Relacja

BERLINALE 2016: Ave, Coen!

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2016%3A+Ave%2C+Coen-115771
Tegoroczne Berlinale otworzyła konferencja prasowa jury, na której Meryl Streep zapowiedziała, że już nie może doczekać się dziesięciu dni celebrowania sztuki filmowej. Chwilę potem odbył się pierwszy pokaz imprezy: wyświetlono najnowszy film braci Coenów, "Ave, Cezar". Akcja produkcji z George'em Clooneyem, Joshem Brolinem, Channingiem Tatumem i Scarlett Johansson rozgrywa się w Hollywood lat 50. i opowiada o zaginięciu gwiazdy wielkiego widowiska historycznego. Jeśli Streep zapowiedziała święto kina, to Coenowie wjechali z buta i nam je dali.

GettyImages-463446626.jpg Getty Images © Andreas Rentz


Hollywood, którego nie było (recenzja filmu "Ave, Cezar")

"Ludzie chcą prawdy", wykrzykuje grana przez Tildę Swinton Thora Thacker, dziennikarka plotkarskiej gazety, będąca na tropie hollywoodzkiego skandalu. Ewidentnie umyka jej jednak ironia kontekstu, w jakim padają te słowa. Trudno bowiem o bardziej absurdalny czas i miejsce na postulowanie prawdomówności niż Złota Era w Fabryce Snów. W "Ave, Cezar" bracia Coenów pokazują nam przecież, jak pracowała machina do tworzenia iluzji w czasach jej największej świetności. Twórcy zaglądają za kulisy X muzy, zrywają szwy, ale nie mają złudzeń. Obnażenie fasady spektaklu nie da żadnych odpowiedzi – co najwyżej trochę frajdy. Jak w dramacie kostiumowym, który dzieli tytuł z filmem Coenów i wokół którego kręci się cała intryga: zaplanowana w scenariuszu sekwencja "widowiskowego objawienia" wciąż nie jest gotowa, trzeba ją dokręcić. Ta dziura prowokuje u nas salwę śmiechu, ale zawiera też esencję Coenowskiej filozofii, konsekwentnie odmawiającej dostępu do wzniosłości, spełnienia czy innych pewników. Innymi słowy: bracia jak zwykle w formie.

Podobnych dziur, przerw w spektaklu jest zresztą w "Ave, Cezar" więcej. Najważniejsza z nich to oczywiście tajemnicze zniknięcie gwiazdora Bairda Whitlocka (George Clooney): aktor zostaje porwany z planu filmowego przez członków grupy pod nazwą Przyszłość. Ale hollywoodzka machina nie lubi takich generujących dodatkowe koszty przestojów; interes musi się kręcić. Określenie "Fabryka Snów" nie wzięło się przecież znikąd. Jak każde szanujące się przedsiębiorstwo Hollywood ma więc menedżera z prawdziwego zdarzenia.


Eddie Mannix (Josh Brolin), "załatwiacz" pracujący dla wytwórni Capitol, w istocie mógłby zarządzać produkcją odrzutowców (rozważa zresztą zmianę branży). To facet od rozwiązywania wszelkich problemów. Z nieodłącznym zegarkiem na ręku przemierza alejki między halami produkcyjnymi i oliwi tryby machiny. Przy okazji jest też naszym przewodnikiem po tym fascynującym świecie. Kamera podąża za nim, kiedy stawia czoło przeciwnościom losu i nadzoruje pracę kolejnych pionów produkcji: od przeglądania "dniówek" z planu po wyciąganie gwiazd z wizerunkowych tarapatów. Tu łapówka, tam okup, tu negocjacje, tam konsultacje; jak trzeba, potrafi nawet dać w mordę. Nic dziwnego, że kiedy Whitlock znika w podejrzanych okolicznościach, to właśnie Mannix bierze jego sprawę w swoje ręce.

Co ciekawe, Mannix – choć zarabia na byciu cynicznym pragmatykiem – w rzeczywistości jest pełnym rozterek wrażliwcem. Odkąd obiecał żonie, że rzuci palenie, spowiada się w konfesjonale z każdego wypalonego papierosa. W pracy bez mrugnięcia okiem testuje elastyczność sumienia, w domu zaś ugina się pod ciężarem skrupułów. Te dylematy robią z Mannixa serce filmu, a z całego "Ave, Cezar" – kolejny Coenowski moralitet w duchu "Poważnego człowieka". Ale tym razem Coenów bardziej interesuje samo Hollywood niż jakiś tam człowiek. Za wszelką cenę chcą przecież pokazać, jak granica między spektaklem a życiem, snem a rzeczywistością, zaczyna się zacierać. Oto idzie nowe: bomba wodorowa, telewizja, zimna wojna, czerwoni... Eskapizm Fabryki Snów, mydlącej oczy rozśpiewanymi westernami i roztańczonymi melodramatami, będzie musiał ustąpić miejsca fermentowi. Tytuł filmu nieprzypadkowo przywołuje Cezara: Hollywood już wkrótce doświadczy własnego upadku Cesarstwa Rzymskiego

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego znajdziecie TUTAJ.