Relacja

Byliśmy na premierze "Beyond: Dwie Dusze"

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Byli%C5%9Bmy+na+premierze+%22Beyond%3A+Dwie+Dusze%22-99424
Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości co do tego, jak poważnie David Cage traktuje związek elektronicznej rozrywki z kinem, "Beyond: Dwie dusze" najpewniej je rozwieje. I jeśli "Omikron: The Nomad Soul" i "Fahrenheit" były flirtem gier wideo z X muzą, zaś "Heavy Rain" wzajemnym wyznaniem miłosnym, nowa gra studia Quantic Dream to wesele na całą wieś, strażaków z remizy i sekcję dętą.

Francuz Cage, obecnie najlepszy reżyser wśród game designerów, nie sprawia wrażenia sfrustrowanego faktem, że to inni dyrygują aktorami na planach hollywoodzkich superprodukcji za 200 milionów dolarów. Nie kręci go samo kino, ale doświadczenia z pogranicza kina i gier, koncepcyjnie i formalnie wycyzelowane filmogry. Paryska premiera "Beyond: Dwóch dusz" potwierdziła jedynie, jak bardzo zdeterminowanym jest artystą i jak daleko sięga jego wizja. 

Impreza nie bez przyczyny odbyła się w słynnym kinie Le Grand Rex. To największa stołeczna świątynia X Muzy (blisko 2800 miejsc), skrywająca w dodatku największy ekran w Europie, zaś symboliczny wymiar tego wydarzenia jest równie istotny co wcześniejsza prezentacja gry na Tribeca Film Festival i sygnowanie logiem amerykańskiego festiwalu plakatów "Beyond". Cage'owi zamarzyła się feta z czerwonym dywanem, wyluzowanym konferansjerem i panelem dyskusyjnym. Swoje gwiazdy, Ellen Page, Willema Dafoe oraz kultowego aktora serialowego z lat 80. i 90., Kadeema Hardisona, posłał w objęcia dziennikarzy i fanów, a na clou wieczoru zaplanował 45-minutową prezentację właściwej gry. Zmontowany materiał – i tutaj kolejny wyraz strategii producenckiej Cage'a – był dość mocno okrojony z dłuższych fragmentów rozgrywki, unaoczniając kierunek, w którym Quantic Dream od lat konsekwentnie zmierza. Oczywiście, dziennikarze zapędzą twórcę pod mur i zechcą rozstrzelać za niewielkie stężenie gry w grze, ale przy tak posegmentowanym rynku i zróżnicowanej ofercie tytułów AAA trafią kulą w płot. Jeśli Cage chce być zapamiętany jako scenarzysta i reżyser filmogier, to najzwyczajniej w świecie warto przyjąć to do wiadomości. Zwłaszcza że od czasu Hideo Kojimy nie mieliśmy erupcji tak dużego talentu reżyserskiego i artysty obdarzonego tak ogromną świadomością najróżniejszych konwencji i poetyk filmowych.  

Przepytywani podczas konferencji aktorzy podkreślali zgodnie, że praca przy grze była dla nich wyczerpującąprzygodą i wbrew pozorom niewiele w tych słowach gwiazdorskiej kurtuazji. Zarówno Dafoe, jak i Page recytowali już kwestie w podobnych "laboratoryjnych" warunkach – on na skrupulatnie wyczyszczonym z elementów scenografii planie "Manderlay" u Von Triera oraz green-screenowym "Johnie Carterze", ona choćby u Christophera Nolana w "Incepcji". A jednak praca z liczącym 2000 stron tekstem, bez przerw na zmiany ujęcia kamery, bez pomocy prompterów i podstawowych punktów odniesienia w postaci kostiumów i scenografii, to zupełnie inna bajka. W pewnym sensie jest to aktorstwo w stanie czystym, które nadpobudliwy Hardison przyrównał słusznie do dziecięcych zabaw ("Podłoga to lawa!"). Nagrane z wykorzystaniem technik motion i preformance capture, a następnie odtworzone w cyfrowym środowisku oblicza Page i Dafoe prezentują całą gamę emocji, które widzieliśmy już wiele razy, ale na które dotąd nie mieliśmy wpływu. Tak, tak, zwykle wynudzoną i zblazowaną Page wreszcie będziemy mogli zmusić do śmiechu albo wprawić w zakłopotanie.   

Jak doskonale wiecie, rdzeniem scenariusza jest relacja obdarzonej paranormalnymi umiejętnościami Jodie Holmes (Page) z opiekującym się nią naukowcem, pracującym dla rządu Nathanem Dawkinsem (Dafoe). Akcja toczy się achronologicznie, a bohaterkę będziemy podglądać w trakcie piętnastu lat jej życia. Znajdzie się w ich trakcie czas zarówno na grę w kotka i myszkę z rządowymi agentami, wyręczanie CIA w "stabilizacji" sytuacji w Afryce (czytaj: pacyfikacji tamtejszych bojówek), jak i na zapasy z niematerialnym bytem o imieniu Aiden. Wprowadzając na scenę tę tajemniczą istotę, połączoną z Jodie niewidzialną "pępowiną", twórcy wyraźnie łamią klasyczną superbohaterską narrację, w której metafizyczne przekleństwo szybko okazuje się darem. Jodie nie ma lekkiego życia z Aidenem, a nuta egzystencjalnej goryczy jest w "Beyond" równie silna co w "Heavy Rain" i "Fahrenheicie"

Podczas seansu w Paryżu pokazano tylko dwa nowe fragmenty gameplayu, ale nawet bez nich widać, jak sprawnie Cage tasuje poszczególnymi konwencjami. W sekwencji domowej imprezy na przedmieściach odsyła nas do klasycznego kina inicjacyjnego zmiksowanego z horrorem w klimatach "Carrie", w scenie inwazji sił nadprzyrodzonych na rządowe laboratorium nawiązuje do mrocznego sci-fi, osadzonego w aseptycznych, chłodnych wnętrzach tajnych, wojskowych baz albo górniczych statków kosmicznych. Ta ostatnia sekwencja to zresztą narracyjny majstersztyk, który rozpoczyna się czułą rozmową bohaterów w samochodzie, a kończy mrożącą krew w żyłach walką o życie. 

Z tytułu na tytuł Quantic Dream coraz odważniej poczyna sobie z interfejsem i coraz skuteczniej "czyści" ekran ze zbędnych elementów. Kolejne lokacje zwiedzamy za pośrednictwem galek analogowych, a kiedy przychodzi do sekwencji akcji, naszym zadaniem jest przeważnie intuicyjne dokańczanie ruchów postaci (dla przykładu, gdy Jodie wyprowadza cios, należy wychylić analoga w kierunku adekwatnym do ruchu jej przedramienia). Zupełnie odrębną kwestią jest kontrolowanie Aidena. Przełączając się na towarzysza Jodie w kontekstowych sytuacjach, mamy pełną swobodę ruchu, możemy przenikać przez ściany, zaglądać ludziom przez ramię i wchodzić w kontrakt z otoczeniem za pomocą telekinezy. I te sekcje jednak podporządkowane są stricte filmowej narracji i mocno oskryptowane. Wóz albo przewóz, taka już uroda gier Quantic Dream (nawiasem mówiąc, subskrybenci usługi Playstation Plus wciąż mogą pobrać demo "Beyond" i jeszcze przed premierą zdecydować o losie świnki-skarbonki). 

O tym, czy filmowy sen Davida Cage'a ma szanse się ziścić, dowiemy się już niedługo. Pytań towarzyszących premierze nie brakuje. Czy udział hollywoodzkich gwiazd robi tak naprawdę artystyczną różnicę, czy ma wyłącznie znaczenie marketingowe? Czy na rynku będzie miejsce dla kolejnego Quantic Dream, czy nisza filmogier zostanie przez Cage'a zmonopolizowana? Jak zaklasyfikować produkcję, która korzystając z poetyki obydwu mediów, lokuje się tak blisko, a jednocześnie tak daleko każdego z nich? Odpowiedź na to pierwsze, najważniejsze z nich, poznamy już 9 października.
Udostępnij: