Relacja

WENECJA 2018: Recenzujemy Coopera, Coenów i Assayasa

https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2018%3A+Recenzujemy+Coopera%2C+Coen%C3%B3w+i+Assayasa-129739
Kolejny dzień festiwalu w Wenecji, kolejne wielkie nazwiska. Łukasz Muszyński, Piotr Czerkawski i Diana Dąbrowska recenzują dla Was - odpowiednio - "Narodziny gwiazdy" Bradleya Coopera, "The Ballad of Buster Scruggs" braci Coenów i "Doubles vies" Oliviera Assayasa.


My Fair Lady Gaga ("Narodziny gwiazdy", reż. Bradley Cooper)

"Narodziny gwiazdy" zelektryzowały Wenecję do tego stopnia, że podczas galowego wieczornego pokazu w budynek Palazzo del Casinò strzelił piorun. Chwilowa awaria projektora nie ostudziła bynajmniej entuzjazmu publiki. Już teraz amerykańscy korespondenci spekulują, na ile oscarowych nominacji może liczyć reżyserski debiut Bradleya Coopera. Kto by pomyślał, że utwór będący trzecim z kolei (!) remakiem filmu z 1937 roku wzbudzi aż takie poruszenie wśród wybrednej festiwalowej klienteli. Jak widać, bezustanny recykling tych samych historii nie musi być traktowany jako największa bolączka współczesnego kina rozrywkowego. Potrzeba jedynie twórców, którzy potrafią opowiadać stare baśnie w nowy, zaskakujący sposób.
 
Cooper nie miał ostatnio dobrej passy. W 2015 roku wystąpił w aż czterech finansowych klapach pod rząd. Mimo to pracując nad "Narodzinami...", podjął szereg potencjalnie ryzykownych decyzji, które mogły do reszty pogrzebać jego hollywoodzką karierę. Po pierwsze, postanowił, że nie tylko wyreżyseruje film, ale także zagra w nim jedną z głównych postaci. Po drugie, choć do tej pory nucił jedynie pod prysznicem, zdecydował się wykonać osobiście wszystkie partie wokalne swojego bohatera, legendy muzyki country. Najbardziej ekstrawaganckim pomysłem wydawało się jednak powierzenie tytułowej roli Lady Gadze. Chyba mało kto wierzył, że czołowa niegdyś skandalistka show-biznesu, która w 2010 roku na rozdanie MTV Video Music Awards przyszła w sukience z surowej wołowiny, zagra śpiewająco zakompleksioną początkującą piosenkarkę. A jednak!

Ona ma na imię Ally i wciąż znajduje się po słonecznej stronie życia. Za dnia pracuje jako kelnerka, a wieczorami dorabia w klubie, śpiewając piosenki Edith Piaf. On, Jackson Maine, jest gwiazdą, a zarazem wrakiem człowieka. Traci słuch, jest uzależniony od alkoholu, narkotyków i leków. Dzięki przypadkowemu spotkaniu oboje dostają szansę na odmianę losu. Ona zyskuje mentora, on - muzę. W rękach Coopera mit Galatei i Pigmaliona zamienia się w gorzką bajkę o blaskach i cieniach przemysłu rozrywkowego, a także o trudzie zbudowania harmonijnego związku przez parę artystów. Maine jak mantrę powtarza słowa, że każdy człowiek obdarzony jest jakimś talentem, ale tylko nieliczni za jego pomocą mają światu coś do przekazania. Film pokazuje jednak, jak trudno jest obronić artystyczną niezależność w zderzeniu z show-biznesową machiną. Pod naciskami wpływowego menedżera Ally radykalnie zmienia swój wizerunek, przeobrażając się powoli w sztuczny marketingowy produkt dla mas. Przyglądając się jej scenicznej transformacji, trudno nie mieć skojarzeń z karierą samej Lady Gagi. Piosenkarki obdarzonej potężnym głosem, a zarazem oskarżanej przez wielu o przerost formy nad treścią oraz schlebianie najniższym gustom. Czyżby rola w "Narodzinach gwiazdy" była dla niej formą rozliczenia się z przeszłością? 

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ



Bardzo dziki zachód ("The Ballad of Buster Scruggs", reż. Ethan Coen, Joel Coen)

Bracia Coen wiedzą, jak promować swoje filmy. W jednym z wywiadów zapowiadających "The Ballad of Buster Scruggs" opisali specyfikę tego projektu następująco: "Zawsze kochaliśmy nowelowe filmy utrzymane w konwencji westernu. Zwłaszcza te, które powstawały w latach sześćdziesiątych we Włoszech i skupiały kilku twórców krążących wokół tych samych tematów. Pisząc własny scenariusz takiego filmu, mieliśmy nadzieję, że uda nam się zatrudnić najlepszych reżyserów tworzących w naszych czasach. Na szczęście obaj się zgodzili". Trzeba przyznać, że bracia dotrzymali słowa, a "The Ballad..." to rzeczywiście zbiór luźno powiązanych ze sobą historii, których akcja toczy się na Dzikim Zachodzie. Jak można było się spodziewać, Coenowie potraktowali jednak gatunkowe schematy z właściwą sobie przewrotnością. Przy okazji zrealizowali także niezwykle zabawny film przypominający skrzyżowanie ich własnego "Prawdziwego męstwa" z "Dzikimi historiami" Damiána Szifróna.


W każdej z sześciu historii składających się na "The Ballad..." reżyserzy zaludniają ekranowy świat barwnymi jednostkami. Wśród bohaterów znajdziemy między innymi złotoustego rewolwerowca, sprytnego rzezimieszka i niepełnosprawnego artystę. W jednej z rozmów między protagonistami przywołana zostaje natomiast postać pewnego Polaka nazwiskiem... Cipolski. Stworzenie tak bogatej galerii osobliwości pozwala twórcom na swobodne eksperymenty fabularne. Nie bez powodu w każdej kolejnej nowelce Coenowie próbują pożenić western z inną konwencją – romansem, komedią, horrorem, a nawet musicalem.

Co najważniejsze, widać, że zabawy te nie stanowią jedynie jałowych ćwiczeń stylistycznych, lecz przynoszą reżyserom autentyczną frajdę. Amerykańscy twórcy lubują się w graniu z oczekiwaniu widza i nieustannym zaskakiwaniu go zwrotami akcji. Maestria, z jaką to czynią, sprawia, że seans "The Ballad..." może przynieść większe korzyści niż lektura niejednego podręcznika scenariopisarstwa. Jeśli pod adresem braci można wysnuć jakieś zastrzeżenie, dotyczy ono jedynie samej konstrukcji opowieści. Pierwsze dwie części filmu, których absurdalny klimat wydaje się wzięty rodem z narkotycznych wizji Kolesia Lebowskiego, rozbudzają bowiem nasz apetyt tak bardzo, że później zwyczajnie trudno jest go zaspokoić.

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ


Galimatias między fikcją a rzeczywistością ("Double Vies", reż. Olivier Assayas)

Zdawałoby się, że fellatio w kinie to sprawa równie perwersyjna, co przyjemna. A co jeśli do tej erotycznej konsumpcji dochodzi podczas seansu "Białej wstążki" Hanekego? Czy szczytowanie w obliczu symbolicznych narodzin nazizmu to rzecz etycznie dopuszczalna? A może lepsze są do tego typu zabaw nowe "Gwiezdne wojny"? Gdyby Olivier Assayas trzymał się bliżej swojego kinofilskiego zberezeństwa, jego najnowszy film można by uznać za prawdziwie zabawny. Niestety owa frywolność to jedynie zasłona dymna skrywająca mieszczański konserwatyzm i odwiecznie umiłowanie Francuzów do masturbacji - nie cielesnej, a słownej.


W "Double Vies" Assayas z kąśliwą ironią przygląda się snobistycznej grupie paryskich intelektualistów. Na kartach własnych powieści neurotyczny pisarz (Vincent Macaigne) kumuluje problematyczną treść wspomnień i uczuć, cyniczny wydawca (Guillaume Canet) nie jest zaś zainteresowany powtórną współpracą. Co ciekawe, pisarz ma romans z żoną wydawcy (Juliette Binoche), charyzmatyczną aktorką będącą równocześnie bohaterką czekającej na publikację książki... Dryfująca między fikcją a rzeczywistością sztuka służy bohaterom za wygodny parawan w świecie pełnym hipokryzji, konwenansów i niekończących się dysput o kondycji słowa i literatury. Narracyjne podwojenia, przenikanie i nawarstwienia wątków okraszone obowiązkową szczyptą kiczu i kinofilii to przecież coś, w czym francuski twórca od lat się specjalizuje. Jednak po raz pierwszy mamy do czynienia w jego filmografii z dziełem, które przede wszystkim rości sobie prawo do bycia komedią.

Filmowanie rozmów można z powodzeniem uznać za spécialité de la maison kina znad Sekwany – już od czasów Nowej Fali Francuzi udowodnili na ekranie niezwykłą zdolność do wypowiadania się na niemalże każdy temat. Najnowszy film Oliviera Assayasa tonie w potokach słów, niekiedy zabawnych, jednakże w większości przeintelektualizowanych i po prostu nudnych. Każda z głównych postaci próbuje udowodnić wyższość swoich racji, po czasie jednak owe słowne spektakle tracą na erotyzmie i po prostu przestają uwodzić. Pomimo realistycznego entourageu nie odczuwamy poczucia, abyśmy oglądali postaci z krwi i kości. Choć bohaterowie z uwielbieniem wypowiadają zdania wielokrotnie złożone, trudno zauważyć podobny stopień komplikacji w ich warstwie psychologicznej. Na ekranie ostatecznie nie zderzają się ludzie a idee: stanowiska intelektualne rozstawione między umiłowaniem do fikcji i narcystycznego autobiografizmu, tęsknotą za tradycyjnymi wartościami i obawami przed nieuniknionym postępem.

Całą recenzję Diany Dąbrowskiej można przeczytać TUTAJ