Wywiad

Gwiazdy "Igrzysk śmierci" opowiadają nam o pracy na planie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Gwiazdy+%22Igrzysk+%C5%9Bmierci%22+opowiadaj%C4%85+nam+o+pracy+na+planie-83618
Liam Hemsworth i Josh Hutcherson stoją u progu wielkiej sławy. Doświadczona Elizabeth Banks ma za sobą ważną rolę w (najprawdopodobniej) najbardziej kasowym filmie w swojej karierze. W Los Angeles Michał Walkiewicz porozmawiał z gwiazdami "Igrzysk śmierci". 


Liam Hemsworth / Josh Hutcherson / Elizabeth Banks

Jesteście gotowi?

Josh Hutcherson: Tylko na wywiad (śmiech).

A na to, co wydarzy się w ciągu następnych miesięcy? Myślicie, że skojarzenia filmu ze "Zmierzchem" są słuszne? Nie pytam o sam film, a raczej o medialną skalę wydarzenia.  

JH: Liczba fanów jest pewnie porównywalna, a jeśli nie, to wkrótce będzie. I zapewne byłoby to dla nas dobrze, gdyby ludzie ruszyli tłumnie do kin i zamienili cykl w popkulturowy fenomen. Książka ten status już osiągnęła, więc to może się udać (śmiech).

Komentarze odliczających dni do premiery fanów są jakąś wskazówką?

JH: Myślę, że akurat w tym przypadku ignorancja jest błogosławieństwem. Nie wchodzę na blogi, fora internetowe, strony fanowskie. Nie czytam postów. Nie zrozum mnie źle – to nie jest przejaw buty. Prawdę mówiąc, bardziej mnie to fascynuje, niż przeraża. To wyraz ogromnej pasji kinomanów i miłośników sagi Suzanne Collins. Nie można im tego odmówić i odebrać.

Liam Hemsworth: Chciałbym udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi na to pytanie, ale niestety nie śledzę już internetowych dyskusji. Kiedyś zaglądałem do sieci, każdy chyba przez to przechodzi, ale już mi przeszło.  


Może jesteś po prostu zbyt wrażliwy?

LH: Fakt, zawsze zapamiętuję tylko te komentarze, w których ktoś miesza mnie z błotem. Pozytywnych opinii zwykle nie pamiętam (śmiech). Być może to kwestia charakteru, ale obserwując kolegów i koleżanki po fachu, dochodzę do wniosku, że to uniwersalna reakcja.

Elizabeth Banks: Jako jedna z nielicznych członków ekipy przeczytałam książkę na długo, zanim stała się bestsellerem. Urzekła mnie na tyle, że byłam spokojna o losy ekranizacji, ale też o losy ekipy podczas realizacji i młodych aktorów po premierze filmu. To naprawdę mocny materiał, więc nie mamy się czego bać. Chyba wszyscy mieli tego świadomość, angażując się w produkcję.  

Ze słów Elizabeth wnioskuję, że Wy trochę się ociągaliście z lekturą?

JH: Można tak powiedzieć (śmiech).

LH: Usłyszałem o sadze Suzanne na rok przed preprodukcyjnym etapem realizacji filmu. Wtedy, przyznam, nie zabrałem się gorliwie do lektury, choć książki polecał mi znajomy producent. Powiedziałem mu: "Koniecznie, stary! Zrobię to. Przeczytam je, zanim się obejrzysz". No i oczywiście nie przeczytałem. Potem, rok później, kiedy sytuacja zrobiła się poważna, a mój angaż stał się faktem, nadrobiłem zaległości (śmiech).


 
Praca na planie wymagała od Was sporych zmian w aparycji.
 
JH: Tak, na co dzień jestem brunetem, więc musieli rozjaśnić mi włosy. Nie śmiej się, i tak nie było tak źle, jak myślisz. W dzieciństwie też rozjaśniałem włosy chałupniczymi metodami, ale ograniczałem się do końcówek. Wyglądałem nieszczególnie, przypominałem członka boysbandu (śmiech). Teraz dodatkowo musiałem znacznie przybrać na wadze. Uprzedzam ewentualne pytanie –  fakt, że miałem blond włosy, nie wpłynął na moje kontakty z kobietami i na liczbę fanek (śmiech).

Żadnych praktycznych umiejętności?

JH: Jennifer (Lawrence – przyp. M.W.) uczyła się strzelać z łuku, sporo biegała, wspinała się po drzewach. Ale w końcu grała Katniss. Mój bohater, Peeta, raczej nie bierze czynnego udziału w walce, więc wystarczyło, że utyłem. Było to dość monotonne: kurczak, jajka, kurczak, jajka i jeszcze więcej kurczaka. A potem jeszcze trochę jajek.

 

LH: Ja z kolei musiałem zrzucić parę kilogramów. Zadzwonił do mnie Chris (brat, znany z roli w "Thorze" – przyp. M.W.) i śmiał się, że wezmę udział w igrzyskach dla głodujących, więc muszę odstawić jedzenie na dłuższy czas. Potraktowałem jego słowa poważnie – moja postać wprawdzie poluje na zwierzynę, ale nie zawsze ma co do garnka włożyć. Chciałem zaakcentować tę subtelną różnicę.
 
Często szukasz porady u brata?

LH: To chyba naturalne. Wychowywaliśmy się we trzech. Byłem najmłodszy, ale najmłodszy ma przecież swoje przywileje. Może na przykład podpatrywać starsze rodzeństwo i uczyć się robić to samo. Tylko lepiej (śmiech).

Na przykład?

LH: Na przykład surfować. No i jeszcze kilka innych rzeczy (śmiech). Chris miał duże doświadczenie telewizyjne w Australii, wiele się od niego nauczyłem. Cały czas się uczę i cieszę się z rozwoju jego kariery.

Słyszałem Josh, że Twój brat również jest dla Ciebie wzorem.

JH: To mały geniusz. Przeliteruję: g-e-n-i-u-sz. Wygrywa konkursy i olimpiady. Wszystkie. Chce być inżynierem w NASA i projektować promy. Znając życie, pewnie kilka zaprojektuje. A najlepsze jest to, że nawet się nie stara. Nie wiem, co by się stało, gdyby kiedyś się postarał. Pewnie przeprowadziłby zimną fuzję i nawet tego nie zauważył.
 
Wracając do tematu – u Ciebie, Elizabeth, skończyło się tylko na makijażu?

EB: Biorę to za komplement (śmiech).

Słusznie.

EB: Nie musiałam chodzić miesiącami na siłownię, wylewać siódmych potów, wszystko załatwiała charakteryzacja i kostium. Suzanne Collins jest w swoich książkach skupiona na detalach, bardzo dokładnie opisuje wygląd bohaterów. Chcieliśmy uszanować jej wizję, a jednocześnie wnieść coś oryginalnego do tej postaci. Szczyptę teatru kabuki, trochę Marii Antoniny. Zasygnalizować pewien brak swobody Effie Trinket i poprzez strój oraz całą charakteryzację odzwierciedlić nieciekawe położenie, w jakim się znalazła.  

Twoja bohaterka wydaje się zadowolona ze swojej pozycji.

EB: To tylko pozory. Effie jest groteskową postacią, widzowie będą traktować ją jako akcent komediowy, ale ta postać ma też inną stronę. Jako obywatelka Kapitolu ma świadomość, że jej wolność jest ograniczona. Podobnie jak uczestnicy igrzysk, robi wszystko, by przetrwać. Walczy gdzie indziej, ale to też walka.
   
Myślicie, że ten podskórny konflikt fascynuje czytelników sagi Suzanne Collins?

EB: Podoba mi się pewna "czystość" tej alegorii. To opowieść w duchu Orwella i Huxleya – a to są bardzo szlachetne inspiracje. Udało się przenieść na karty powieści i na ekran wszelkie dylematy ich słynnych bohaterów. A przy okazji pokazać nastoletnią mentalność bohaterki – ona dopiero poznaje pewne systemy pojęć, tworzy swój własny kodeks moralny, uczy się, jak odróżniać dobro od zła.

LH: Mnie najbardziej urzekła koncepcja reality show jako metafory współczesnej cywilizacji. Co prawda jeszcze nie zabijamy się ku uciesze widzów, ale jeśli weźmie się pod uwagę nowe media albo to, czego dzieciaki szukają dziś w sieci, nie jesteśmy wcale tak daleko od filmowego świata przyszłości. Ponadto, to opowieść o triumfie kolektywnego myślenia. Ideę, że można współpracować, działać razem, aby coś zmienić, zaszczepia w bohaterach Katniss.


JH: Poza tym, można jakoś odnaleźć siebie w tej sytuacji. Zadać sobie banalne pytanie: jak ja zachowałbym się w takich okolicznościach? Interesuję się psychologią – dostałem to w genach po świętej pamięci dziadku, który był psychologiem i miał spory wpływ na moje wychowanie. Z tej perspektywy historia wydała mi się niezwykle bogata.

Na pewno nie zabraknie głosów, że adaptacja jest profanacją oryginału.

EB: Mimo braku łaski dla remake'ów w kwestiach literatury jestem bardziej liberalna. Wydaje mi się wręcz, że nie ma powieści nieprzekładalnych, a już na pewno "Igrzyska" do nich nie należą.
 
Słyszałem, że na planie nie brakowało atrakcji.

JH: Było ich kilka. Pamiętam, jak wybraliśmy się razem z Jenny i Liamem nad rzekę za miasteczkiem, w którym kręciliśmy. Jennifer i ja wychowaliśmy się na Południu, więc czuliśmy się w okolicy jak ryby w wodzie. Do czasu aż zacząłem się zgrywać, błaznować i skończyłem z wielką pijawą przyssaną do dłoni. Liam i Jenny tarzali się po ziemi ze śmiechu, ale ja byłem przerażony. A słowo daję – znam te pijawki, w tych stronach są ich miliony. Nie wiem, dlaczego o tym zapomniałem (śmiech). Poza tym pracowaliśmy w błocie, deszczu i potwornym gorącu – to nie było łatwe, ale było satysfakcjonujące.
 
A jak to było, Liam, przy "Niezniszczalnych 2"?  Gra ramię w ramię z takimi tuzami kina akcji musiała być wyczerpująca.

LH: Było doskonale! Cóż więcej mogę powiedzieć? Poznałem idoli z dzieciństwa –  "Kickboxer", "Krwawy sport", "Uniwersalny żołnierz" to było moje kino. Czy muszę dodawać, ile znaczyło dla mnie spotkanie tych facetów i praca z nimi? Nie zdajesz sobie sprawy, jak niewielu istnieje jeszcze gości, którzy potrafią w pojedynkę uratować świat. No i mogłem znów przybrać na wadze (śmiech).


W życiu też przeżyliście jakieś ekstremalne sytuacje?

LH: Moją pasją od zawsze był surfing. Nigdy nie otarłem się o śmierć, ale parę razy byłem "poważnie zaniepokojony".

Rekiny?

LH: Znam, spotkałem. Udało mi się zwiać. Ledwo. Wtedy właśnie byłem "poważnie zaniepokojony".

A ty, Josh? Masz się czym pochwalić?

JH: Nie będę owijał w bawełnę – nie. Miałem dość łatwo. Nie licząc wypadów za miasto na biwak, kiedy czasem trzeba było rozpalić ogień albo zrobić coś z niczego. Oprócz tego jeździłem na małym motorze, budowałem bazy w lesie, gadałem do siebie i udawałem nie wiadomo kogo.

Zupełnie jak dziś.

JH: Tak, tylko dziś mi za to płacą (śmiech).
Udostępnij: