Wojciech Tutaj

Ukryte. Kino o przemocy domowej

Hotspot
/fwm/article/Ukryte.+Kino+o+przemocy+domowej-144707
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/%22The+Office%22%3A+Komedia+%28bez%29nadziei-144394
HOTSPOT

"The Office": Komedia (bez)nadziei

Podziel się

Jesienią tego roku ruszyła polska wersja "The Office". Polska stała się w ten sposób dwunastym rynkiem telewizyjnym z własną wersją komedii.

W serwisie CANAL+ online zadebiutował pierwszy sezon serialu "THE OFFICE PL", polskiej wersji kultowego "Biura". Z tej okazji przyglądamy się brytyjskiemu i amerykańskiemu pierwowzorowi. Na czym polega sukces serialowego "Biura"?

Jesienią tego roku ruszyła polska wersja "The Office". Polska stała się w ten sposób dwunastym rynkiem telewizyjnym z własną wersją komedii. Wcześniej na lokalny grunt brytyjski format przenoszono w takich miejscach jak frankofońska Kanada, Chile, Czechy, Finlandia, a nawet Indie.

Gdy dwadzieścia lat temu – w poniedziałek 9.07.2001 roku o 21.30 – BBC Two wyemitowało pierwszy odcinek serialu nic nie zapowiadało takiego sukcesu komedii o perypetiach biurowych pracowników firmy papierniczej w Slough w hrabstwie Berkshire pod Londynem. Pierwszy sezon miał niewielką widownię, z badań stacji wynikało, że po prostu niespecjalnie podoba się widzom. Gdy jednak emisję pierwszego sezonu powtórzono kilka miesięcy później, widownia się podwoiła. We wrześniu 2002 roku, kiedy ruszył drugi sezon, produkcja miała już status telewizyjnego fenomenu.

"Nie znaliśmy reguł, przeciw którym się buntowaliśmy"
 
W niedawnym sondażu krytyków z całego świata, zorganizowanym przez BBC "The Office" zajęło 9 miejsce wśród 100 najlepszych seriali XXI wieku – z brytyjskich produkcji wyprzedziły je tylko "Fleabag" i "Mogę cię zniszczyć". Tak wysoka lokata nie dziwi, "The Office" z pewnością jest jedną z najbardziej rewolucyjnych i najbardziej wpływowych telewizyjnych komedii w ostatnich dwudziestu latach. Jak to często bywa, sprawcami tej rewolucji były osoby z bardzo niewielkim telewizyjnym doświadczeniem: Ricky Gervais i Stephen Merchant. "Nie znaliśmy nawet reguł przeciw którym się buntowaliśmy" – wspomina pracę nad serialem ten pierwszy.



Ta dwójka poznała się w 1997 roku w radio Xfm, gdzie Gervais był dyrektorem odpowiedzialnym za programy mówione i potrzebował asystenta. Przyjął do pracy osobę, której CV wpadło mu w ręce jako pierwsze – Merchanta. Ten ostatni próbował wcześniej swoich w sił stand-upie i radio, bez wielkich sukcesów. Nie miał ich też Gervais. Jak dwudziestolatek tworzył nowofalowy zespół Seona Dancing, którego kariera skończyła się na wydaniu dwóch singli. Potem pracował jako menadżer muzyczny, wykonywał prace biurowe, w końcu trafił do Xfm.

Alternatywną stację przejęła jednak większa grupa radiowa, Gervais i Merchant stracili pracę. Co ostatecznie nie wyszło im na złe. Gervais zaczyna pisać dla telewizji i pojawiać się na ekranie jako komik, Merchant idzie na kurs dla producentów telewizyjnych w BBC. W ramach kursu wspólnie z Gervaisem i producentem Ashem Atallą stworzył dwudziestominutowy film "Seedy Boss", swoisty pilot "The Office". Atalli udało się zainteresować nim BBC, stacja zamówiła sześcioodcinkowy serial, który miał rozwinąć pomysł.

Biurowa rewolucja

To, co od początku zwraca uwagę w "The Office" to paradokumentalna, czy raczej mockumentalna forma. Serial jest komedią nakręconą, jakby była dokumentem nagrywanym w realnym biurze z prawdziwymi pracownikami. Stephen Merchant w wywiadzie udzielonym BBC z okazji dwudziestolecia "The Office" wspomina, jak w trakcie emisji pierwszego sezonu jechał podmiejską kolejką i usłyszał rozmowę kobiety i mężczyzny na temat swojej produkcji. Kobieta spytała swojego współpasażera, czy widział "ten nowy serial dokumentalny o biurze", bo jej się on średnio podoba. Mężczyzna zaczął tłumaczyć, że to nie dokument, ale komedia. "W takim razie to całkiem zabawny pomysł" – odpowiedziała jego rozmówczyni.

Można zrozumieć, czemu pani z pociągu mogła się pomylić. Początek XXI wieku to w brytyjskiej telewizji czas dominacji reality tv, w tym telenoweli dokumentalnych (docu-soap), przedstawiających zwykłych ludzi w trakcie ich codziennych, jakoś interesujących dla widza zajęć – np. pracowników lotniska albo instruktorów jazdy (ten format mieliśmy też w Polsce).

Za mockumentalną formą w "The Office" szedł nieczęsty w telewizyjnej komedii naturalizm. Postaci wyglądają tak, jak przeciętni pracownicy biura w firmie spoza wielkiego miasta, nie jak gwiazdy filmowe. Kadry są nijakie, pozbawione estetycznego wyrazu – jak przestrzeń, w której większość z nas na co dzień pracuje – wyglądają jakby ktoś komputerowo ściągnął z nich kolor i nasycił szarością. Wszystko sprawia dość przytłaczające wrażenie. Jak wspomina Merchant, o to właśnie chodziło mu z Gervaisem – duet miał być szczególnie zadowolony ze sceny, gdzie na tle grających aktorów widać powolnie umierającą w biurze roślinkę doniczkową.

Dopiero "The Office" użyło mockumentalnej formy do tego, by zbudować wieloodcinkowy serial, oparty na regularnie powracających postaciach.
Jakub Majmurek


Po naturalizm i mockument sięgały wcześniej już inne telewizyjne komedie. "Rodzina Royle" (1998-2000) łączyła telewizyjną komedię z naturalistycznym obrazem klasy pracującej. Elementy mockumentalne można było znaleźć w niektórych skeczach "Latającego Cyrku Monty Pythona" (1969-74), za pierwszy mockumentalny serial komediowy uznawana jest wcześniejsza od "The Office" produkcja "People Like Us" (1999-2001), gdzie Chris Langham wciela się w nieporadnego dziennikarza, w każdym odcinku przeprowadzającego przekomicznie niezgrabny wywiad ze "zwykłym człowiekiem", na ogół przedstawicielem jakiegoś konkretnego zawodu.

Jednak to dopiero "The Office" użyło mockumentalnej formy do tego, by zbudować wieloodcinkowy serial, oparty na regularnie powracających postaciach. Produkcja Gervaisa i Merchanta zebrała wiele innowacyjnych elementów z brytyjskiej komedii telewizyjnej przełomu wieków i złożyła je w rewolucyjną całość.

Desperacja, niezręczność, żenada

W "The Office" nie słychać też śmiechu publiczności. Produkcja Gervaisa i Merchanta nie tylko wyzwoliła telewizyjną komedię od śmiechu w tle, ale także od taśmowego produkowania kolejnych gagów i żartów. Humor w "The Office" nie bierze się z tego, że z ekranu zabawne postaci rzucają błyskotliwe dowcipy, zasadza się raczej na poczuciu niezręczności i żenady, jakiej doświadczają – na ogół na własne życzenie – bohaterowie.

Ich głównym rozsadnikiem w serialu jest szef tytułowego biura, David Brent. Brent uważa się za doskonałego szefa, przyjaciela swoich pracowników, duszę towarzystwa, osobę o wybitnym poczuciu humoru i talencie rozrywkowym. Jego próby nawiązania przyjacielskich relacji z zespołem czy opowiadania żartów kończą się jednak w najlepszym wypadku żenującą ciszą, w najgorszym katastrofą. Brent chce uchodzić za osobę postępową, wrażliwą na seksizm i rasizm, ale co i rusz wychodzą na wierzch jego rasowe i płciowe uprzedzenia. Odtwarzającemu Brenta Gervaisowi udała się rzadka sztuka: stworzył postać, której nie da się polubić, pozbawioną jakichkolwiek pozytywnych cech, którą jednak chcemy oglądać w kolejnych odcinkach.



Na postać Brenta można spojrzeć jako na metaforę Wielkiej Brytanii w czasach rządów New Labour (1997-2010). Zjednoczone Królestwo po 18 latach rządów konserwatystów chce się wtedy przedefiniować jako kraj postępowy, aktywnie walczący z uprzedzeniami, działający na rzecz emancypacji kobiet i mniejszości, bardziej społecznie sprawiedliwy, niż w czasach thatcheryzmu. A jednocześnie pod spodem bardzo wiele pozostaje po staremu, podobnie jak za wizerunkiem "szefa-przyjaciela", jaki buduje Brent, kryje się wcale niesympatyczna i niespecjalnie przyjazna pracownikom prawda.

Z dystansu dwóch dekad widać jak bardzo brytyjskie "The Office" wyrasta ze społecznego klimatu końca lat 90. Biuro, gdzie pracują bohaterowie to poniekąd brytyjska gospodarka tamtych czasów w pigułce: skupiająca się raczej w biurze niż w fabryce, dająca ciągle względnie stabilną i znośnie płatną pracę, ale kosztem nudy i zanurzenia w absurdzie. "The Office" pokazuje niedolę biurowego życia, którego uporczywa monotonia stopniowo pozbawia ludzi wciągniętych w jej tryby marzeń i aspiracji. Humor, w jaki uciekają bohaterowie serialu jest mechanizmem obronnym, czymś, co pozwala przetrwać, choć ciągle czai się za nim cicha desperacja. By zupełnie w nią nie popaść, twórcy serialu włączyli do niego wątek romantyczny – powoli rozwijający się flirt i zauroczenie między Timem, naszym przewodnikiem po świecie Biura, oraz recepcjonistką, Dawn.

10 procent nadziei

Po drugim sezonie brytyjski serial zdobył niewielką, ale wierną publiczność w Stanach. Stacja NBC postanowiła wyprodukować jego amerykańską wersję – choć dzieło Gervaisa i Merchanta stało wtedy bardzo daleko od tego, jak Amerykanie myśleli o komedii, przynajmniej w powszechnie dostępnych stacjach. W kablówkach swoją własną komediową rewolucję robił już Larry David i jego "Pohamuj entuzjazm" (2000-). NBC znalazło się jednak pod ścianą, po wielkich sukcesach lat 90. ("Przyjaciele") stacji brakowało komediowego hitu.

Stąd 24.05.2005 roku wyemitowany został pierwszy odcinek amerykańskiej wersji "The Office". Akcja z Berkshire przeniosła się do Scranton w Pensylwanii, została branża papiernicza, koncept postaci, mockumentalna forma. Autorem adaptacji był Greg Daniels, wcześniej piszący między innymi dla "Saturday Night Live" i "Simpsonów", w pierwszym sezonie pracowali z nim Gervais i Merchant. Debiutancki sezon nie miał szczególnie entuzjastycznych recenzji, produkcja "zaskoczyła" dopiero w drugim sezonie, gdy w pełni zyskała swoją własną, amerykańską tożsamość.

Co jest siłą amerykańskiej wersji? Na pewno casting, wyglądający zupełnie inaczej niż to, do co oferowała telewizja tamtych czasów. Jego przeprowadzenie powierzono niekonwencjonalnej reżyserce obsady, Allison Jones. W trakcie castingu Jones prosiła starających się o rolę aktorów, by spróbowali zanudzić ją na śmierć. Szukała też aktorów, nie wyglądających jak gwiazdy telewizyjne, osób od których nie emanuje ani pewność siebie ani sex-appeal, naturalnie komicznych, najlepiej w podszyty smutkiem sposób. Efekty są świetne, niektóre postaci z amerykańskiej wersji przebiły swoje oryginały: zwłaszcza odtwarzany przez Rainna Wilsona Dwight Schrutte – pozbawiony umiejętności społecznych, psychotycznie zafiksowany na biurowych hierarchiach, regulaminach i własnym awansie asystent szefa.



Jednocześnie postaci w amerykańskiej wersji są znacznie bardziej sympatyczne niż w brytyjskiej. Zwłaszcza biurowy szef, Michael Scott (ikoniczna rola Steve’a Carella). Scott pakuje się ciągle w żenujące sytuacje, nie rozumie współczesnego świata i obowiązujących w nim wymogów politycznej poprawności, bywa zadufany w sobie, ale jednocześnie nie jest złym człowiekiem, chce dobrze, ma w sobie ludzkie ciepło – czego nie sposób powiedzieć o Brencie.

Amerykańscy producenci założyli sobie, że ich wersja "The Office" doda do oryginału "10 procent więcej nadziei". Dodali o wiele więcej. O ile brytyjski serial pokazuje nudę i desperację kryjącą się pod powierzchnią współczesnego zamożnego i bezpiecznego życia, przed którą można bronić się wyłącznie czarnym humorem, to amerykański przedstawia świat, który nawet jeśli bywa absurdalny, to ostatecznie nie jest wcale aż tak złym miejscem. Ta wizja broni się w amerykańskiej produkcji – do czasu. Gervais i Merchant skończyli serial po dwóch sezonach, Amerykanie dociągnęli do dziewięciu. I niestety mniej więcej od połowy serial traci swoją świeżość i jest z nim coraz gorzej.

W kluczu nostalgii

Brytyjskie i amerykańskie "The Office" zmieniły telewizję. Wprowadziły do głównego nurtu telewizyjnej komedii humor oparty na żenadzie, niezręczności, oswajający poczucie absurdu i klęski. Upowszechnili mockumentalną formę, po którą sięgały kolejne produkcje, z różnym skutkiem.

Obie wersje ciągle znajdują swoją widownię, także wśród pokoleń, które rodziły się w okresie, gdy premierę miała brytyjska wersja. Amerykańskie "The Office" było szczególnie często odtwarzane w streamingu w czasie pandemii. Zamknięci w lockdownie widzowie zatęsknili za biurem, kolegami z pracy – nawet takimi jak Schutte – za dawnym uporządkowanym życiem bez pandemicznego lęku. W warunkach przymusowego zamknięcia, bezruchu, obaw o pracę i dochody rzeczywistość z biura w Pensylwanii, jak koszmarnie nudna by się kiedyś nie wydawała, stała się nagle atrakcyjna.

Podobnie jak ta pokazywana przez Gervaisa. Dla pokolenia młodych Brytyjczyków, którzy wchodzili na rynek pracy w po wielkim kryzysie 2008 roku, w następującej po nim dekadzie austerity albo wchodzą teraz, w rzeczywistości ciągle naznaczonej przez koronakryzys, świat z pierwszego "The Office", gdzie w miarę stabilna praca pozwalająca opłacić rachunki jest normą, gdzie nie trzeba żyć od zlecenia do zlecenia, staje się czymś na co patrzy się z poczuciem nostalgii i tęsknoty.

Polskie "The Office PL" debiutuje więc w dobrym momencie, gdy wielu widzów może poczuć tęsknotę za nawet jeśli na co dzień uciążliwym, to oswojonym światem pracy, którego rytm gwałtownie zaburzyła pandemia. Co oczywiście nie wystarczy, by polska wersja stała się fenomenem na miarę amerykańskiej czy brytyjskiej - ale jest to zawsze jakiś punkt wyjścia.
21