Relacja

WENECJA 2016: A jak poszedł Doss na wojnę

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2016%3A+A+jak+poszed%C5%82+Doss+na+wojn%C4%99-119274
Nasi wysłannicy w Wenecji nie zwalniają tempa i każdego dnia zdają relację z kolejnych filmów pokazywanych na festiwalu. Dziś możecie sprawdzić, dlaczego Łukasz Muszyński uważa, że najnowsza produkcja Mela Gibsona "Przełęcz ocalonych" powinna walczyć o Oscary, i czym tak bardzo ujął Piotra Czerkawskiego argentyński "The Distinguished Citizen" w reżyserii Gastona Duprata i Mariano Cohna

***


Waleczne serca (recenzja filmu "Przełęcz ocalonych", reż. Mel Gibson)

Gdy inni będą odbierać życie, ja będę je ratował – deklaruje medyk Desmond Doss, bohater świetnego filmu Mela Gibsona "Przełęcz ocalonych". Moss to autentyczna postać. Zaciągnął się do armii w 1942 roku na wieść o japońskim ataku na Pearl Harbor. W trakcie służby odmówił  jednak noszenia broni i zabijania wrogów, argumentując decyzję swoimi przekonaniami religijnymi. Mimo to w trakcie krwawej bitwy o Okinawę w maju 1945 udało mu się uratować życie 75 żołnierzom. Za swój heroiczny wyczyn rozmodlony pacyfista otrzymał z rąk prezydenta Trumana najwyższe odznaczenie wojskowe, Medal Honoru.


Biografia Dossa to wymarzony materiał na film. Jest w niej miejsce na wystawne widowisko batalistyczne, romans, rodzinny dramat oraz opowieść o męskiej przyjaźni wykutej w ogniu ze strzelb i moździerzy. Gibson, który zawsze odnajdywał się świetnie w epickich narracjach, miał więc tu pole do popisu. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że Hollywood puści wreszcie w niepamięć jego wyskoki z przeszłości i nie pominie "Przełęczy" podczas zbliżającego się sezonu nagród. Kosztująca 55 milionów produkcja wydaje się bowiem idealnie skrojona pod gusta członków Akademii Filmowej.

Film Gibsona ma klarowną, wyraźnie zaznaczoną trzyaktową strukturę. Część pierwsza to dzieciństwo i młodość bohatera spędzone w malutkim miasteczku w stanie Wirginia. Kluczową  dla tego rozdziału figurą jest agresywny ojciec Desmonda – weteran I wojny światowej zmagający się przy pomocy whisky z traumatycznymi wspomnieniami z frontu. Doss senior w stonowanej interpretacji Hugona Weavinga nie wydaje się jednak czarnym charakterem, lecz postacią tragiczną. Zombie, którego duch nie wydostał się nigdy z okopów we Francji. Czy jego syna czeka wkrótce podobny los?

Akt drugi – etap szkolenia wojskowego w obozie dla rekrutów – to moment, w którym Doss musi skonfrontować swoje ideały z rzeczywistością. Udowodnić dowódcom oraz towarzyszom broni, że nie jest tchórzliwy ani chory psychicznie. Że odwaga, bycie twardzielem nie zawsze muszą iść w parze z użyciem siły fizycznej. 

Całą recenzję Łukasz Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ.

***

Cierpki smak sukcesu (recenzja filmu "El ciudadano ilustre", ang.: "The Distinguished Citizen", reż.: Gaston Duprat i Mariano Cohn)

Festiwalowe życie nie znosi próżni. Lukę po zawodzących oczekiwania faworytach, w rodzaju Wendersa czy Cianfrance'a, z miejsca wypełniają ich mniej znani następcy. Na czarnego konia Konkursu Głównego w Wenecji wyrósł właśnie "The Distinguished Citizen" w reżyserii Gastona Duprata i Mariano Cohna. Wiele wskazuje na to, że dzieło argentyńskiego duetu będzie dla włoskiego festiwalu tym, czym dla tegorocznego Cannes okazał się "Toni Erdmann": filmem jednocześnie bardzo zabawnym i zaskakująco przenikliwym.


Główny bohater "The Distinguished…", argentyński pisarz Daniel Mantovani, przypomina skrzyżowanie Gabriela Garcii Marqueza z Jepem Gambardellą z "Wielkiego piękna". Mężczyzna w ujmujący sposób godzi w sobie elokwencję, charyzmę i zmysł prowokatora. Gdy, na samym początku filmu, odbiera w Sztokholmie Nagrodę Nobla, ani myśli zadowolić się tuzinkowymi podziękowaniami. Zamiast tego, kokieteryjnie stwierdza, że niniejszym stał się "ulubieńcem królów, krytyków i jurorów". Przytłoczony sukcesem Mantovani konsekwentnie odmawia udziału w kolejnych festiwalach i wieczorach autorskich. Wyjątek robi dopiero, gdy otrzymuje zaproszenie do rodzinnego miasteczka, które opuścił już wiele lat temu. Wbrew oczekiwaniom mężczyzny wyprawa do Salas nie będzie miała jednak nic wspólnego z sentymentalnym powrotem do korzeni.

Z miejsca rzucający się w oczy kontrast pomiędzy wyrafinowaniem bohatera a przaśnym charakterem miejsca jego urodzenia stanowi komediowe paliwo filmu. Autor ambitnych powieści jest przyjmowany w Salas niczym gwiazdor pop: burmistrz nie odstępuje go na krok, przechodnie bez przerwy proszą o autografy, a nastoletnie fanki same pchają się do łóżka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że równie celnej kpiny z małomiasteczkowego festyniarstwa nie widzieliśmy w kinie od czasu wczesnych komedii Milosa Formana. Zupełnie jak w "Pali się, moja panno", pozorna poczciwość przedstawionego świata bardzo szybko ustępuje zresztą miejsca atmosferze pełnej zawiści i małostkowości.

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ
Udostępnij: