaledwie kilka miesięcy życia. Ten tajemniczy (szczególnie dla widza, któremu nie jest dane zobaczyć jego twarzy) mężczyzna, o którym wiemy, że potrafi dać kobietom "fun", zaczyna wpływać na losy znudzonych bohaterów. A może to oni zaczynają organizować swoje życie wobec niego, katalizując w ten sposób własne niespełnieni i wątpliwości?
     
Wątpliwości ma też widz – co do sensu śledzenia dalszych wydarzeń. Od początku niezrozumiałe wydaje się, dlaczego akcja dzieje się w Yorku, skoro wszyscy bohaterowie mówią po francusku. To zresztą i tak bez znaczenia, bo tak naprawdę jesteśmy na deskach teatru. Scenografię tworzą wycięte z kartonu kwiaty, sztuczne róże, kurtyny i tektury. Na krzesłach Resnais usadza krasnale ogrodowe, a bohaterów niekiedy wypina niejako z planu i wkleja na plansze w czarno-białą kratkę. Umowność ta nie wytwarza jednak Brechtowskiego efektu obcości jak u von Triera w "Dogville" czy "Manderlay", ale zwyczajnie irytuje.

Resztę recenzji Adama Kruka przeczytacie TUTAJ.