Artykuł

Władcy marionetek

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/W%C5%82adcy+marionetek-83678
Klasyczny filmowy "geniusz zbrodni" stał się pod koniec ubiegłego wieku banalnym szefem korporacji, spłaszczonym do roli "zarządcy" stereotypowym egomaniakiem. Tymczasem w obronie ojców chrzestnych, książąt podziemia i innych "władców marionetek" niespodziewanie stanęły seriale.

Wszystkiemu winny jest Ernst Stavro Blofeld i ten cholerny biały kot. Czy można traktować poważnie pozostającego w cieniu geniusza zbrodni, kiedy ten, podpisując wyrok na kolejne miliony bezradnych i niewinnych ludzi, głaszcze zblazowanego kota? Przerażone jednoznacznością i niemal kampowym wizerunkiem podobnych postaci kino zaczęło więc konsekwentnie od nich odchodzić – organizacje terrorystyczne stawały się "widmem" bez twarzy, ideologizującymi tworami złożonymi z walczących dla sprawy żołnierzy, a zindywidualizowani złoczyńcy ewoluowali w stronę działających w pojedynkę podobnych Hannibalowi Lecterowi psychopatów. Tak właśnie klasyczny filmowy "evil mastermind" stał się pod koniec ubiegłego wieku banalnym szefem korporacji, spłaszczonym do roli "zarządcy" stereotypowym egomaniakiem. Paradoksalnie, w obronie honoru Blofelda stanęli scenarzyści seriali, dla których lawirowanie między moralnością, codziennością i realizacją ostatecznego celu wydało się intrygującym tematem. Serialowa forma pozwala bowiem na wykorzystanie dużo subtelniejszych narzędzi niż ograniczony czasowo i fabularnie pojedynczy film pełnometrażowy.

Depresja gangstera

Pierwszym wysłanym na wojnę z archetypami bossem, który uwiódł masową publiczność,  był oczywiście Tony Soprano. Być może nie spełnia on wszystkich warunków uczestnictwa w galerii sław serialowych przestępczych szefów, ale do panteonu bezsprzecznie należy, jako pionier. Z pewnością odstaje od innych intelektualnie, rzadko wznosząc się ponad instynkt przetrwania i typowo męskie impulsy, ale to właśnie on pozwolił nam po raz pierwszy zajrzeć do przestępczego umysłu. Trudno było go polubić, ale niezwykle łatwo zrozumieć. Wydaje się, że mówiąc na pierwszej wizycie u terapeutki, że zajmuje się "zarządzaniem odpadami", mówi prawdę na kilku poziomach.

Fakt, że jest jednym z bossów organizacji przestępczej, to metafora oczywista, ale dużo ciekawsza jest nostalgia Tony’ego za czasami, kiedy człowiek decydował o swoim losie, czasach, kiedy American Dream był na wyciągnięcie ręki. Żeby zrozumieć, dlaczego świat schodzi na psy, wystarczy zrozumieć, co oznacza bycie mafijnym królem New Jersey. Jersey to miasto domków z ogródkiem, nudny, źle ubrany i zakompleksiony kuzyn Nowego Jorku. Dlatego Tony ma wszelkie prawo do swojej podmiejskiej depresji, jednocześnie broni się jak może przed zaakceptowaniem faktu, że nie nadaje się do innej pracy, nie jest najjaśniejszą żarówką w żyrandolu i najlepsze lata ma już za sobą. W rozmowie z doktor Melfi wykonuje jednak genialny unik – zrównuje antybohatera z bohaterem, mówi wprost, że funkcjonują w oparciu o ten sam mechanizm. "Dziś wszyscy muszą chodzić do psychiatrów, poradni... A co stało się z Garym Cooperem? Silny i milczący. Nie uzewnętrzniał uczuć, po prostu robił, co trzeba". Być może to linia obrony przed moralną samooceną? A może usprawiedliwienie, że ktoś w tym teatrzyku musi ciągnąć za sznurki, bez względu na to, jak źle by się z tym czuł i jak niewprawne byłyby jego zabiegi.


Przecież Nucky Thompson ("Zakazane imperium") czy Thomas Kane ("Boss") są nazbyt inteligentni, żeby myśleć o sobie inaczej niż źle. Tyle że patrzą na świat z dystansem – wiedzą że wokół są ludzie myślący na skróty, którzy wyrządzić mogą dużo więcej  zła, oni zaś to zło konieczne. Refleksja, że są najlepszym, co w obecnej sytuacji może się światu przydarzyć, z pewnością nie wprawia ich w dobry humor, pokrzepienia muszą zatem szukać gdzie indziej – w prawdzie starej jak świat, że wszystkie imperia zbudowano na zbrodni.

Kontrolerzy

Burmistrz Tom Kane jest z całą pewnością postacią, z którą nie można się nijak utożsamić. W odróżnieniu od Dextera, który przecież mordował z zimną krwią, nie jest ani zabawny, ani seksowny, ani wrażliwy. To Machiavelli, skłonny zawrzeć pakt z diabłem, byleby tylko osiągnąć swój cel. Jest egocentrykiem i egoistą, ale nic tak nie zajmuje jego umysłu jak potrzeba kontrolowania każdego posunięcia wszystkich figur na szachownicy. Kiedyś ta potrzeba pozwoliła mu dotrzeć na szczyt, dziś – trzyma go przy życiu. Po zdiagnozowaniu u niego degeneratywnej choroby mózgu zaczyna odczuwać na własnej skórze, jak chaotyczny i nieposkromiony jest otaczający go świat. Widząc, jak traci kontrolę nad własnym ciałem i umysłem, kurczowo stara się utrzymać kontrolę nad o wiele większym organizmem – trawioną nowotworami, ale ciągle regenerującą się tkanką metropolii Chicago. Potrzeba kontrolowania przynajmniej jednego aspektu swojego życia to również przyczyna ataków paniki u Tony’ego Soprano. Zapalnikiem nie jest tu choroba, ale nagłe przeświadczenie, że jego świat rozpada się, może runąć pod pierwszym lepszym podmuchem. Nie do końca poważnie traktowana w serialu pomoc psychoterapeuty ma przynajmniej dać mu namiastkę spokoju, jakąś formę samokontroli, dzięki poznaniu własnych, podświadomych motywacji.

 

Podobnych rozterek nie przeżywa za to Nucky Thompson, który w irlandzkiej, religijnej  społeczności indywiduów przekupnych, plugawych i uznających autorytet silniejszych, jest jedynym uczciwym wobec samego siebie ateistą. Stara się rządzić, rozgrywając interesy innych – tak, by zawsze najlepszym rozwiązaniem z ekonomicznego punktu widzenia było dogadanie się właśnie z nim. Swoją potrzebę kontroli ukrywa pod płaszczem konieczności. Niby jest niegroźny i stosunkowo czysty, w gruncie rzeczy zajmuje się przemytem alkoholu, który w wyniku oderwanej od rzeczywistości, purytańskiej ustawy stał się artykułem zabronionym. Ale konsekwencją dokonywania czynów zabronionych jest ciągłe podbijanie stawki. O najwyższą gra się już swoim i cudzym życiem.


Wrogowie dowiadują się, że lepiej nie mylić zdolności dyplomatycznych ze spolegliwością – o czym boleśnie przekonuje się wreszcie Jimmy Darmody. Nucky, odkrywając swoje prawdziwe oblicze, jasno komunikuje, że od dawna był gotów prowadzić wojnę, tylko dotychczas najskuteczniejszymi środkami wygrywania bitew były te półlegalne, raczej bazujące na słabościach ludzi niż na ich strachu. Najciekawszy aspekt bycia bossem półświatka to pytanie o zdarzenie, myśl, przekonanie, które raz na zawsze karze zagłuszyć wyrzuty sumienia i zahamowania i stać się archetypicznym czarnym charakterem. Takim, któremu sznurki marionetek nie plączą się przy bardziej wymyślnych scenkach.

Wszystkie odcienie szarości

Ale czy to właśnie ocena moralna stojących ponad prawem nie jest najtrudniejsza? Przecież w związku z zarządzaniem duszami drobnych cwaniaczków i godzeniem interesy zwaśnionych grup stoi przed nimi zadanie trudniejsze niż przed samotnym sprawiedliwym, który z zakasanymi rękawami robi porządek, by potem przejść do kolejnego zadania albo udać się na zasłużoną emeryturę. Ich wojna trwa aż do całkowitej porażki, której nieuchronność przypomina o sobie każdego dnia. Okazuje się, że zasady, które konstruują na użytek kontrolowania swojego imperium, są przewrotną emanacją równości i sprawiedliwości. Nucky Thompson traktuje czarną społeczność Atlantic City na równi z Włochami i Irlandczykami, całkiem racjonalnie akceptuje prawo kobiet do emancypacji, pozwalając choćby swojej kochance na podejmowanie decyzji i wzięcie na siebie odpowiedzialności zupełnie obcej amerykańskim kobietom lat 20. i 30. Pośród organizacji przestępczej, której jest trybem, Tony Soprano jest jednym z niewielu całkowicie moralnie świadomych postaci. Stara się racjonalizować  decyzje o likwidacji kolejnych przeszkód na drodze, ale widać, że każde kolejne morderstwo odkłada się jak osad w płucach, skraca oddech i obciąża serce. Zabójstwa, mimo doskonale racjonalnego wytłumaczenia, zaczynają wyzwalać autodestrukcyjne emocje – śmierć Christophera Moltisantiego, choć z perspektywy interesów i bezpieczeństwa najbliższych nieunikniona, jest gestem ostatecznego przyznania się Tony’ego do winy przed samym sobą.

 

Umiejętność odróżnienia wszystkich odcieni szarości jest warunkiem koniecznym pozostania na szczycie występnej piramidy. Stereotypizacja, siermiężność osądów, skłonność do uproszczeń – zwyczajowo już domena rycerskich wybawicieli i "ostatnich sprawiedliwych" – to dla władców marionetek prosta droga do zatracenia. To, co sprawdza się w krucjacie przeciwko złu, jest mrzonką wobec codziennego "oszukiwać, dręczyć, zdradzać". Burmistrz Kane to współczesny cesarz Rzymu – całkowicie oddany swemu dziełu, jednocześnie zdolny absolutnie do wszystkiego, by zachować świetność imperium. Fakt, że by ratować siebie, poświęca swoją ukochaną, odzyskaną po latach córkę, czyni go postacią z antycznej tragedii. Niemal ostateczny upadek Toma to przecież efekt jego powtarzających się stanów niepoczytalności, a więc i zdolności planowania – nie efekt jego przestępstw i podłości, ale wkradającej się między nie niekonsekwencji.

Historia "Rodziny Soprano" kończy się ślepym zaułkiem, zaskoczenia nie ma, bo od początku wiedzieliśmy, że nie może być inaczej. Po kolejnych sezonach "Zakazanego imperium" i "Bossa" też trudno oczekiwać happy endu, ale nieuchronne zmierzanie do jądra ciemności z ich bohaterami jest fascynującą podróżą. Taka już być może nasza natura – oglądając powstawanie ogromnego domu z kart podziwiamy kunszt, spokój i konsekwencję budowniczego, zachwycamy się. I czekamy, kiedy wreszcie zadrży mu ręka.
Udostępnij: