Relacja

Wenecja 2016: Wojna i więzienie

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/Wenecja+2016%3A+Wojna+i+wi%C4%99zienie-119363
Dziesiątego dnia festiwalu Łukasz Muszyński i Piotr Czerkawski recenzują prawie czterogodzinny filipiński dramat "The Woman Who Left" oraz najnowszy film Andrieja Konczałowskiego pt. "Raj".  

***

Było, nie minęło, recenzja filmu "The Woman Who Left"

Lav Diaz nie bierze jeńców. Jego niektóre dzieła trwają tyle co ustawowy dzień pracy. Reżyser nie poddaje się standardom współczesnego kina: dyktatowi nieustannego dziania się, konieczności zagęszczania filmowej rzeczywistości do przepisowych dwóch godzin. Twórczość Diaza jest hermetyczna, a co za tym idzie: skazana na istnienie wyłącznie w obiegu festiwalowym. Mimo to nie czuć w niej artystowskiej blazy i zachwytu nad sobą. Wręcz przeciwnie: to kino głęboko zanurzone w rzeczywistości Filipin, a przy tym niepozbawione krytycznego pazura. 


Walczący o Złotego Lwa dramat "The Woman Who Left" zaczyna się jak amerykański sensacyjniak albo żeńska wersja "Oldboya". Po 30 latach spędzonych w więzieniu za zbrodnię, której nie popełniła, Horacia Somorostro (znakomita Charo Santos-Concio) zostaje wypuszczona na wolność. Świat bez krat nie ma jednak bohaterce za wiele do zaoferowania: mąż nie żyje, syn zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach, zaś niewidziana od dekad córka wydaje się obcą osobą. Kobieta opłakuje zmarłych, doprowadza do ładu swoje relacje z żywymi, a potem zaczyna planować zemstę na człowieku, który zniszczył jej życie, wrabiając ją w przestępstwo.

Horacia to arcyciekawa postać. Jeszcze w więzieniu widzimy, jak niesie pomoc towarzyszkom niedoli, a w wolnych chwilach uczy angielskiego i chemii dzieci więźniarek. Kobieta pozostaje dobrą Samarytanką także po opuszczeniu zakładu. Oddaje swój dom i ziemię potrzebującej rodzinie, otacza opieką biednych, chorych i uciśnionych: cierpiącego na padaczkę transwestytę, drobnego ulicznego sprzedawcę oraz chorą psychicznie dziewczynę. Bohaterka skrywa jednak drugie mroczniejsze oblicze: wytatuowanej twardej babci, która potrafi spuścić manto agresywnemu obwiesiowi i fachowym okiem ocenić broń potrzebną do wykonania wyroku. Ze skrawków dialogów można się domyślić, że w trakcie odsiadki Horacia zaliczyła wszystkie szczeble kryminalnej edukacji. Na ile zmieniło ją więzienie? Czy niesłuszna kara, jakiej została poddana, osłabiła czy raczej wzmocniła jej wiarę w Boga? Czy uczynione przez nią dobro może stać się niezamierzenie zarzewiem zła? Na te pytania Diaz nie udziela jednoznacznej odpowiedzi.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ


***


Proszę państwa do gazu, recenzja filmu "Raj"

Andriej Konczałowski należy do najbardziej eklektycznych twórców współczesnego kina. Trudno przecież o reżysera mającego w dorobku filmy bardziej odmienne niż "Historia Asi Klaczinej, która kochała, lecz za mąż nie wyszła" oraz "Tango i Cash". Mimo niemal osiemdziesiątki na karku rosyjski mistrz wciąż stara się zaskakiwać swoją widownię. Po ascetycznych "Białych nocach listonosza Aleksieja Triapicyna", które zachwyciły Wenecję przed dwoma laty, tym razem przywiózł na Lido wystylizowany do granic możliwości "Raj". Niestety, nowe dzieło Konczałowskiego okazał się rozczarowaniem. Rosyjski reżyser stworzył fałszywe arcydzieło – film uwodzący wielkimi ambicjami, a jednak dziwnie płaski, niewolny od pretensji i sięgający po szantaż emocjonalny.



Podczas seansu "Raju" można odnieść wrażenie, że oglądamy ekranizację nieistniejącej powieści Vladimira Nabokova. Konczałowski podziela, właściwą rosyjskiemu pisarzowi, fascynację światem arystokracji, nienagannych manier i wysublimowanych gustów. Problem w tym, że ta wyrafinowana sztuczność, obecna na poziomie formy, nie przestaje towarzyszyć filmowi nawet, gdy centralne miejsce zajmuje w nim tematyka Holokaustu.

Początkowo może się wydawać, że motyw przewodni "Raju" stanowi iluzoryczność rządzących ekranowym światem wartości. W sprzyjających okolicznościach niedawni arystokraci obnażają drzemiące w nich instynkty, a ludzki los wydaje się determinowany wyłącznie za sprawą ślepego trafu. Tego rodzaju grozę ma w sobie choćby, pojawiająca się w rozmowie dwóch nazistów, historia niedoszłej narzeczonej Antona Czechowa, która jako stara kobieta została wysłana do obozu zagłady. Zamiast podsycać w widzach niepokój, Konczałowski woli jednak nieść pokrzepienie. Choć bohaterowie "Raju" robią czasem rzeczy niegodziwe, tak naprawdę nigdy nie tracą do końca obecnego w nich pierwiastka szlachetności. Zdecydowanie w najlepszym świetle reżyser przedstawia Olgę – mieszkającą w Paryżu Rosjankę, członkinię Ruchu Oporu zajmującą się ratowaniem żydowskich dzieci przed śmiercią z rąk hitlerowców. Gdy kobieta trafia za karę do obozu koncentracyjnego, ratuje się od śmierci za sprawą romansu z dawnym kochankiem będącym dziś prominentnym esesmanem. Historia Olgi wzbudza sprzeciw nie tylko dlatego, że reżyser sięga w niej po wyeksploatowany w kinie już do cna wątek "świętej dziwki" i wpisuje w tematykę Zagłady w schemat rodem z melodramatu. "Raj" irytuje głównie z tych samych powodów, które stanowiły słabość pokazywanej w Wenecji przed rokiem "Francofonii". Konczałowski, tak jak niedawno Aleksander Sokurow, przedstawia boleśnie wybiórczą wizję historii przeznaczającej swoim rodakom wyłącznie rolę ofiar i męczenników.

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ