Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2018%3A+Powr%C3%B3t+%22Suspirii%22-129744

WENECJA 2018: Powrót "Suspirii"

  • autor: Piotr Czerkawski, Łukasz Muszyński
  • Relacja
Kolejnego dnia weneckiego festiwalu Łukasz Muszyński recenzuje dla Was "Suspirię" Luki Guadagnino, a Piotr Czerkawski - "Close EnemiesDavida Oelhoffena.

Suspiria.jpg

Taniec ze śmiercią ("Suspiria", reż. Luca Guadagnino)

"Gdy tańczysz cudzy taniec, czynisz się obrazem jego twórcy" - mówi w jednej ze scen "Suspirii" bohaterka Tildy Swinton, Madame Blanc. Słuchając jej, trudno nie pomyśleć o reżyserze filmu, Luce Guadagnino. Znany do tej pory z przesyconych erotyzmem dramatów Włoch dokonał reinterpretacji kultowego horroru Daria Argenta z 1977 roku. Jak przystało jednak na prawdziwego autora, wszedł z butami w historię wymyśloną przez mistrza giallo. Nowa wersja pomimo szeregu wspólnych cech łączących ją z pierwowzorem wydaje się osobnym, autonomicznym bytem. W intrygujący sposób rozwija wątki znane z oryginału, ma własną tożsamość wizualną, a także nie boi się rozsadzać ram konwencji kina grozy. I właśnie z tego powodu podzieli losy takich tytułów jak "Czarownica", "Kill List" czy "Hereditary. Dziedzictwo". Jednych zachwyci, a innych rozśmieszy, zirytuje bądź, co gorsza, znudzi. Zostaliście ostrzeżeni.

Część fanów uzna mnie pewnie za świętokradcę, ale uważam, że oryginalna "Suspiriapotrzebowała remake'u. Owszem, psychodeliczna, odrealniona warstwa plastyczna filmu oraz złowieszcza ścieżka dźwiękowa grupy Goblin do dziś budzą najszczerszy podziw. Poza tym krwawa baśń Argento nie zestarzała się jednak najlepiej, z kolei wiele elementów scenariusza prosiło się o rozbudowanie i pogłębienie. Jednym z nich jest chociażby taniec - akcja horroru rozgrywa się w akademii baletu, ale równie dobrze mogłaby się dziać we fryzjerskim technikum. Zajęcie bohaterek nie ma bowiem większego związku z głównym wątkiem, czyli serią makabrycznych zdarzeń, do jakich dochodzi w murach szkoły. Guadagnino, scenarzysta David Kajganich oraz operator Sayombhu Mukdeeprom czynią taniec kluczowym ogniwem horroru. Na ekranie zamienia się on w zmysłowe misterium, emanację pierwotnej, demonicznej siły, która przejmuje władzę nad duszą i ciałem. W bodaj najbardziej zatrważającej scenie filmu pląsy jednej z bohaterek zaczynają niespodziewanie oddziaływać na osobę uwięzioną w innym pomieszczeniu. Aby za wiele nie zdradzać, napiszę tylko, że wspomnienie odgłosów towarzyszących całemu zajściu będzie nękać Was jeszcze długo po wyjściu z kina.

Akcja nowej "Suspirii" rozgrywa się w latach 70. w Berlinie. Podzielona murem metropolia drży w posadach. Na ulicach wybuchają bomby, a z ekranów telewizorów i głośników radiowych sączą się doniesienia o porwaniach i napadach dokonywanych przez grupę terrorystyczną Baader-Meinhof. Groza codzienności splata się z nadprzyrodzonym koszmarem. Nieświadoma czyhającego niebezpieczeństwa amerykańska studentka Susie Bannion (Dakota Johnson z pięknymi długimi włosami w kolorze miedzi) pragnie podjąć naukę w prestiżowej akademii założonej przed laty przez Helenę Markos. Jej przybycie zbiega się z zaginięciem jednej z adeptek. O dziwo, w 100% żeńska kadra pedagogiczna nie wydaje się szczególnie zainteresowana poszukiwaniami. W tym czasie psychiatrę zaginionej dziewczyny, sędziwego Jozefa Klemperera, dręczą wspomnienia utraconej w czasie II wojny światowej żony. Oba wątki przetną się w ultrabrutalnym, groteskowym finale.

Czego w tym filmie nie ma! Wojujący feminizm, macierzyństwo i opowieść o seksualnym przebudzeniu mieszają się z krwawą jatką. Rozważania nad relacją autora i wykonawcy oraz sztuką przez duże S sąsiadują z obrazami rodem z kina klasy B. Z kolei polityka i motyw nierozliczonych grzechów z przeszłości wydają się niemal równie istotne jak szukanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego jedna z aktorek zagrała na ekranie podwójną rolę i za żadne skarby nie chce się do tego przyznać. Rozbudowane zaplecze intelektualno-tematyczne "Suspirii" budzi szacunek, a zarazem czyni ją dziełem cokolwiek bałaganiarskim. Zwłaszcza, że Guadagnino i Kajganich nastrój stawiają ponad logikę zdarzeń, w związku z czym oszołomiony widz zostaje po seansie sam ze stertą porozrzucanych fabularnych klocków. W dodatku poza drugoplanowymi postaciami Madame Blanc oraz Klemperera trudno tu o interesujących, złożonych emocjonalnie bohaterów. To ciekawe, że podobne zarzuty krytyka stawiała niegdyś dziełom Argento, który zawsze był lepszym stylistą niż narratorem i psychologiem.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ.


Wrogowie prywatni ("Close Enemies", reż. David Oelhoffen)

Chłopcy z przedmieść Paryża, na których toczy się akcja "Close Enemies", nie mają w życiu wielkiego wyboru. W praktyce ogranicza się on do znalezienia odpowiedzi na pytanie: wolisz zostać policjantem czy gangsterem? Granica bywa zresztą cienka, a ostateczne decyzje stanowią często dzieło przypadku. Niestety, w filmie Davida Oelhoffena myśl ta nie doczekała się satysfakcjonującego rozwinięcia. Choć istniały na to spore szanse, "Close Enemies" nie sprawdza się jako - ubrana dla niepoznaki w kostium kryminalnego thrillera - refleksja na temat płynnej tożsamości. Gorzej, że przewidywalne, zrealizowane bez polotu i poczucia frajdy dzieło francuskiego reżysera trudno uznać również za przykład satysfakcjonującego kina gatunkowego. W efekcie "Close Enemies" wydaje się filmem "dla nikogo" – pozbawionym większych szans zarówno u widza art houseowego, jak i u masowej publiczności.

coverlg.jpg

Gwoli sprawiedliwości, trzeba oddać Oelhoffenowi, że udało mu się stworzyć jedną świetną scenę. Mowa o sytuacji, w której dealer narkotyków Manuel (Matthias Schoenaerts) odwiedza ojca swojego współpracownika. Mężczyzna wyznaje starcowi, że podejrzewa go o zdradę. Gospodarz błaga o wybaczenie i przytula Manuela, a ten odwzajemnia uścisk, by strzelić swemu antagoniście prosto w brzuch. W tych kilkudziesięciu sekundach zawiera się wszystko, co Oelhoffen ma do powiedzenia o rozpiętych między czułością a pragmatyzmem relacjach w środowisku przestępczym. Cała reszta filmu to tylko zbiór mało interesujących przypisów.

Reżyserska bezradność Oelhoffena dziwi tym bardziej, że Francuz porusza się po doskonale znanym sobie terytorium. Pojawiający się w "Close Enemies" wątek skomplikowanych relacji w męskim świecie był obecny już w poprzednich filmach reżysera – "Odnalezionych" i głośnym "Ze mną nie zginiesz" z pamiętną rolą Viggo Mortensena. Być może przyczyna, dla której "Close Enemies" okazało się porażką leży w fakcie, że tym razem Oelhoffen nie ma do dyspozycji aktorów formatu hollywoodzkiego gwiazdora. Wspomniany Schoenaerts wypada poprawnie, ale sprawia wrażenie jakby rolę romantycznego twardziela, w jakiego wcielał się już tak wiele razy w karierze, grał na autopilocie. Wcielający jego przyjaciela z dzieciństwa, a dziś przeciwnika, policjanta Drissa, Reda Kateb ogranicza się natomiast do nieustannego ogrywania pozy "zmęczonego życiem gliniarza".

Brak chemii pomiędzy Manuelem a Drissem to jednak zasługa nie tylko aktorów, lecz także samego reżysera pozwalającego bohaterom na bezpośrednią konfrontację w zaledwie kilku scenach. Wcześniej Oelhoffen opisuje losy postaci w sposób paralelny i korzysta przy tym z przewidywalnego klucza. Podczas gdy w scenach poświęconych Manuelowi używa szybkiego, dynamicznego montażu, sekwencje z udziałem Drissa realizuje za pomocą długich, statycznych ujęć. Z biegiem czasu stylistyczne różnice ulegają zatarciu, co - w nieszczególnie wyrafinowany sposób - podkreślać ma stopniowe zbliżanie się do siebie bohaterów.

 Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ

zobacz też: