Relacja

BERLINALE 2014: W obliczu śmierci

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2014%3A+W+obliczu+%C5%9Bmierci-102666
Tym razem w konkursie głównym obejrzeliśmy anglojęzyczny debiut laureatki Złotego Niedźwiedzia Claudii Llosy pt. "Aloft" oraz "Praia do futuro" w reżyserii Kamira Aïnouza.

Cuda na patykach
(rec. filmu "Aloft")

Po wielkim sukcesie "Gorzkiego mleka" (Złoty Niedźwiedź plus nominacja do Oscara)  Peruwianka Claudia Llosa kazała nam czekać na swój kolejny film równe pięć lat. Przez ten czas udało się jej pozyskać nie tylko producenta kultowego serialu "Breaking Bad", ale i zachodnie gwiazdy: Jennifer Connelly, Cilliana Murphy'ego i Mélanie Laurent. Finalny efekt wydaje mi się jednak dyskusyjny. "Aloft" próbuje być tak głęboki i poruszający, że staje się w końcu czymś, co Amerykanie zwykli określać jako artsy-fartsy: sztuka dla sztuki, artystyczny bąk.

We wszystkich filmach Llosy sprawcami dramatów bohaterów są ich rodzice. Ojciec "Madeinusy" pragnął za wszelką cenę pozbawić ją dziewictwa. Ciężko pokrzywdzona przez los matka Fausty z "Gorzkiego mleka" zaszczepiła w córce strach strach przed światem i ludźmi. Grana przez Connelly Nana również nie jest bez winy, o czym dowiemy się z kolejnych retrospekcji. Póki co oglądamy jej dorosłego syna (Murphy), który za namową francuskiej dziennikarki (Laurent)  postanawia po latach rozłąki odnaleźć rodzicielkę. Trop wiedzie ku odległej lodowej pustyni.
 
W "Aloft" Llosa zderza ze sobą ziemię i niebo, brud i cud. I to zarówno w wizualnej stronie filmu, jak i – że się tak wyrażę – jego warstwie egzystencjalnej. Z jednej strony reżyserka karmi nas chropowatymi, przygnębiającymi obrazami amerykańskiej prowincji rodem z "Rzeki ocalenia" albo "Do szpiku kości", z drugiej – pisze kamerą poemat o okrutnym pięknie świata przyrody. Na poziomie opowieści Llosa meandruje między dramatem rodzinnym a galanteryjną metafizyką w stylu późnego Terrence'a Malicka. Ten pierwszy jest poruszający za sprawą Connelly, która potrafi być jednocześnie nieefektowna i magnetyzująca, zrezygnowana, a przecież emanująca wewnętrzną siłą. Jej bohaterka mierzy się nie tylko z tragedią (młodszy syn ma nieuleczalnego guza mózgu), ale i tajemnicą przerastającą racjonalny ludzki umysł. Niestety, nawet ta świetna aktorka nie jest w stanie  uratować filmu przed osunięciem się w pretensję.

Resztę recenzji Łukasza Muszyńskiego znajdziecie TUTAJ.


Plaża przyszłości


Kamir Aïnouz, autor pokazywanej i w Polsce "Madame Sata", jest nie tylko reżyserem, ale i artystą wizualnym. Znać to wyraźnie w "Praia do futuro" – filmie od strony plastycznej oszałamiającym. Już w pierwszej scenie, kiedy dane nam jest napawać się surrealnym pięknem tytułowej plaży w brazylijskiej Fortalezzy, dostrzegamy jednocześnie jej złowrogość. Zza wirujących elektrowni wiatrowych wyłania się nieziemsko błękitna woda, a w niej szamoczą się męskie ciała. Atlantyk pochłania właśnie niemieckiego turystę.

Ratownikowi Donato (Wagner Moura widziany niedawno w "Elizjum") nie udało się go uratować i o śmierci kolegi powiadomić musi podróżującego z nim Konrada (Clemens Schick), byłego żołnierza z Afganistanu. Chwilę później dochodzi między nimi do zbliżenia. Świetnie skomponowane kadry Alego Olcaya Gozcaya konsekwentnie oddalają opowieść od jednoznaczności, choć akurat sceny seksu są tu dość dosłowne. Czy to one powodowały, że  podczas projekcji na Berlinale 2014, gdzie film startował w sekcji konkursowej, niektórzy wychodzili z kina? Tak czy inaczej, uciekinierzy sporo stracili.


Aïnouz podzielił swój film na rozdziały. W pierwszym, podpisany jako "Uścisk topielca", bohaterowie fundują swoją znajomość na jego zniknięciu. W kolejnej części, nazwanej "Rozdwojony bohater", przenosimy się do Berlina, gdzie ich miłość kwitnie: mieszkają razem, imprezują na Kreuzbergu, cieszą się swoimi ciałami. Konrad pracuje w warsztacie motocyklowym, Donato próbuje odnaleźć się w obcym mieście – choć tęskni za domem, postanawia nie wracać do Brazylii. Ta odnajdzie go w rozdziale trzecim zatytułowanym "Duch mówiący po niemiecku", kiedy nawiedzi go jego młodszy brat, a wraz z nim duchy przeszłości.

W tym momencie "Praia do futuro" skręca mocniej w stronę mistyki, kontemplując przeciągnięte jazdy motocyklowe czy budując metaforę zanikającego morza. Niektóre tego rodzaju sceny są nieco pretensjonalne, inne jednak zapadają głęboko w pamięć. Jak ta – wyjęta jakby z Fassbindera – w której Konrad koncertuje w zgrzebnym domu przed swoim kochankiem. Schick jest tak magnetyczny, że występ Moury schodzi na dalszy plan, choć to przecież grany przez niego Donato jest głównym bohaterem filmu. W perspektywie zapatrzonego w niego brata, początkowo nazywającego go Aquamenem, jest wręcz superbohaterem. Dawny idol kończy jednak, czyszcząc akwaria w berlińskim biurowcu. Wybrzmiewające w filmie "Heroes" Davida Bowiego ma wydźwięk ironiczny – "Praia do futuro" jest opowieścią o nieuchronności rozczarowania, tak herosami, jak kochankami.

Resztę recenzji Adama Kruka znajdziecie TUTAJ.
Udostępnij: