Relacja

CANNES 2012: Kilka eksperymentów

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2012%3A+Kilka+eksperyment%C3%B3w-85619
Leos Carax i Carlos Reygadas daleko odeszli od standardowej, przystępnej narracji. Ich nowe filmy są osobistymi fantazjami (to wersja dla tych, którym nie chce się doszukiwać w nich znaczeń) lub tekstami artystycznymi, które pewnie najlepiej nadają do analizy przez krytyków sztuki współczesnej.

"Holy Motors", film Caraxa, był niecierpliwie oczekiwany na Riwierze. Obrazowi bliżej jest do instalacji wideo (tyle że rozciągniętej do rozmiaru dwugodzinnego filmu) niż "Kochanków na moście", najpopularniejszego filmu reżysera. Wywodzi się on z tego samego pomysłu co nowela Caraxa z filmu "Tokyo!". I trudno uciec od wrażenia, że materiał nie był przeznaczony na pełnometrażową narrację. Choć dużo tu zajmujących pomysłów, wkracza się w ten film jak w urywany, krótki sen, w którym znienacka pojawiają się dziwne postaci robiące niewytłumaczalne rzeczy. Carax wyciąga rekwizyty z kapelusza jak wytrawny magik: w jego opowieści spotkamy między innymi bezdomnego skrzata mówiącego coś w dziwnym języku, Evę Mendes biorącą udział w sesji zdjęciowej na cmentarzu, płyty nagrobkowe z napisem "odwiedź moją stronę". A to tylko na początek przygody.

To kolejny konkursowy tytuł (po "Miłości", "Moonrise Kingdom" oraz "You Ain't Seen Nothing Yet!"), który na wstępie pokazuje lub sugeruje obecność widowni. W otwierającej scenie przeglądamy się jak w lustrze: widzimy zanurzoną w ciemności kinową publiczność. Tyle że wydaje się ona martwa. Albo przynajmniej zamarła. Potem będziemy śledzić losy tajemniczego osobnika przemierzającego Paryż w białej limuzynie. Przystępuje on do wykonania swoich zadań jak do najzwyczajniejszej pracy biznesmena, choć jego misja wcale nie będzie taka typowa: będzie wcielał się w różnych ludzi, których dane zostały mu zostawione w teczce. Przybiera różne tożsamości: staje się mieszkającym w norze skrzatem, ojcem dziewczynki wracającej z imprezy u znajomych, emigrantem. W tym celu maluje się, przebiera, a nawet przywdziewa bardzo realistyczne maski. A widz, niekoniecznie zamarły z wrażenia jak widzowie z prologu, może poddać się tej szalonej wizji lub zastanawiać nad tym, czym jest tożsamość: jak to jest być tą samą osobą bez przerwy, jak można uwolnić się od siebie, czy można wkroczyć w cudze życie jak w swoje własne. Pod względem wizualnym i sposobu obserwacji bohaterów przypomina to trochę obrazy Matthew Barneya. Carax przywołuje Jorge Luisa Borgesa, Franza Kafkę, Georgesa Bataille'a. A na deser serwuje Kylie Minogue. Czysta postmoderna.

 

Zza tego bałaganu majaczy opowieść o zmechanizowanym świecie i jego wyalienowanych jednostkach (stąd też święte motory w tytule). Jednak przesłanie robi na mnie mniejsze wrażenie niż fakt, że wiele rozwiązań w "Holy Motors" jest po prostu wybitnie zabawnych.

Z rosnącą konfuzją ogląda się natomiast film Carlosa Reygadasa "Post Tenebras Lux". Autor wciąż krąży wokół motywów i tematów ze swoich poprzednich filmów, ale tym razem tworzy z nich trudny do przeniknięcie amalgamat. Na poziomie fabularnym to film rozbity, niepoukładany. Poznajemy tu zamożną rodzinę – dość młodą i atrakcyjną parę z dwojgiem małych dzieci, mieszkających w pięknym domu gdzieś na meksykańskiej prowincji. To biali, w przeciwieństwie do otaczających ich i pracujących dla nich biednych Meksykanów o indiańskich korzeniach. Ale konflikt społeczny nie będzie się tu rozwijał typowo: najpierw sugerują go jedynie drobne sygnały, z premedytacją pozbawione dramatyzmu. Kolejne pole potencjalnego konfliktu to seksualne problemy pary głównych bohaterów. Kobieta unika seksu z mężem. Potem widzimy ją (w scenie fantazji seksualnej?), jak oddaje się nieznajomym w przypominającym saunę klubie dla swingersów. Jeden z pokoi w przybytku nazywa się pokojem Duchampa, inny – Hegla...


I więcej odnajdziemy tu tego typu sugestii głębszych znaczeń niż klasycznej fabuły. Choć cała rzecz zaczyna się całkiem obiecująco: to pięknie sfilmowane obrazy, w których dziecko nazywa otaczające je świat. A dokładniej rzecz biorąc – otaczające je zwierzęta. Patrzymy na rzeczywistość z perspektywy kilkulatka, a psy jawią się tu jako wielkie bestie. Jednak początkowe wrażenie, że meksykański prowokator złagodniał, ulatnia się. Z czasem pojawiają się coraz bardziej zaskakujące elementy, łącznie z animowanym diabłem niosącym teczkę z narzędziami.

Wiele dzieje się tu poza kadrem, podczas gdy bohaterowie w kadrze pozostają nieporuszeni, bez emocji. I takie samo wrażenie "Post tenebras lux" pozostawia na widzu. Wbrew łacińskiemu tytułowi sugerującemu oświecenie, film Reygadasa pozostawia w ciemności, bez światła w tunelu. Czyżby reżyser nie chciał niewtajemniczonych dopuścić do mądrości swojego przesłania czy po prostu wszedł w takie artystyczne meandry, że sam już nie wie, co miał do powiedzenia?
Udostępnij: