Relacja

WENECJA 2016: Życie kontra fikcja

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2016%3A+%C5%BBycie+kontra+fikcja-119255
Kolejny dzień na Lido i kolejne świetne filmy. Łukasz Muszyński recenzuje dla Was nowy film twórcy "Samotnego mężczyzny" Toma Forda - "Zwierzęta nocy", a Piotr Czerkawski pisze o biografii "prawdziwego Rocky'ego", czyli boksera Chucka Wepnera - "The Bleeder".

"Samotna kobieta" -
recenzja filmu "Zwierzęta nocy", reż. Tom Ford

Trudno nie czuć się puchem marnym przy Tomie Fordzie. Facet uczynił potęgą dom mody Gucci, rozkręcił warty miliony dolarów własny biznes, stał się ulubionym projektantem hollywoodzkich gwiazd oraz Jamesa Bonda i - jakby tego było mało - okazał się świetnym reżyserem.  "Zwierzęta nocy" to brawurowa mieszanka melodramatu, dreszczowca i kina zemsty. Film, w którym czuć inspirację największymi: Almodóvarem, Hitchcockiem, Lynchem i Peckinpahem


"Nasz świat jest mniej bolesny od prawdziwego" - słyszy z ust znajomego grana przez Amy Adams marszandka Susan Morrows. Pozornie wiedzie ona życie jak z magazynu lifestyle'owego: prowadzi renomowaną galerię, ma bogatego i przystojnego partnera (Armie Hammer), obraca się w kręgach elit. Za wypolerowaną fasadą spełnienia i stabilizacji kryje się jednak rozczarowanie. Małżeństwo funkcjonuje już tylko na papierze, rodzinne gniazdo stoi opustoszałe po wyjeździe córki, zaś sukcesy zawodowe przestały przynosić satysfakcję. Kobietę z emocjonalnego letargu wytrąca dopiero przesyłka od  byłego męża Edwarda (Jake Gyllenhaal). W paczce znajduje się dedykowana Susan książka - pulpowa opowieść o zbrodni i karze skrywająca liczne odniesienia do zakończonego w burzliwych okolicznościach związku bohaterów. 

Z chwilą, gdy kobieta zagłębia się w lekturze, narracja filmu ulega rozwarstwieniu. Ford cofa się w czasie, by zdać nam relację z małżeństwa Susan i Edwarda. Jednocześnie ujawnia szokującą zawartość powieści i śledzi zależności między literacką fikcją a rzeczywistością. Już w zrealizowanym siedem lat wcześniej "Samotnym mężczyźnie" reżyser udowodnił, że jest subtelnym portrecistą nieszczęśliwych ludzi z wyższych sfer. Tutaj wychodzi jednak w pewnym momencie poza swoje naturalne środowisko i przenosi się z kamerą do krainy bezprawia, przemocy i gwałtu. I tak jak kiedyś z wyczuciem odmalował samotność uniwersyteckiego profesora, tak teraz nakręcił szarpiącą nerwy i jeżącą włos na głowie nocną gehennę na teksańskiej autostradzie. Choć nie ma tu za wiele przemocy fizycznej, to i tak jedna z mocniejszych scen, jakie zobaczycie w tym roku w kinie. Jej okrucieństwo i groza polegają na tym, że w sytuacji rodem z hollywoodzkiego filmu sensacyjnego zostaje postawiony ktoś przeciętny, pozbawiony genu bohatera. 

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego przeczytacie TUTAJ.

"Potyczki z Rockym" - recenzja filmu "The Bleeder", reż. Philippe Falardeau

"The Bleeder" tylko z pozoru przypomina sztampowy dramat biograficzny. Choć film Philippe'a Falardeau powiela pewne schematy opowieści o ciężkim życiu sportowca, często ratuje się pomysłowymi unikami. W swej najciekawszej warstwie pozostaje autotematyczną historią o zwodniczym uroku hollywoodzkiego spektaklu. 


Bohater filmu sprawia wrażenie kogoś w rodzaju Llewyna Davisa świata boksu. Tak jak muzyk ze słynnego filmu braci Coen, Charles Wepner ociera się o wielkość, ale ostatecznie ponosi życiową klęskę. Najbliżej triumfu okazuje się, gdy stawia twarde warunki legendarnemu Muhamadowi Alemu. Przypominający na ekranie ich zaciętą walkę Falardeau udowadnia, że doskonale wie, na czym polega melancholia sportu. Reżyser umie także wykorzystać jego narracyjną atrakcyjność. Pojedynek Wepner - Ali to właściwie film w filmie, który rządzi się własną dramaturgią, obfituje w zwroty akcji i trzymający w napięciu suspens. 

Podobieństwa pomiędzy boksem a sztuką są  eksponowane na ekranie nie bez powodu. Honorowa porażka Wepnera stała się przecież jedną z głównych inspiracji towarzyszących niejakiemu Sylvestrowi Stallone’owi przy pisaniu scenariusza "Rocky’ego". "The Bleeder" nie skupia się jednak na procesie przeistaczania się rzeczywistości w fikcję, lecz przedstawia - znacznie mniej typową - sytuację odwrotną. Falardeau pokazuje, że nieznany szerzej Wepner dopiero po  premierze kultowego filmu Johna G. Avildsena zyskuje status celebryty.  Kanadyjski reżyser potrafi umiejętnie zareklamować uroki znienacka zdobytej rozpoznawalności. Napędzane seksem, narkotykami i dobrą muzyką lata siedemdziesiąte prezentują się na ekranie uwodzicielsko, a ceną za wszystkie te przyjemności okazuje się dla Wepnera rezygnacja z kolejnych elementów własnej tożsamości. Bokser rozchodzi się z żoną, zrywa kontakt z córką, a na koniec traci nawet  nazwisko, gdyż w knajpach nie przedstawia się inaczej niż jako "Ten prawdziwy Rocky Balboa".

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: