Relacja

WENECJA 2016: Piórko i gwałt na Żuławskim

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2016%3A+Pi%C3%B3rko+i+gwa%C5%82t+na+%C5%BBu%C5%82awskim-119290
W poniedziałek wenecka impreza znalazła się na półmetku. Nasi recenzenci mieli okazję zobaczyć tym razem nowy film Amata Escalante "La Region Salvaje" oraz włoską komedię "Piuma". Oba filmy walczą o Złotego Lwa. 

***

Lekka jak piórko (recenzja filmu "Piuma"

Startująca w weneckim konkursie głównym "Piuma" prawdopodobnie nie otrzyma Złotego Lwa. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby po premierze do reżysera Roana Johnsona zgłosił się zagraniczny producent z propozycją zakupu praw do remake'u. Włoska komedia obyczajowa to przedsięwzięcie skierowane do szerokiej publiczności, a zarazem niepozbawione ambicji. Jego zaletami są uniwersalny temat, pokaźna dawka humoru sytuacyjnego i słownego, a także świetnie nakreślone postaci drugoplanowe. W Polsce o takich filmach mówi się, że to udane kino środka. 


Piuma to po włosku piórko. Właśnie tak zamierzają nazwać swoją nienarodzoną córkę Cate (Blu Yoshimi di Martino) i Ferro (Luigi Fedele). Okoliczności nie sprzyjają, niestety, założeniu własnego stada: bohaterowie nie skończyli jeszcze szkoły średniej, nie mają własnego kąta, a perspektywy na przyszłość wydają się raczej mgliste. Mimo to na wszelkie sugestie dotyczące usunięcia ciąży młodzi reagują jak diabeł na wodę święconą. Czyżby więc współcześni włoscy nastolatkowie byli bardziej konserwatywni od swoich rodziców? A może zakochane, bujające w obłokach dzieciaki nie liczą się specjalnie z ekonomicznymi realiami? W końcu, jak twierdzi Ferro, jego starzy należą do uprzywilejowanego pokolenia boomu gospodarczego i z tego powodu mają obowiązek wspierać finansowo potomstwo.

Mimo że temat brakujących pieniędzy powraca w filmie Johnsona raz za razem, "Piuma" wolna jest od społecznego zacietrzewienia rodem z kina Kena Loacha. Choć reżyser jasno daje do zrozumienia, co sądzi m.in. o pracodawcach nieprzedłużających umów kobietom w ciąży, głównymi tematami jego filmu są mierzenie się z dorosłością oraz akceptacja niespodzianek przynoszonych przez los. 

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ

***

Gwałt na Żuławskim (recenzja filmu "La region salvaje")

Od pewnego czasu na festiwalu w Wenecji trwa wzmożona fascynacja kinem latynoamerykańskim. Szczególnie dobrze było widać to podczas zeszłorocznej edycji imprezy, która zakończyła się triumfem wenezuelskiego "Z daleka". Teraz do najwyżej ocenianych filmów w Konkursie Głównym należy natomiast argentyński "The Distinguished Citizen". Niestety, tej znakomitej passy nie podtrzymuje "La region salvaje" Amata Escalante. Twórca rewelacyjnego "Heli" i jeden z najzdolniejszych reżyserów rodem z Meksyku tym razem zawiódł na całej linii. Stworzone przez niego dzieło bardziej niż do Pałacu Festiwalowego  pasuje do obskurnego kina na amerykańskiej prowincji, gdzie mogłoby cieszyć oczy miłośników guilty pleasures. Pełen pretensji, efekciarski "La region salvaje" wygląda chwilami jak film sado-maso zrealizowany przez Terrence'a Malicka. Jeszcze więcej niż od twórcy "Drzewa życia" Escalante kradnie jednak od "Opętania" Andrzeja Żuławskiego.


Podstawowa różnica pomiędzy polskim mistrzem a jego meksykańskim epigonem polega na tym, że użyte w "Opętaniu" elementy science fiction i horroru stanowiły integralną część opowiadanej historii. W "La region…" sztafaż gatunkowy wydaje się natomiast niczym więcej niż artystowską fanaberią twórcy kojarzonego wcześniej z kinem maksymalnie realistycznym. Początkowo Escalante zdaje się zresztą podążać dotychczasową ścieżką. "La region…", podobnie jak wspomniane "Heli", stanowi próbę rozprawienia się z powszechnym w Meksyku kultem machismo i wynikającym z niego podziwem dla przemocy.

Cechy te uosabia Angel – homofobiczny hipokryta, który romansuje po kryjomu z bratem swojej żony. Ryzykowny punkt wyjścia zostaje jeszcze bardziej udziwniony, gdy w życiu bohaterów pojawia się tajemnicza Veronica. Obdarzona nieposkromionym apetytem seksualnym dziewczyna rozpoczyna z nowymi znajomymi niebezpieczną, erotyczną grę. Jej enigmatyczny w pierwszej chwili sens sprowadza się ostatecznie do dość banalnej konstatacji o nierozerwalnym związku rozkoszy i cierpienia. Snute wokół tego zagadnienia rozważania Escalante byłyby może jeszcze do przyjęcia, gdyby twórcy "Krwi" udało się powściągnąć ostentacyjne upodobanie do metafizyki. 

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ