Relacja

BERLINALE 2016: Niezbyt różowe lata 70

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2016%3A+Niezbyt+r%C3%B3%C5%BCowe+lata+70-115910
Berlinale A.D. 2016 cofa się do lat 70. ubiegłego wieku. Don Cheadle - za i przed kamerą - pokazuje dwa burzliwe dni z życia Milesa Davisa w "Miles Ahead" (film prezentowany jest w sekcji Pokazy Specjalne). A Thomas Vinterberg testuje w "Kollektivet", czy rewolucyjna idea mieszkania w komunie wytrzymała próbę czasu. Czy wnioski, do jakich doszedł, warte są Złotego Niedźwiedzia? 

"Cały ten jazz" - recenzja filmu "Miles Ahead"


"Miles Ahead" zaczyna się od sceny wywiadu z legendarnym muzykiem. Słynny jazzman prowokuje przepytującego go dziennikarza, by ten wykrzesał z siebie nieco więcej energii. "Historie trzeba opowiadać z pasją", mówi. Don Cheadle - reżyser, współscenarzysta i gwiazdor filmu - chyba nieprzypadkowo rozpoczyna swoją opowieść od tych słów. To tak, jakby coś manifestował. Jakby dawał znać, że pożycza sobie zasadę z dekalogu samego Milesa Davisa: zasady na bok.  

Rzeczywiście: "Miles Ahead" leży daleko od sztampowych filmowych biografii, które grzecznie przypominają bryki z gwiazdorskich życiorysów. Cheadle rzuca w kąt konwencję "od kołyski aż po grób"; wybiera jeden jedyny epizod z obfitej biografii Davisa. I to się ceni. Bo jeśli opowiadać o jakiejś historycznej postaci, to właśnie tak: spędzić z nią parę dni, przyjrzeć się jej z bliska. Podpatrzeć na gorąco, w czasie rzeczywistym - a nie rozcieńczać sprawę w wygodnym skrócie perspektywicznym. Cheadle miesza gatunki i tryby wypowiedzi - są tu elementy kina przygodowego, romansu, psychodelicznego tripu - kombinuje z montażem; jakby faktycznie chciał dać nam filmowy ekwiwalent muzyki swojego bohatera. Temat przewodni? Miles Davis. Reszta to improwizacja. 

Akcja filmu rozgrywa się gdzieś między 1975 a 1981 rokiem, w okresie artystycznej posuchy Davisa, kiedy ten zamknął się w sobie i przestał nagrywać. Milczenie artysty prowokowało do plotek, a prasa nie wiedziała, czy szykować artykuły o rychłym comebacku, czy może raczej nekrologi muzyka. Milesa poznajemy oczami dziennikarza, który postanawia zaczerpnąć języka u samego źródła. Pracujący dla Rolling Stone’a Dave Braden (Ewan McGregor) któregoś dnia staje więc na progu artysty i na dzień dobry… dostaje od niego w mordę. Znamienny początek znajomości - Davis (Cheadle) to bowiem postać większa niż życie. Charyzmatyczny, zachrypnięty, kulejący, z nieodłącznymi ciemnymi okularami na nosie i ustnikiem trąbki w ręku. Cheadle nie ucieka przed pokazywaniem barwnej strony swojego bohatera - w pewnej chwili wyciąga zza pazuchy pistolet (!) i uderza w tony gangsta - ale nie popada w przesadę, nie gra fałszywych nut.

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ


"Herosi" - recenzja filmu "Kollektivet", reż. Thomas Vinterberg


Anna (Trine Dyrholm) chciałaby coś zmienić. Nie boi się, nie waha, więc krok po kroku, mając najlepsze intencje, doprowadza do własnej katastrofy. Najpierw przekonuje męża, Erika (Ulrich Thomsen), że zamiast sprzedawać wielki dom odziedziczony po ojcu, powinni się do niego wprowadzić. Kiedy okazuje się, że koszty jego utrzymania są za duże, Anna proponuje założenie komuny i rozparcelowanie opłat między współlokatorów. Erik nie lubi tłumów, ale - choć pomysł żony nie przypada mu do gustu - przystaje na jej propozycję. Czuje, że Anna zaczyna się oddalać. Kobieta zresztą sama przyznaje, że potrzebuje nowych bodźców, brzmienia nowych głosów wokół. Do domu wprowadza się więc piątka ekscentryków.

Jest 1975 rok, więc opowieść o komunie nie jest historią o tęsknocie za niezrealizowaną utopią. To film z gruntu realistyczny. Thomas Vinterberg żongluje wątkami typowymi dla opowieści o czasach społeczno-kulturalnej rewolucji, ale wznosi się ponad nie. W istocie opowiada o zakochiwaniu się i rozstawaniu; o relacjach panujących w grupie i dojrzewaniu do wzięcia odpowiedzialności za własne decyzje. Gdzieś między scenami pełnymi humoru i wzruszeń w "Kollektivet" kryje się też opowieść o samotności, na którą sami się skazujemy - często przez przypadek, nie z własnej winy. Reżyser eksploruje powyższe kwestie na wiele sposobów. Czasem podchodzi do tematu z humorem i inscenizuje beztroskie sceny grupowe. Ale przygląda się też kiełkowaniu trudniejszych emocji i nieumiejętności pójścia na kompromis.

W komunie panuje luz - film jest jednak owocem scenopisarskiej precyzji w splataniu wątków i reżyserskiej dbałości o kontrapunktowanie skrajnych tonów. Skrajne emocje przeżywa sama Anna. Stara się uciec od monotonii, szuka nowych wrażeń i odrobiny wolności. Nie jest jednak w swoich poszukiwaniach histeryczna. Dyrholm subtelnymi środkami tworzy postać kobiety wyrafinowanej, ale stonowanej; dojrzałej, mądrej i bardzo wrażliwej. Anna próbuje zachować kontrolę, ale nie potrafi uciec przed tym, co czuje. Duńska aktorka nie ogrywa każdej emocji na tysiąc sposobów, jak robi to Meryl Streep; jej reakcje na bodźce, mikro- i makro-dramaty są stonowane, podskórne, niezdrowo zduszone. Wie, że jest częścią zespołu i pracuje na wszystkich. Jej Anna również stara się być wyczulona na potrzeby grupy. 

Całą recenzję Anny Bielak przeczytacie TUTAJ
Udostępnij: