Relacja

BERLINALE 2016: Dzieci Europy i Ameryki

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2016%3A+Dzieci+Europy+i+Ameryki-115852
Berlinale, dzień piąty. Jakub Popielecki relacjonuje wrażenia z seansu "Death in Sarajevo" w reżyserii Danisa Tanovića, a Anna Bielak przygląda się duetowi Grety Gerwig i Julianne Moore w "Maggie's Plan". Pierwszy z filmów walczy o Złotego Niedźwiedzia, drugi pokazywany jest w sekcji Panorama.

***

Hotel Babel ("Death in Sarajevo", reż. Danis Tanović)

Kiedy francuski aktor Jacques Weber wchodzi na scenę teatru, by odegrać monodram Bernard-Henriego Lévy'ego "Hotel Europa", w pewnym momencie przerywa swój monumentalny monolog, bo musi skonsultować się z Internetem. "Google to twój przyjaciel", pozwala sobie na żart, kiedy wyszukuje w sieci nazwisko, jakie wyleciało mu z głowy. Chodzi o Gavrilo Principa, mężczyznę, który 28 czerwca 1914 roku dokonał w Sarajewie zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i uruchomił lawinę wydarzeń prowadzących do wybuchu I wojny światowej. "Death in Sarajevo", najnowszy film Danisa Tanovića, jest luźno oparty na sztuce Lévy’ego i pokazuje, że tytułowe miasto to wciąż beczka prochu i istna polityczna wieża Babel. Susan Sontag napisała, że to w Sarajewie symbolicznie rozpoczął się i zakończył wiek XX. Tanović pokazuje zaś, że XXI-wieczna Europa wciąż ma sporo wniosków do wyciągnięcia z historii tego miejsca. Reżyser sugeruje wprost: nie możemy pozwolić sobie, by Sarajewo "wyleciało nam z głowy”. Google nas nie uratuje.


Sztuka Lévy'ego ma tylko jednego protagonistę: zamkniętego w pokoju hotelowym mężczyznę, który kontempluje na głos, co też stało się ze Starym Kontynentem. Tanović wzorem pierwowzoru wprowadza wątek aktora (Weber), który przygotowuje się do wystawienia monodramu. Ale reżyser buduje wokół tego jednego apartamentu całą wielopiętrową strukturę. Akcja filmu toczy się w najlepszym hotelu w Sarajewie w setną rocznicę zamachu na arcyksięcia. Obsługa "Europy" oczekuje przybycia delegacji dyplomatów, którzy wezmą udział w uroczystościach mających na celu promowanie idei pokoju na świecie. W holu godnie prezentują się niebieskie unijne flagi, na półpiętrze chór dziecięcy ćwiczy śpiewanie "Ody do radości", a na dachu krząta się ekipa telewizyjna, przygotowująca okolicznościowy program. Problem w tym, że ten podnoszący na duchu obrazek to jedynie fasada. Hotel tonie w długach i niezapłaconych rachunkach, budynek lada chwila zostanie odcięty od prądu, pracownicy jak gdyby nigdy nic planują strajk, żeby zakłócić rocznicową fetę, a dyrektor przybytku miota się po obiekcie, próbując załagodzić sytuację. Wystarczy, że kamera podąża za którymś z kilkunastu bohaterów, a z wystawnego wnętrza momentalnie przenosimy się na hotelowe zaplecze, które chyba pamięta jeszcze czasy zimnej wojny. Ta "Europa" stoi na bardzo chwiejnych fundamentach.

Tak, Tanović opowiada nam alegorię. "Europa" to przecież nie żaden hotel, tylko Stary Kontynent w pigułce; wypisz, wymaluj, pars pro toto. Dyrektor przybytku reprezentuje więc ludzi władzy, którzy utrzymują stołki jedynie dzięki komitywie z gangsterami. Proletariat – czyli personel – szamoce się w niepodległościowych zrywach, ale nie jest świadomy globalnych sieci zależności, ma na oku jedynie doraźny, prywatny interes. W najgorszym przypadku – ulega ideologii spektaklu, w której liczy się tylko, jaką nową kanapę wstawić do salonu. Kolejne pokolenia walczą ze sobą nawzajem, jak nieprzychylna buntowi Lamija z recepcji i jej matka Hatidza, nadzorująca przebieg strajku ze swojego stanowiska pracy w pralni. Dziennikarze dzielnie piętnują faszystów i kreują się na głos sumienia, ale sami nie są wolni od szemranych zagrań. A artyści? Jak Weber: tkwią zamknięci w swoich apartamentach prezydenckich, gdzie hołdują wielkim ideom i napawają się własną wielkością, nieświadomi tego, co tak naprawdę rozgrywa się za drzwiami, tuż obok, w prawdziwym świecie.

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ
***

Perfekcyjna pani domu ("Plan Maggie", reż. Rebecca Miller)

"Plan Maggie" jest wyborny i pod niemal wszystkimi względami zaskakujący. Rebecca Miller wzięła na warsztat klisze i prawie każdą z nich wywróciła na nice. Dwójkę z trójki aktorów obsadziła w rolach, w których na pozór nie powinni się odnaleźć. Miejscem akcji romantycznej komedii o intelektualistach uczyniła Nowy Jork, ale jej film nie jest tanią kopią żadnej z Allenowskich opowieści. Gatunkowe schematy zostały w nim przełamane dezynwolturą typową dla niezależnego kina. Narracyjną beztroskę amerykańskiego indie zrównoważyła rasowa intryga.


Na pierwszy rzut oka "Plan Maggie" zapowiada się jak większość filmów z Gretą Gerwig w roli głównej. Spodziewamy się, że na czas seansu cały świat przysłonią nam miłosne perypetie trzydziestolatki, która szuka chłopaka marzeń, koleżanek jak z żurnala i pracy dającej stuprocentową satysfakcję. Kreowana przez Gerwig Maggie nie czeka już jednak na grom z jasnego nieba zwiastujący ekscytujące porozumienie dusz. Od mężczyzny chce tylko nasienia, postanowiła bowiem urodzić dziecko. Koleżanek nie potrzebuje, bo świetnie czuje się sama ze sobą, a praca na uniwersytecie daje jej intelektualne spełnienie. Maggie jest pewna siebie, zdecydowana i zadowolona. Ma plan na życie i wszystko pod kontrolą. Oczywiście, trudno wyobrazić sobie Gerwig w roli perfekcyjnej pani domu. I dobrze. Bo dzięki zderzeniu wizerunku aktorki z jej postacią rodzi się komizm – przede wszystkim charakterologiczny, ale niekiedy i sytuacyjny. Bo wrodzona, odrobinę chaplinowska niezdarność aktorki nie daje o sobie zapomnieć.

Mimo to Maggie jest inna niż większość postaci kreowanych przez Gerwig. Uwodzi inaczej – dojrzałością, intelektem i zapałem, który tym razem nie jest słomiany. Nic dziwnego, że w takiej dziewczynie po uszy zakochuje się starszy od niej wykładowca, początkujący, ale już nieco wypalony pisarz i sfrustrowany mąż w jednym – John (Ethan Hawke). Plan sztucznego zapłodnienia, który Maggie próbowała wdrożyć w życie przed pojawieniem się Johna, trafia więc szlag. Skoro John wyznaje jej uczucie, dziecko będzie musiało być owocem miłości i stabilizacji. Brzmi to ironicznie, ale Miller udaje się połączyć ironię i romantyzm w bardzo zgraną parę. A jako że dziecko i dom od początku były na pierwszym planie, reżyserka oszczędza nam cukierkowości typowej dla pierwszego etapu namiętnego związku. Przeskakuje go jednym zgrabnym susem i pokazuje, jak wygląda życie trzy lata po wyznaniu miłości – z dzieckiem i codziennością w rolach głównych. Bo wie, że prawdziwa zabawa zaczyna się wtedy, gdy przychodzi kryzys.

Maggie dopada nuda. Ma wszystko, o czym marzyła – córeczkę i inspirującego męża – ale chyba już tego nie chce. Złości ją i frustruje branie odpowiedzialności za cały ich świat. Nie potrafi cieszyć się życiem. Szuka dziury w całym.

Całą recenzję Anny Bielak przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: