Wywiad

Rozmowa z Joshem Brolinem, gwiazdą "Prawdziwego męstwa"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Rozmowa+z+Joshem+Brolinem%2C+gwiazd%C4%85+%22Prawdziwego+m%C4%99stwa%22-70756
Grał już kowboja-neandertalczyka, biseksualnego agenta rządowego, faceta, na którego poluje Javier Bardem, i zabójcę Harveya Milka. Świat jednak zapamięta go jako George’a W. Busha. O swoich rolach (i nie tylko) opowiedział Filmwebowi Josh Brolin.

Podczas wczorajszej konferencji prasowej sprawiałeś wrażenie lekko poirytowanego (wywiad został przeprowadzony dzień po berlińskiej premierze "Prawdziwego męstwa" – przyp. M.W.).

Nie byłem poirytowany. Śmiałem się z braci Coen, którzy, jak zwykle, nie mieli nic do powiedzenia (śmiech).

To reguła?

Tak, oni zwykle mało mówią. Zawsze, gdy czują się pod presją, żeby koniecznie coś powiedzieć, czuję się strasznie rozbawiony. Paul Verhoeven (Brolin pojawił się u niego w "Człowieku-widmo" – przyp. M.W.) powiedział to najlepiej: wszelkie interpretacje są dla Was dziennikarzy, a nie dla nas. Nas w ogóle nie obchodzą. Gdy gram na planie, myślę o postaci, o "trajektorii" swojej roli. Potem jest już pozamiatane. Interpretacje są dla Was.

A czym się różni rozmowa z dziennikarzem od rozmowy z fanem?

Różnica jest zasadnicza. Są różne szkoły, ale zawsze chodzi o intelektualny albo emocjonalny kontakt z dziełem. To zawsze jedno z dwóch. Fan liczy na silną, emocjonalną jazdę. Na tym polega jego kontakt z tobą i twoją pracą.

Emocjonowano się "Jonahem Hexem"?

Ten film to dobry przykład. Oglądałeś go?

Oglądałem.

Wyglądasz tak, jak większość ludzi. Jakbyś chciał dodać "niestety". Wszyscy wiedzą, o co chodzi. Ale jeśli ktoś przyjdzie do mnie i powie: "Hej, to był świetny film, fantastycznie się bawiłem", to co według Ciebie miałbym zrobić? Powiedzieć mu: "Stary, chyba żartujesz, przecież to pieprzone gówno". To byłoby niepoważne, nietaktowne i nie fair wobec tej osoby.  

Poleganie na intelekcie podczas pracy na planie może być niebezpieczne?

Może. Podam Ci kolejny przykład. Kręciliśmy "To nie jest kraj dla starych ludzi". Pamiętam taki moment z planu, kiedy Javier (Bardem – przyp. M.W.) miał spojrzeć w dal, nadać temu spojrzeniu odpowiedni wyraz i wypowiedzieć swoją kwestię. Nie pamiętam, czy to znalazło się w ostatecznym montażu. W każdym razie Javier spojrzał w tę swoją "nicość" i zamarł tak na kilkanaście sekund. Większość osób na planie była zaczarowana. Czuli tę "magię", wagę jego spojrzenia. A ja nie mogłem opanować śmiechu.

Zapomniał kwestii?

Gapił się  i gapił, a ja po prostu widziałem, że zapomniał swojej linijki. Prawie potrafiłem usłyszeć jego myśli. "No, co ja, do cholery miałem powiedzieć? Jak szedł ten pieprzony monolog?".

Na planie "Prawdziwego męstwa" raczej nie groziło Ci, że zapomnisz kwestii.

Tom Chaney to mała rola i przez to trudniejsza. Patrzysz na robotę innych i myślisz sobie: "To jest doskonałe, wszyscy są doskonali. Ciekawe, czy zaraz nie pojawi się Josh Brolin, nie zacznie śmiesznie mówić i czegoś nie spieprzy".

Martwiłeś się o głos?

Nie tylko. Również o to, że przeszarżuję, że przesadzę z ekspresją. Mam swoje osobiste zdanie odnośnie tej roli, ale to w tej chwili nie jest ważne.  

Tom Chaney jest głupawy. Jak to jest – być inteligentnym facetem i "cofać się" do takiego bohatera?

Bohaterowie używają słówka "dimbo", czyli głupi, głupawy. Ale w tej głupocie jest coś niebezpiecznego. W każdej głupocie jest. Gdy ćwiczyłem sztuki walki, o wiele trudniejsza była dla mnie potyczka o biały pas niż o czarny. Zawodnik, z którym walczyłem o biały pas, był nieprzewidywalny. Jego głupota przynosiła efekty. Nie znał dobrze siebie, więc i ja nie mogłem go poznać. To właśnie chcieliśmy osiągnąć – pokazać nieprzewidywalność Chaneya oraz rodzaj dziecięcej emocjonalności. Dziecko, które naraz zamienia się w psychopatę. Jest takie ujęcie z żabiej perspektywy, które doskonale to wszystko podkreśla. Chciałem, żeby Coenowie dłużej pobawili się charakteryzacją i nadali Chaneyowi bardziej neandertalski wygląd. Gdybym był reżyserem, mocniej podkreśliłbym również jego stosunek do Mattie Ross, bo ta dziewczynka po prostu go irytuje. Jest jak irytujący moskit, który siada na jego nosie.

Brzmisz, jakbyś chciał być jednym z nich.

Moskitem?

Reżyserem.

W przyszłym roku robię film dla Warner Bros. Będzie oparty na mojej sztuce sprzed dwudziestu lat. Gdy to pisałem, wydawało mi się, że moje umiejętności dramatopisarskie sięgnęły szczytu (śmiech). Scenariusz adaptuje świetna Maya Forbes. To będzie opowieść o rodzeństwie. On jest uzależnionym od adrenaliny świrem, wpada często w kłopoty, w końcu ma wypadek motocyklowy. Ona musi się nim zająć.

Zagrasz?

Jeśli będę wystarczająco młody (śmiech).

Dlaczego interesujesz się reżyserią?

Bo się jej boję. To ogromne wyzwanie, a ja lubię wyzwania. Poza tym dorastałem wśród narracji, opowieści. Kocham je.

Aktorstwo tego nie kompensuje?

Nie do końca. Pracując jako aktor, nie tworzysz całej narracji, ale opowieść w opowieści.  Najważniejszy jest klimat sceny, jej autentyczność. Na planie "To nie jest kraj dla starych ludzi" miałem scenę z Kelly McDonald, w której siedzimy przed telewizorem i rozmawiamy. Coś w niej nie grało. Znałem kiedyś parę, która przesiedziała tak kupę czasu, w ogóle na siebie nie patrząc. Tak dobrze się znali, że mogli jednocześnie gapić się w telewizor i rozmawiać ze sobą. I to był klucz do tej sceny. Chodzi mi o to, że nigdy nie myślę na planie o całości. To nie jest dobra strategia na aktorstwo. A od czasu do czasu chciałbym o całości pomyśleć.

Jesteś perfekcjonistą?

Jestem. Na planie. Ale nie lubię rozmyślać o czymś, na co nie mam wpływu. Po pracy, wypuszczam to wszystko z rąk. Bohatera, rolę. Nie wracam do starych rzeczy. Wyjątkiem są "Igraszki z losem" Davida O.Russella. Biseksualny agent ATF z fetyszem męskich pach. Czy mogło mi się przydarzyć coś lepszego (śmiech)?

Miałeś łatwiej z powodu "aktorskiego" pochodzenia?

Nie, byliśmy na finansowej huśtawce. Mojego ojca często nie było, matka miała wielu przyjaciół ze środowiska filmowego i teatralnego, ale to była zwykła robota – mieliśmy pieniądze, nie mieliśmy, mieliśmy, nie mieliśmy. I tak w kółko.

Chciałeś zostać aktorem?

Byłem uzdolniony w naukach ścisłych i raczej nikt, ze mną włącznie, nie sądził, że pójdę w ślady ojca. Ci, którzy mnie znali, nie postawiliby na to nawet dolara. Ale w ostatniej klasie liceum zacząłem chodzić na zajęcia kółka aktorskiego. I połknąłem bakcyla. Oczywiście, szybko odkryłem, że to ma swoją mroczną stronę. To profesja upokorzenia i strachu (śmiech).  

A co Cię skłoniło do wejścia na giełdę?

Chciałem iść na całość. A giełda to jest właśnie "całość". Znasz takiego faceta jak Dean Potter? To ekstremalny wspinacz i mój osobisty bohater. Gość wchodzi na najwyższe szczyty i budynki na świecie. W każdej chwili może stracić punkt zaczepienia i po prostu odpaść. To ryzyko, ale przecież w nim cała zabawa. Jak mówiłem – byłem dobry z matematyki. A giełda to matematyka. Analizowanie. Cykle, historie cykli, badanie, co się dzieje ze społeczeństwem, gdy następuje ekonomiczny boom. Jak w kinie – kiedyś western był popularny, potem nie, dziś znów jest, za dwa lata znowu nie będzie. Skąd się to bierze? Na jakie zapotrzebowanie odpowiadają producenci danego towaru? Ludzie nie mają pojęcia, co robią ze swoimi pieniędzmi. Nie interesuje ich to. Mnie interesowało. Zarobiłem podczas kryzysu w 2008 roku mnóstwo pieniędzy. Ale przyznam, że w pewnym momencie to stało się odurzające i musiałem odpuścić. Dla przykładu moja żona w ogóle sobie nie wyobraża gry na giełdzie. Jest ostrożniejsza, nie lubi ryzykować.

Skoro już jesteśmy przy Twoich analitycznych umiejętnościach, to jak Ci się wydaje, co stoi za sukcesem "Prawdziwego męstwa"? Co zagrało? Nazwiska? Gatunek?

Taka jest natura fenomenu. Nie mam pojęcia, co zagrało. Mogę spekulować: emocjonalność widzów, ucieczka w stronę czegoś prostszego. Trudno to wyjaśnić. Tak jak wiele innych rzeczy. Kiedyś sekcja poradników "Jak być szczęśliwym?" zajmowała w księgarniach jedną półkę. Dziś zajmuje trzy czwarte budynku. Wszyscy powinni wiedzieć, jak być szczęśliwymi, ale zamiast tego, czują się coraz bardziej samotni i nieszczęśliwi. Dlaczego tak jest? Nie wiem, ale to się samo sobą żywi. Podobnie jest ze sztuką. "Męstwo" zagrało, ponieważ było na ten film społeczne zapotrzebowanie.  

Będziesz zapamiętany jako George W. Bush (rola w filmie "W." – przypis M.W.). Jak się z tym czujesz?

Dziwacznie. Byłem zadowolony z filmu, chociaż pojawił się w fatalnym momencie. To była bardzo trudna rola. Zdecydowanie najtrudniejsza w mojej karierze. Byłem zestresowany, miałem problemy ze zdrowiem, zastanawiałem się, czy powinniśmy mieć ochronę przed republikanami (śmiech). Oliver (Stone – przypis M.W.) napisał bardzo precyzyjny scenariusz. Mnie najbardziej interesowało to, co działo się w głowie tego człowieka, jego emocjonalny stan.

Czy zmieniła się Twoja opinia o Bushu?

Jako o człowieku – tak. O tym się zapomina. Dziennikarze zadają pytania w celu prześwietlenia poglądów człowieka. To nic złego, na tym polega wasza praca. I czasem możecie być cholernie niesprawiedliwi dla innych. Taka praca, takie ryzyko. Ja chcę dostrzec tę ludzką stronę każdego bohatera. To kwestia szacunku. Wszyscy błądzimy, prezydent Stanów Zjednoczonych również.  Byłem zszokowany jego prezydenturą. Zszokowany. Ale to wciąż istota ludzka. Jak Troy Kell. Czytasz wywiady i myślisz sobie: "jaki świetny, wyluzowany gość". A przecież on 67 razy dźgnął swojego kumpla. Zastanawiałem się więc, co kierowało Bushem, co go popychało do rzeczy, które robił. Kompleks ojca? Brata? To, że musiał wygrywać? Co sprawia, że byłby pewnie szczęśliwszy jako trener drużyny baseballowej?

Tego pewnie już się nie dowiemy.

Oj, nie byłbym taki pewien. W księgarni obok trzy czwarte budynku zajmują autobiografie (śmiech).

Życzę Ci więc podobnych wyzwań i ról podobnego formatu. Dzięki za rozmowę.
Udostępnij: