Relacja

CANNES 2016: Utrzymać pion

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2016%3A+Utrzyma%C4%87+pion-117461
Jest drugi dzień festiwalu w Cannes, a wyścig o Złotą Palmę powoli nabiera tempa. Michał Walkiewicz recenzuje dla Was kolejne konkursowe propozycje: nowy film stałego bywalca festiwalu, Kena Loacha, "I, Daniel Blake", oraz zaskakujący i szokujący "Rester Vertical" Alaina Guiraudiego, twórcy kontrowersyjnego "Nieznajomego nad jeziorem".


Duże złe wilki
(recenzja filmu "Rester Vertical", reż. Alain Guiraudie)

Mówi się o Cannes jako o żyznej glebie kina artystycznego, więc obecność w konkursowej stawce nowego filmu Alaina Guiraudiego nie powinna wzbudzić kontrowersji. Sam jednak trochę się zapomniałem, chyba przedawkowałem Hollywood. Odzwyczajony od europejskiej awangardy, byłem lekko zszokowany, gdy młody mężczyzna uprawiał seks z upojonym absyntem umierającym staruszkiem. Na oczach noworodka. Przy akompaniamencie rockowej ballady. W statycznym, dwuminutowym ujęciu. Vive La France!

Leo (Damien Bonnard) jest scenarzystą filmowym w twórczym kryzysie. Poznajemy go, kiedy przemierza z plecakiem francuską prowincję Lozère (znaną z najmniejszego zaludnienia w całym kraju) i spotyka na swojej drodze wypasającą owce Marie (India Hair). Następująca chwilę później naturalistyczna scena seksu rodzi podejrzenie, że coś w tym świecie nie gra – fabularnie, estetycznie, konstrukcyjnie, w każdym możliwym wymiarze. Potem robi się jeszcze dziwniej: Leo wyjeżdża, wraca, Marie rodzi mu dziecko, ale nie chce się nim zająć, więc bohater kontynuuje tułaczkę. Próbuje się oddalić, lecz wciąż orbituje wokół poznanych ludzi. Wikła się w kolejne masochistyczne relacje: z samotnym ojcem Marie, spotkanym na trasie chłopakiem, którego namawia na filmową karierę, oraz podopiecznym tego ostatniego, zniedołężniałym starcem Christianem. Po okolicznych lasach szaleje stado wilków, wataha zagryza owce, nie oszczędza nawet psa pasterskiego. Inne wilki czają się już za rogiem: przedstawiciele biznesu filmowego wpadają na trop Leo, ścigają go łódką; zmuszają go do brodzenia po szyję w wodzie i ukrywania się w szuwarach. Obłęd.

Dosłowne tłumaczenie oryginalnego francuskiego tytułu to "trzymać pion". Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Guiraudie udowodnił już w "Nieznajomym nad jeziorem", intrygującej krzyżówce thrillera oraz gejowskiego melodramatu, że jeńców raczej nie bierze. Tutaj idzie o krok dalej – stawia wszystko na jedną kartę i pozbywa się wygodnego kostiumu kina gatunków. Jego film opowiada w dużej mierze o niemożności ucieczki od ludzi i od samego siebie; o tym, że prędzej czy później instynkty nas zdradzą, a pożądanie sprawi, że zaczniemy dreptać w błędnym kole. I zrobiony jest w podobnym kluczu stylistycznym: konkretne sceny wracają tu w innych konfiguracjach, obrazy zmieniają nagle wydźwięk, z kolei niespieszna narracja i obrazki "wsi spokojnej, wsi wesołej" kontrapunktowane są efekciarskim naturalizmem – myślę, że żaden film nie mógł się dotąd pochwalić tak realistyczną sceną porodu.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.



Ja, Józef K
(recenzja filmu "Ja, Daniel Blake", reż. Ken Loach)

Stolarz Daniel Blake chodzi od drzwi do drzwi. Próbuje wywalczyć zapomogę, ale wciąż całuje klamki. Został wdowcem, przeszedł zawał serca, a teraz wybiera między kulą w łeb a stryczkiem na szyję: lekarz odradza pracę (co wiąże się z utratą pensji), z kolei urzędnicy stwierdzają, że jest do niej zdolny (co skutecznie blokuje rentę). Gdy biurokratyczna maszynka zaczyna powoli go mielić, bohater poznaje kobietę w jeszcze gorszym położeniu. Katie, która na skutek gentryfikacji jednej z londyńskich dzielnic musiała przeprowadzić się aż do Newcastle, na utrzymaniu ma dzieciaki, a w portfelu zaledwie parę funtów.


"Ja, Daniel Blake" to film, który chciałoby się z całego serca pokochać. Ma świetnie napisane postaci, interesujący konflikt, a co najważniejsze – bierze na cel urzędową znieczulicę i bezbłędnie diagnozuje paradoksy brytyjskiego (i nie tylko) socjalu. Niestety, im dalej w las, tym grubszą warstwą publicystyki reżyser przykrywa bezpretensjonalną opowieść o facecie walczącym z systemem. Dość powiedzieć, że jest tu scena, w której bohater ozdabia w rebelianckim geście fasadę urzędu sprayem, a do boju zagrzewa go rozentuzjazmowany tłum gapiów.

Ktoś spyta: "czego się spodziewałeś"? W końcu Loach to reżyser, który podzielił swój dorobek artystyczny na oskarżycielskie pamflety pod adresem państwa i oskarżycielskie pamflety pod adresem państwa sprzed kilkunastu dekad. Wydaje się jednak, że przeważnie potrafił utrzymać równowagę pomiędzy wymogami dramaturgii a ideologiczną nadbudówką, pomiędzy kameralną historią a rozbudowanym, politycznym kontekstem. Tutaj niestety przegina i pozwala sobie na sceny, które może i wzmacniają przekaz, ale nie służą filmowi. Gdy jednym z głównych wątków czyni nieumiejętność obsługi komputera przez Daniela (a ten, słysząc, że ma przesuwać myszką po ekranie, przykłada ją do monitora), wiemy już, że nie będzie granic tego emocjonalnego szantażu. Nie przeczę - takie sytuacje się zdarzają, jedną znam z autopsji. Jednak lwia część problemów bohatera wynika raczej z jego twardej głowy niż miękkiego serca.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.
Udostępnij: