Relacja

WENECJA 2016: Kanibale i podróżnicy

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2016%3A+Kanibale+i+podr%C3%B3%C5%BCnicy-119309
Tym razem na Lido Łukasz Muszyński i Piotr Czerkawski mieli okazję zobaczyć wizjonerski dokument "Voyage of Time" Terrence'a Malicka oraz ekstrawagancką opowieść o miłości, zemście i kanibalach – "The Bad Batch" w reżyserii Any Lily Amirpour.

***

Podróże małe i duże, recenzja filmu "Voyage of Time"

Krytycy nazywają ostatnie filmy Terrence'a Malicka wykwitem grafomanii, rugają je za przerost formy nad treścią oraz drwią z kaznodziejskiego tonu. Kiedy jednak ich ulubiony chłopiec do bicia pokazał na Lido nowe dzieło, w liczącej ponad tysiąc miejsc sali Darsena nie dało się włożyć szpilki. Nietrudno zrozumieć to pospolite ruszenie. Dokument "Voyage of Time" jest najbardziej ambitnym przedsięwzięciem w filmografii twórcy "Niebiańskich dni". Amerykański reżyser pracował nad nim przez ponad 30 lat, okrążając Ziemię z kamerą. Film ma być "świętem na cześć wszechświata", opowieścią o jego narodzinach i ostatecznym upadku.


Wydaje się mało prawdopodobne, że ci, którzy dotąd nie polubili późnego Malicka, nagle padną przed nim na kolana. Reżyser nadal traktuje kino jako rodzaj przekaźnika łączącego go z Absolutem. Wciąż pisze każde słowo dużą literą, a jego umysł zaprzątają wyłącznie najistotniejsze kwestie. Kto dał początek wszystkiemu? Po co stworzył życie? Gdzie i dlaczego się ukrywa? Mówcie, co chcecie, ale trzeba mieć w sobie nielichą odwagę, by szukać odpowiedzi na pytania, z którymi od wieków zmagają się najwybitniejsi myśliciele. Czy film Malicka skażony jest pretensjonalnością? Owszem, ale niespecjalnie mi ona przeszkadza. Ba, nawet w pewien sposób ją podziwiam. Uważam bowiem, że w artystycznej strategii starego mistrza nie ma choćby śladu cynizmu czy chęci przypodobania się komukolwiek. Malick głosi swoje prawdy wiary, używając wypracowanego przez lata, trudnego do podrobienia języka filmowego. Każde jego dzieło jest zapisem osobistych poszukiwań. Nawet jeśli artysta skręca czasem w ślepą uliczką, zawsze kieruje nim autentyczna ciekawość świata i ludzi.


W "Voyage of Time" kolejny raz intymny ton zostaje sprzężony ze spektakularną realizacją. Zgodnie z tytułem Malick jest ciągle w drodze: podgląda podwodne wybuchy wulkanów i zwierzęta na sawannie, nurkuje w oceanach i filmuje żydowskie wesele, spaceruje z dinozaurami (znowu!) i obserwuje bezdomnych z amerykańskich ulic. 

Całą recenzję Łukasz Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ

***

Piękna pustka, recenzja filmu "The Bad Batch"

Ana Lily Amirpour nie opowiada bajek dla grzecznych dzieci. Podczas gdy w debiutanckim "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu" flirtowała z konwencją wampirycznego horroru, teraz sięga po dystopijną historię z kanibalizmem w tle. W "The Bad Batch" amerykańska reżyserka urodzona w Anglii podtrzymuje reputację jednej z najbardziej obiecujących twórczyń swojego pokolenia. Przy tym wszystkim udowadnia jednak, że na jej prawdziwe artystyczne spełnienie będziemy musieli jeszcze poczekać. Nowy film Amirpour pozostaje dziełem wyśmienitej stylistki, która dyskwalifikująco słabo radzi sobie z konstruowaniem fabuły.


Autorka "The Bad Batch" umiejętnie kreuje duszną i niepokojącą atmosferę teksańskiej pustyni. Na samym początku filmu dowiadujemy się, że okoliczne tereny wydostały się spod jurysdykcji Stanów Zjednoczonych i stanowią siedlisko grzechu i bezprawia. Jakby na potwierdzenie tych słów Amirpour serwuje nam scenę, gdy grupa kanibali łapie młodą kobietę i odcina jej kończyny w rytm kiczowatego przeboju grupy Ace of Base. Cóż, jakby to powiedział Quentin Tarantino: "You had my curiosity. Now you have my attention".

Świadoma swych umiejętności reżyserka nie przepuszcza żadnej okazji, by zaskoczyć nas muzycznym gustem bądź scenograficzną wyobraźnią. Trudno wręcz uwierzyć, aby wizja pustynnego miasteczka, w którym toczy się lwia część akcji filmu, nie powstała pod wpływem używek pokrewnych LSD. Niestety, tego rodzaju atrakcji wystarczy Amirpour mniej więcej na pierwszych 30 minut projekcji. Gdy niesamowitość ekranowego świata powszednieje, amerykańska twórczyni nie potrafi znaleźć żadnego skutecznego sposobu na utrzymanie uwagi widza.

Szczególnie szkoda zaprzepaszczenia potencjału tkwiącego w głównej bohaterce – Arlen (świetna Suki Waterhouse). Stworzenie tej postaci pozwoliło reżyserce na ironiczną grę ze stereotypami dotyczącymi heroin kina akcji. 

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ