Felieton

Moc cierpienia

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Moc+cierpienia-87700
Takiego crossoveru kilka lat temu nie wymarzyliby sobie najwięksi optymiści. Ekrany w lecie zaatakowali niemal jednocześnie wszyscy Avengersi, Czowiek-Pająk i Batman. I to w filmach przynajmniej przyzwoitych. Fakt, że ustalenie takiego standardu zajęło kinu tak wiele lat, wydaje się dziś dziwny. Zwyżka filmowej formy komiksowych superherosów, jaką obserwujemy w ostatnich latach i podejście na serio do tematu, nie musi być aż tak rewolucyjne, jeśli poszukamy kontekstu poza plastikowymi adaptacjami komiksów i spojrzymy na "Skanerów" Davida Cronenberga z 1981 roku. 

Nowe ekranizacje chwali się za ciekawe konteksty interpretacyjne, ale przede wszystkim za rezygnację z tych elementów oryginału, które się przeterminowały i jedynie przypominają dziś o infantylnych początkach superbohaterskich historii. Oczywiście – twórcy nowych ekranizacji wiele rzeczy dodają, ale kluczem do sukcesu wydaje się redukcja. Żeby dostrzec w historii o Batmanie czy X-Menach materiał na "dorosły" film, trzeba z nich zedrzeć jarmarczny sztafaż, poprzez który kino lubiło dotychczas komiksy postrzegać. Fenomenu bohatera nie definiuje odjazdowa maska, ale to, co znajduje się pod nią. A więc idea (idea nadczłowieka choćby). I człowiek, który maskę wkłada, a z ideą bierze się za bary.


"Mroczny Rycerz"

"Mrocznego Rycerza" Christophera Nolana chwalono za dojrzałą atmosferę kryminału, ale także za Gotham wyglądające jak współczesne Chicago i za brak cyrkowej stylistyki, która przykleiła się do opowieści o Człowieku-Nietoperzu. Czyli niejako chwalono go za "Batmana" bez Batmana. Tymczasem "Skanerzy" Cronenberga to nic innego jak "X-Men" bez X-Menów. A także science fiction bez science fiction. 

Scenariusz początkowo umiejscawiał akcję w przyszłości, ale reżyser musiał stopniowo rezygnować z tego pomysłu. Ostatecznie jedynym znakiem przyszłości, jaki można znaleźć w filmie, jest scena w – wyglądającej dziś bardzo retro – pracowni komputerowej. Pozostała jednak atmosfera kojarząca się trochę z mającym wkrótce nadejść "Blade Runnerem". Tak jak historia typu superhero jest możliwa bez superherosa, tak science fiction można osadzić w świecie współczesnym.


"Skanerzy"

Skanerzy to ludzie szczególnie uzdolnieni, co jednak nie objawia się elementami fizycznymi – nie mają ogonów, świecących promieniami oczu czy skóry z metalu. Ich moc polega na posługiwaniu się telepatią, co u Cronenberga nie oznacza eleganckiej wymiany myśli, ale sprzęgnięcie dwóch systemów nerwowych. Taki "talent" chciałyby wykorzystać różne ziemskie siły – zarówno wojskowe, jak i korporacyjne – co "utalentowanym" za dobrze nie wróży. Jednak nawet gdyby dano im spokój, skanerzy byliby prześladowani przez swój własny dar, bo telepatyczne zdolności nie idą w parze z umiejętnością posługiwania się nimi. Nieujarzmiony dar jest przekleństwem – skanerzy słyszą głosy, których słyszeć nie chcą, dzielą odczucia z ludźmi, obok których woleliby przechodzić obojętnie. Żyją w nieustającym poczuciu zagrożenia, hałasie i bólu. Tak jak w przygodach mutantów pojawia się naukowiec, który chce odegrać rolę dobrego tatusia dla wyrzutków (Profesor X), oraz mesjasz chcący poprowadzić nowy gatunek człowieka na wojenną ścieżkę z homo sapiens (Magneto).

 
"Skanerzy"

Komiksowi X-Meni są znacznie starsi od filmowych Skanerów. Motyw daru, który często okazuje się przekleństwem i wyrzuca na społeczny margines, pojawiał się w ich przygodach niemal od początku, czyli od lat 60. A jednak dla tych, którzy z drużyną mutantów po raz pierwszy spotkali się w kinie w roku 2000, kierunek inspiracji wydawał się oczywiście odwrotny. I nie ma w tym nic dziwnego, skoro Cronenberg tak mocno wyprzedził współczesny trend, rezygnując z festyniarskiej nadwyżki stylizacyjnej. Poszedł też o kilka kroków dalej, czego symbolem może być ikoniczna dziś scena z wybuchającą głową (efekt specjalny: lateks wypełniony psim żarciem i króliczymi wątróbkami). Tym, co najskuteczniej ściąga superherosów na ziemię, nie są mniej obciachowe kostiumy i lepiej napisane kwestie, ale cielesność i cierpienie.

Nic tak nie pogłębia postaci superludzi, jak wpisany w jej wyjątkowość wyjątkowy ból. Jeśli Wolverine zawsze był w kinie postacią rozczarowującą, to z powodu porównania z mięsistym obrazem, jaki na początku lat 90. stworzył np. Barry Windsor-Smith. Bohater historii "Weapon X" jest unurzanym w posoce, złaknionym krwi zwierzęciem, przedmiotem naukowego eksperymentu wojskowego; oszalałym z bólu fizycznego (naukowcy majstrują przy jego kośćcu i systemie nerwowym) i psychicznego (skrajne upodlenie). Nie ma w komiksie kolorowych wdzianek, kosmitów ani planujących zniszczenie świata demonicznych wrogów. Jest krew, pot i flaki. I ciało, które regeneruje się po każdym ciosie tylko po to, by można je było poddawać kolejnym torturom. Trudno o lepszą metaforę mocy połączonej z bólem. Bohater jest jedną wielką odrastającą wątrobą Prometeusza. Na taką wizję "wesołych superherosów" przemysł kinowy ciągle nie jest gotowy.

   

Skanerzy nie mają pazurów, które podczas walki wysuwają się z wnętrza ciała, ale są zaprzyjaźnieni z cierpieniem równie dobrze. Film okazał się na tyle dużym sukcesem, że doczekał się dwóch sequeli, spin-offów, a w Hollywood od przynajmniej kilku lat wisi projekt remake'u. Cronenberg mówi o nim jako najbardziej frustrującym doświadczeniu w swojej karierze – m.in. z powodu cięć finansowych i konieczności rozpisywania scenariusza na bieżąco, równolegle z kręceniem kolejnych scen. Najsłabszym elementem filmu wydaje się dziś pozbawiony osobowości główny bohater. Ale po trzydziestu latach od premiery i małej rewolucji, jaka w międzyczasie przydarzyła się kinu superbohaterskiemu, może się okazać, że "Skanerzy" jeszcze długo pozostaną najbardziej poważną i najwierniejszą adaptacją "X-Menów".
Udostępnij: