Artykuł

Polowanie na Sexy Beast

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Polowanie+na+Sexy+Beast-110000
Konkurs na stolicę Wszechświata rozstrzygnięty! Kraj, który wydał na świat Gilberta Ryle’a, Lewisa Carrolla i Jamesa Bonda. Dał ludzkości grawitację, wysłał Boga na wieczny urlop, skodyfikował zasady piłki nożnej i język, który brzmi dostojnie zarówno w ustach wielmożnej damy, jak i pijanego kibica. Wynalazł komputer, internety, maślane biszkopty i Stany Zjednoczone. Co miesiąc pocztówki z kraju, który kocha się i nienawidzi od pierwszego wejrzenia, przesyła Ludwika Mastalerz. 

***

Profesor literatury na Oksfordzie, komisarz Scotland Yardu o nieposzlakowanej reputacji, nieszczęśliwie zakochany starszy brat Legolasa – to postaci, których Ray Winstone nigdy nie zagra. Nie dlatego, że nie potrafi, po prostu nikt o zdrowych zmysłach nie obsadzi go w takich rolach. A wszystko przez świńskie oczka i... czajnik.



Niski, krępy Anglik z niewyparzonym językiem pochodzi z Londynu. Nie, nie z tego, któremu Big Ben głośno odmierza godziny, gdzie Nelson ze swej statuy spogląda dostojnie na Trafalgar Square, a Tower Bridge pewnie przecina Tamizę. To Londyn robotniczych szeregowców z czerwonej cegły i doków, Londyn braci Kray i Kuby Rozpruwacza. Raymond Adrew Winstone na zawsze pozostał dzieckiem East Endu, do każdej roli wnosząc z niego o wiele więcej niż tylko silny cockneyowski akcent. Twarz zawsze napuchła. Spocony, o niezdrowo rumianej cerze. Mógłbyś przysiąc, że jest na ciężkim kacu, a przez skórę paruje mu intensywnie aldehyd octowy. Sylwetka Raya to bardzo specyficzny rodzaj groźby. Wygląda jak amatorski pięściarz – technicznie marny, ale za to potrafiący w sytuacji zagrożenia wypuścić z siebie zwierzę i urwać przeciwnikowi głowę. To furia na dwóch nogach.

Niesprecyzowana atmosfera zagrożenia, którą wokół siebie roztacza, pomogła mu na samym początku kariery aktorskiej. Jak sam twierdzi – rolę chłopca z poprawczaka w "Hołocie", swoim ekranowym debiucie – dostał głównie dzięki temu, że chodził jak bokser. Początkowo widzimy bohatera jako wzorowego wychowanka – pokornie słucha przełożonych i składa pościel w kosteczkę. Gdy jednak dostaje w nocy wycisk od kolegów, powoli budzi się w nim bestia. Kamera, która zaczyna wiernie podążać za jego rozhuśtanym krokiem, zawieszona kilkadziesiąt centymetrów za wciśniętą w szerokie barki głową sugeruje, że bohater przejął inicjatywę. Jednemu oprawcy w umywalce umyje twarz do kości, drugiemu wybije z głowy ochotę na dalsze prześladowania kulą bilardową zawinięta w skarpetę. Nieco sympatyczniejsze wersje trudnego nastolatka stworzył w "Ladies and gentlemen, the Fabulous stains" oraz "Kwadrofonii" – w obu gra rockersa z czasów, gdy nie był on jeszcze chodzącą wytartą kliszą w czarnej skórze i długich włosach. Postać anarchisty, mającego tysiące powodów do stawania w szranki z całym światem leży na młodym i na starszym Rayu jak ulał. Obojętnie czy nosi rajtuzy Willa Scarletta ("Robin z Sherwood"), zbroję najemnego sarmaty ("Król Artur") czy pamiętający lepsze czasy polar i adidasy, żadne alchemiczne sztuczki nie zabiją w nim małego homunkulusa w postaci londyńskiego dresiarza. Aktor nie raz melancholijnie narzekał na zaszufladkowanie go jako wzorowego odtwórcy trudnych w obejściu facetów, którzy szybciej dadzą w pysk, niż zapytają o drogę. Mimo to od lat udowadnia, że fizyczne aktorstwo nie musi być klątwą, a czasem może sięgać wirtuozerii. Nawet feralny kipiący czajnik – tak chyba najtrafniej można opisać przeciągłą serię wysokich świstów, która w akompaniamencie nabrzmiałych żył na skroniach i zawałowego odcienia skóry tworzy śmiech Raya Winstone'a – nie stanął mu na drodze. Z nim zamykają się drzwi do ról "Blofeldów", ale nie tylko takimi czarnymi charakterami żyje kino.

"Robin z Sherwood"
W prawdziwą smugę cienia wszedł Winstone po filmie "Biedroneczko, biedroneczko" Kena Loacha, który wystawił go w dyżurnym narożniku toksycznego ojca i damskiego boksera. Od tej chwili aktor specjalizuje się w rolach family guya, na widok którego, od razu mamy ochotę sięgnąć po telefon i wstukać numer niebieskiej linii. Jednak  każda z tych postaci jest nieco inna, dzięki zaprzężeniu przez londyńczyka do pracy całej orkiestry subtelnych tików, ulubionych powiedzonek i zindywidualizowanych nerwic, żadna nie popada w karykaturę. W "Nic doustnie" jest facetem, który krzywdzi, bo sam jest skrzywdzony i nie może dojść ze sobą do ładu. Amplituda wahająca się od wybuchów agresji o rzadko spotykanej w kinie angielskim intensywności do proszenia z zasmarkanym nosem o wybaczenie czynią z niego postać budzącą irytację i magnetyzującą zarazem. Ojciec w "Strefie wojny" jest z pewnością daleki od ideału, ale stara się jak może, by zapewnić rodzinie jako taki byt. Gdy introwertyczny syn zaczyna podejrzewać go o molestowanie młodszej siostry, nie wierzymy mu, wierzymy ojcu, który nie zwykł ukrywać emocji. Wykreowanie postaci, której bardzo chcemy wierzyć, choć wiemy, że nie powinniśmy, rzuca światło na trudny do wyobrażenia fakt, że molestowanie seksualne tak długo może ukrywać się w przeciętnym w domu przez nikogo niezauważone.



Ray specjalizuje się w czynieniu fascynującymi ludzi nieciekawych, spychanych na margines, ludzi, od których odwraca się wzrok na ulicach, chyba że akurat dostają napadu szału. Najwyższej jakości próbką jego możliwości jest rola w "44 Inch Chest", w którym typowy "Rayowski" bohater – skonfliktowany ze światem szowinista – zostaje przeniesiony w teatralne dekoracje. Otwierająca scena przy dźwiękach romantycznej "Without you" Badfingera ukazuje gustowne mieszkanie, pełne rozbitego szkła, połamanych mebli, z toną pierza z wyprutych tapicerek, wśród których leży nieruchomo trup.



Kiedy otwiera oczy, okazuje się jednak, że nie padł ofiarą włamywaczy, ale niewiernej żony, a redekoracją apartamentu zajął się własnoręcznie. Trywialny problem – zdrada małżeńska i widmo rozwodu urastają tu do rangi Szekspirowskiego dramatu. Wszystko – od scenerii po dialogi i zwidy jest kluczem otwierającym kolejne szufladki zszarganej psychiki. Colin Diamond jest niczym Hamlet, rozdarty między biernym pięknoduchostwem rozkwitającym w długich monologach a szukaniem sprawiedliwości na własną rękę. Jego parający się nieczystymi interesami koledzy porywają kochanka żony i niczym czarownice z "Makbeta" podsuwają bohaterowi kolejne inspiracje do krwawej zemsty. Podobnie jak w pierwszej scenie, otaczający go kumple to przede wszystkim projekcja wewnętrznych stanów Colina. Umowna rama, która z intrygujących samych w sobie ludzi robi nie większy użytek niż ze zdewastowanych przedmiotów, sprawia, że mamy do czynienia ze swoistym apokaliptycznym monodramem.

Winstone należy do ligi aktorów, których twórcy filmowi chętnie obsadzają w rolach wymagających naturalności i charakterystycznej fizjonomii; aktorów, którzy przed kamerą bardziej są, niż grają. Dobrze sprawdza się w sytuacjach, gdy typowi spod ciemnej gwiazdy o grubo nakreślonych konturach trzeba nadać bardziej cielesny kształt i emocjonalny ciężar. Łatwość, z jaką wciela się w role pokutników z mroczną przeszłością ("Sweeney Todd", "Tracker", "Moonfleet", "Wielkie nadzieje") oraz rzezimieszków, którym nie pozwala być jednoznacznie złymi ("Twarz", "Wzgórze nadziei", "Noe – wybrany przez Boga"), sprawia jednocześnie, że zupełnie nie nadaje się on do ról prawdziwych villainów. Jego śmiech bywa szalony, ale nigdy demoniczny, nawet najbardziej bezlitosnym zachowaniom brakuje metodyczności, a zemsta serwowana na zimno nigdy nie figuruje w menu jego bohaterów. Charakterystyczną przyziemną kompulsywność widać najlepiej na tle ekranowych partnerów – wyrafinowanego Iana McShane'a w "Sexy Beast" i "44 Inch Chest", spokojnego jak głaz Johna Malkovicha  w "Grze Ripleya", niezłomnego Russella Crowe'a w "Noe" czy demonicznego Jacka Nicholsona w "Infiltracji". Nawet z Benem Kingsleyem w "Sexy Beast" tworzy silnie skontrastowany duet. Mimo że obaj są groźnymi gangsterami – Kingsley z mockneyową modulacją głosu i przenikliwym spojrzeniem wygląda na prawdziwego psychopatę, a Ray, który zaprzęga niepodrabialny rodzaj rozlazłości w sposobie mówienia i poruszania się, doskonale oddaje stan ducha twardziela na głębokiej emeryturze. Bóg, który stworzył świat z niczego w siedem dni, nie był tak zmęczony jak Gal Dove uwolniony spod jarzma mafijnych kolegów. Nawet w siódmym niebie nie odpoczywał sobie tak rozkosznie jak przytuczony Angol rozpięty na pływającym w basenie materacu, piekąc się w hiszpańskim słońcu jak prosię na rożnie.



W "Grze Ripleya" bohater grany przez Malkovicha wypowiada znamienne zdanie, które mogłoby być dobrym podsumowaniem aktorskiego stylu Winstone'a: "Jesteś jak powódź błotna, ciągniesz w dół wszystko, czego się dotkniesz". Istotnie, samo obsadzenie Raya w jakiejkolwiek roli sugeruje, że jego bohater nie będzie miłym i taktownym facetem. Przynajmniej dwa razy producenci wykorzystali to przyzwyczajenie widzów do podjęcia genialnych decyzji obsadowych. "Chłopak na gwałt poszukiwany" (w polskim tytule "90s all the way!" jeżeli chodzi o genderową wrażliwość) to właściwie romantyczna komedia, tyle że zwyczajowy róż przyprószono tu kurzem angielskiej prowincji i niecierpiącą zwłoki koniecznością zajścia w ciążę. Dave i Kate poznają się w środku stłuczki na parkingu, podczas której uroczy jak zawsze Ray za "zabicie jego samochodu" wyzwie kobietę od "głupich cip". Odpychający nieznajomy jest jak najdalszy od sielankowych herosów, które Kate kreuje w swoim trzecioligowym romansie dla kur domowych. Winstone ceduje na swojego bohatera wszystkie znane z poprzednich filmów triki – nieco obleśny sposób bycia i choleryczne wybuchy, podczas których z prędkością karabinu maszynowego wypluwa z siebie piętrowe przekleństwa. Ale to właśnie dobrze znane emploi aktora tchnie w sztampowego przedstawiciela gatunku trochę życia. Bynajmniej nie są to rozwiązania fabularne – tu wszystko jest po bożemu, ale emocjonalna przyjemność płynie z obserwowania, jak awanturnik okazuje się koniec końców ciepłym facetem.


"Królewna Śnieżka i Łowca"
Tylko na pozór pomyłką twórców "Propozycji" było obsadzenie Winstone'a w roli kapitana Stanleya – jedynego człowieka w miasteczku na australijskiej prowincji, który nie jest ani złoczyńcą, ani cynicznym oportunistą. Kapitan, wspominający Imperium Brytyjskie jak Arkadię, pijący codziennie herbatę z kruchej porcelany i oddający hołd wiszącemu w gabinecie portretowi królowej Victorii, za cel obrał sobie uczynienie z miasteczka ostoi cywilizacji. Winstone jako kolonialny przedstawiciel Korony tym razem nosi się schludnie i mówi nienaganną angielszczyzną. Fakt, że dobrze znane emploi aktora wciąż przebija przez tę fasadę, nie jest przypadkiem: w tym zapomnianym przez boga miejscu ekspata o wątpliwych motywacjach moralnych (trudno jego propozycję złożoną Burnsom uznać za etyczną) jest i tak najjaśniejszą postacią. Bracia Burns – mordercy, gwałciciele i rabusie – to tylko wierzchołek góry lodowej, dlatego Stanley łudzi się, że jego niekonwencjonalne metody mogą zaprowadzić tu porządek. Finałowa scena przywołująca echa egzekucji pułkownika Kurtza w "Czasie Apokalipsy" to majstersztyk wśród mrocznych ballad o Antypodach. Ciekawe, czy na rolę Winstone'a podobnego kalibru jeszcze kiedykolwiek się doczekamy. Odcinanie kolejnych kuponów od poprzednich kreacji, czy to jako zrzędliwy krasnoludek ("Królewna Śnieżka i Łowca"), czy jako podstarzały twardziel ("Lotna Brygada") mnoży wątpliwości. Byłoby szkoda, gdyby tak skończył aktor, który – jak twierdzi jeden z użytkowników Filmwebu (demoon333) – "jest Anglikiem w pigułce, którego twarz powinno się drukować na funtach". Ale nadzieja umiera ostatnia, ładnie prosimy: zagraj to jeszcze raz, Ray.