Jakub Socha

Rachunek zysków i strat

Gorączka złota
/fwm/article/Rachunek+zysk%C3%B3w+i+strat-139852
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Kino+na+viagrze-118759
HOTSPOT

Kino na viagrze

Podziel się

Seksualne fantazje wiecznych chłopców na zawsze pozostaną materiałem na tandetne komedie, a nie poważne kino.

Odrodzenie dojrzałego męskiego ciała jako przedmiotu i podmiotu seksualnych fantazji ujawnia, że Hollywood ma poważny problem z równouprawnieniem płci. Viagra cinema dowartościowuje wyłącznie mężczyzn, pozwalając widzom na przeżycie drugiej młodości. 

"Gdyby Hemingway wciąż żył, prawdopodobnie napisałby książkę Stary człowiek i morze seksu" – donosił na łamach "The Guardian" krytyk literacki John Sutherland. Był rok 2001, a optymizm związany z wprowadzeniem na amerykański rynek viagry (w 1998 r.) bił z nagłówków prasowych i z telewizyjnych ekranów. Niebieska pigułka – twierdził Sutherland – poprawiła nie tylko potencję samych pisarzy z kręgu anglosaskiego, ale też ukształtowała nowy typ protagonisty – "starego satyra", który bez strachu o własne moce uprawia seks z młodymi kobietami. Do lamusa odchodzą figury dziada-impotenta i ascety-mentora – 70-latek z powieści "Konające zwierzę" Philipa Rotha bez żenady sypia z 24-letnią studentką, dając jej "pierwszą w życiu prawdziwą rozkosz". Sutherland zastanawia się – nie bez smutnej ironii – czy gdyby starcy z klasycznej literatury mogli skorzystać z wehikułu czasu, kupowaliby viagrę na kilogramy i dzięki temu odmienili los zepchniętych w cień impotentów.    

"Chcę pieprzyć, pieprzyć, pieprzyć, pieprzyć!" – woła w roku 2016 72-letni Robert De Niro wcielający się w tytułowego bohatera komedii "Co ty wiesz o swoim dziadku?". W wehikule czasu aktor przeniósł się z planu "Taksówkarza" na plażę pełną "gorącego towaru" w bikini – okrzyk pożądania, wydobywający się z gardła "starego oblecha", można potraktować jako manifest nowego Hollywood po potężnej dawce viagry. Nie łudźmy się, niebieska pigułka nie spowodowała – jak wieszczyli eksperci i media – żadnej rewolucji seksualnej i powszechnego przypływu libido. Przetrwała za to jako nośna metafora męskiej dominacji, dla której spadek cielesnych mocy nie jest już przeszkodą nie do pokonania. Hollywood skrzętnie to wykorzystało, sankcjonując leciwy jak historia kina brak symetrii – seks starców stał się jeszcze bardziej normą, wiek kobiet dopuszczonych do partnerowania "dojrzałym" aktorom jeszcze bardziej się obniżył. Krytycy filmowi zauważyli tę tendencję kilka lat po literackich rewelacjach Sutherlanda – termin viagra cinema, na początku niewinny, zbierał do kupy wszystkich starych twardzieli, którzy z bronią w ręku walczyli z widmem rychłej impotencji. A zaczęło się od wciągnięcia na sztandary pomarszczonej klaty Sylvestra Stallone'a... 

Powrót old boya 

Kiedy stało się jasne, że nowe pomysły scenarzystów to najczęściej populistyczne powielanie starych schematów, kluczem do ponownego zainteresowania publiki filmową rozrywką stała się nostalgia. Na ekrany wrócili bohaterowie lat szczenięcych. Do niedawna wszyscy myśleli, że tylko młodość można przekuć na pieniądz, jednak w połowie lat 2000 dojrzałe męskie ciała zaczęły odzyskiwać seksualny powab – panów vintage reprodukowano na reklamowych rozkładówkach, ze starannie przystrzyżonymi brodami, upozowanych na greckich herosów o torsach wyrzeźbionych podczas wielogodzinnych sesji na siłowni. Sylvester Stallone powraca w 2006 r. jako Rocky Balboa, dwa lata później jako John Rambo, a od 2010 r. odkurza tradycyjne kino akcji w podlanej testosteronem serii "Niezniszczalni". Męska dojrzałość odzyskuje moce przede wszystkim na kinowym ekranie, popycha akcję do przodu już nie dzięki gromadzonym przez lata mądrości i doświadczeniu, ale działaniu i energii. Protagoniści dostają od scenarzystów i producentów koktajl z viagry, który na początku wywołuje tylko symboliczną erekcję – wybuch gwałtownej przemocy, pragnienie zemsty i bohaterstwa. Seks kryje się w podtekstach i w coraz bardziej jednoznacznych decyzjach obsadowych – jeśli mogę nosić w sękatych łapach M16, to dlaczego mam nie poradzić sobie z 20-letnią studentką? Odrodzenie dojrzałego męskiego ciała jako przedmiotu i podmiotu seksualnych fantazji ujawnia, że Hollywood ma poważny problem z równouprawnieniem płci. Viagra cinema dowartościowuje wyłącznie mężczyzn, pozwalając widzom na przeżycie drugiej młodości – w trybie wyobrażonym, w ramach identyfikacji z bohaterem aktywnie walczącym z rozkładem i śmiercią. Technologia i trening modyfikują czas i przestrzeń, ale korzyści z tego "postępu" nie czerpią kobiety – w męskich fantazjach dalej podlegają prawom natury, które wyłączają je z aktywnego życia po osiągnięciu określonego pułapu wiekowego. 



Jasne, kwestię płciowej asymetrii zawsze można zrzucić na tradycję i konwencję – w kinie klasycznym starszym aktorom zazwyczaj partnerowały dużo młodsze aktorki. Podobnie w kinie gatunków – dość wspomnieć kultowe Bondy z Seanem Connerym czy Rogerem Moorem, bastiony XX-wiecznego seksizmu. Problem w tym, że od pewnego czasu nawet w Fabryce Snów nie da się znaturalizować nierówności, a debata dotycząca praw rządzących zmaskulinizowaną branżą rozlała się poza obręb jej wąskich ram. Kiedy w zeszłym roku Maggie Gyllenhaal mówiła mediom, że odmówiono jej roli, bo jako 37-latka jest za stara do partnerowania 55-letniemu aktorowi, internetowa krytyka filmowa zareagowała wypuszczeniem w świat batalionu tekstów obrazujących skalę dyskryminacji w Hollywood. Mniej więcej w tym samym czasie na ekranach rządził "Gunman: Odkupienie", gdzie Sean Penn dumnie eksponował wyćwiczoną na siłce klatkę piersiową i nie planował tłumaczyć się ze swojego wieku. Mężczyzna dostał szansę na przedłużenie przyjemności i realizację własnych chłopięcych fantazji – kobieta wciąż musi zadowolić się funkcją ornamentu, którego użyteczność spada wraz z liczbą zmarszczek.

Pragnienia impotentów można oczywiście łatwo obśmiać – wystrychnąć na dudka spragnionych mocy i seksu satyrów, tak jak robi to Drew Barrymore w thrillerze "Trujący bluszcz". Albo Peter Bradshaw, naczelny krytyk filmowy "Guardiana", który swój esej o viagra cinema kończy gorzką konkluzją: seksualne fantazje wiecznych chłopców na zawsze pozostaną materiałem na tandetne komedie, a nie poważne kino. Starzejące się ciało – argumentuje Bradshaw – to dla mainstreamu dalej czarna dziura – rodzaj ekscesu, oznaka śmierci i rozkładu, które za wszelką cenę należy wymazać z ekranu. Tam, gdzie kino artystyczne widzi potencjał  i buduje naturalistyczną historię seksualności z nieatrakcyjnym ciałem w roli głównej, rozrywka bezradnie rozkłada ręce albo ze wstydem zakrywa się ręcznikiem. W "Pikniku z niedźwiedziami" Robert Redford i Nick Nolte odzyskują fizyczne moce, ale tylko po to, żeby uświadomić sobie własną starczą śmieszność i wrócić na bujane fotele. Legendarni aktorzy stają w kontrze do takich "konających zwierząt" Hollywood jak Sean Connery – dokładnie rok po wypuszczeniu viagry szkockiemu old boyowi partnerowała w "Osaczonych" 40 lat młodsza Catherine Zeta-Jones. Prostacki, zniedołężniały Nolte wyśmiewa te hollywoodzkie marzenia o nieograniczonej potencji i nieprzemijającym powodzeniu u kobiet. "Na starość maleją wymagania" – deklaruje z rozbrajającą szczerością i rozpoczyna flirt z otyłą 40-latką. Mógłby mu przyklasnąć zdziadziały Arnold Schwarzenegger z "Terminatora: Genisys", niegdyś symbol mechanicznej, niepodlegającej prawom fizyki seksualności, obecnie mentor-impotent, epigon bohaterów XIX-wiecznej powieści. Umówmy się jednak – Connery w "Osaczonych" uwodził temperamentem i inteligencją, ale nie imponował ciałem. Penn za bieganie z odsłoniętą klatą zebrał z kolei cięgi –  jego popisy ochrzczono złośliwym mianem "kina geriatrycznego". "Nie viagra rządzi fantazją Hollywood, ale dom samolubnych starców" – powiedzieli rozczarowani widzowie. Bradshaw może mieć więc rację: zadowolony z siebie, "podrasowany" satyr to kuriozum, z którego potrafimy się jedynie śmiać. I najczęściej jest to śmiech politowania. 

Demon starczego seksu

Seksualne fantazje wiecznych chłopców na zawsze pozostaną materiałem na tandetne komedie, a nie poważne kino.
Jeśli jednak obśmianie starych seksistów to jedyna słuszna strategia, to jak zaklasyfikować takie dziwadło jak "Co ty wiesz o swoim dziadku"? Symptomatyczne, że komedię rozpoczyna śmierć starej kobiety, po której następuje erupcja kolorowego pseudo-seksu, jakby żywcem wyjęta z Instagrama Dana Blizeriana. Uczciwość tego filmu jest uderzająca – starzec nie biega z bronią i nie zakłada bokserskich rękawic, chce za to "lizać i pieprzyć 20-letnie studentki". I jednocześnie podtrzymać stare tradycje "kina treningu" – otworzyć przed swoim wnukiem świat "prawdziwej męskości", na przekór kulturze "metroseksualnych krawaciarzy". Jak to "otwarcie" wygląda, łatwo się domyślić. De Niro, niby wyszydzony, a w rzeczywistości dowartościowany, wchodzi w rolę ultraszowinisty i starczej seksbomby, która, ze względu na wiek, może wyzbyć się hamulców i traktować kobiece ciało jak mięso. Odmieniane przez wszystkie przypadki słowa "screw", "fuck" i "blow", konkursy męskich torsów pod hasłem "Napinka", żarty z seksu analnego – to wszystko składa się na materialistyczną poetykę, skierowaną jednak nie do opalonej młodzieży, ale dystyngowanych panów w limuzynach i prywatnych helikopterach, zajadających kawior prosto z ciał egzotycznych modelek. W filmie – paradoksalnie – Hollywood nie pokazuje się więc w krzywym zwierciadle, ale raczej odkrywa prawdziwą twarz w radykalnym przypływie szczerości. W centrum stają wszystkie dotąd skrywane fantazje o męskiej potencji – kawa na ławę, niczego już nie musimy ukrywać, zostaje tylko jedno wielkie "pieprzyć, pieprzyć, pieprzyć" bez "maski" z mięśni, opancerzonych samochodów i ciężkiej broni. Kolejny symptom "drugiej szansy penisa": po śmierci filmowej żony De Niro-satyr zawzięcie masturbuje się do twardej pornografii, pozostając jeszcze w świecie impotentnych fantazji. Na końcu seks z 20-latką jest już jak najbardziej realny i – co znaczące – nie kończy się spodziewanym zawałem serca, tylko przyjemnym utwierdzeniem we własnej wszechmocy.



De Niro jest na ekranie jeszcze bardziej demoniczny niż Pacino w "Adwokacie diabła" – nienasycony, otwarcie obleśny, na zawołanie brutalny albo uwodzicielski. To także zupełnie inna demoniczność niż subtelne ekscesy starczych bohaterów Davida Lyncha i jego epigonów – perwersyjnych w sposób klasyczny, straszących piętrzącymi się zwyrodnieniami i nieusprawiedliwionymi wybuchami agresji. I chociaż nie ma tutaj mowy o niebieskiej pigułce, to zrównana z ziemią przez krytyków, tandetna komedyjka zbiera do kupy wszystkie starcze obsesje filmowego mainstreamu, o których pisał już Sutherland w odniesieniu do viagry i literatury. W klasycznej powieści impotencja zmuszała do zajęcia pozycji mądrości i doświadczenia; w "kinie geriatrycznym" – pozycji zemsty i bohaterstwa. De Niro nie czerpie już mocy z żadnych "zewnętrznych" źródeł – jako żołnierz specnazu na emeryturze może korzystać z własnej uprzywilejowanej pozycji, żeby podporządkować sobie młodość i korzystać z jej uległości dla zaspokojenia własnych żądz. Podobnie jak pewni siebie beneficjenci hollywoodzkiego systemu, gdzie seksualny eksces – przynajmniej w wyobrażeniach z magazynów plotkarskich – jest chlebem powszednim. 

Uczciwość tego filmu jest uderzająca - starzec nie biega z bronią i nie zakłada bokserskich rękawic, chce za to "lizać i pieprzyć 20-letnie studentki".
Tak jak u Rotha, męska starość, pozbawiona tradycyjnych ograniczeń, może się na powrót useksualnić i sprzedać – to właśnie clou metaforycznej siły viagry w służbie filmowych fantazji. "Glamourowaniu" męskiej starości towarzyszy "odwidzenie" dojrzałej kobiety na ekranie. "Spectre", gdzie rolę 30-letniej Lei Seydoux równoważyła 50-letnia Monica Bellucci, to raczej – chlubny, ale jednak – wyjątek potwierdzający regułę. Jeśli mielibyśmy szukać jakieś rzeczywistej przeciwwagi, to byłoby nią kino europejskie, które przygląda się mocy i impotencji z większą wnikliwością. Tutaj eksploracja męskich fantazji jest bardziej nostalgiczna, oparta na tęsknocie i badaniu przeszłości, stawką jest raczej zrozumienie, subtelna psychoanaliza, a nie ponowne przeżycie. I chociaż "Młodość" Paolo Sorrentino niektórzy zaliczają do nurtu viagra cinema, trudno w niej odnaleźć to samo demoniczne samozadowolenie. Męskie spojrzenie zostaje raczej skutecznie wyśmiane, podglądaniu idealnego ciała filmowej Miss Universe nie towarzyszy otwarta deklaracja działania, raczej masturbacyjna bierność. Demona starczego seksu bardziej przypomina Jep Gambardella z "Wielkiego piękna" – humanistyczne ucieleśnienie nieprzemijającej potencji twórczej. W tych wszystkich nawarstwiających się przykładach metaforycznego działania viagry nie sposób przeoczyć, że kinowa machina wciąż czerpie inspiracje z najbardziej utartych kulturowych schematów. W "cywilizowanym" imaginarium kobiecy demon to sukkub, uwodzicielski i młody. Męski zaś przyjmuje nader często postać starca – potężnego i wszechwładnego. Jeśli dojrzała kobiecość może w ogóle czuć żądzę, przybiera kształt groteskowej wiedźmy, o ciele zdeformowanym i nabrzmiałym – jak bohaterka "Raju: Miłości" Ulricha Seidla, która urok i pakt z diabłem zastępuje potęgą pieniądza. Ekonomiczna siła przebicia jest marną alternatywą, chociaż lepsze to niż konieczności całkowitego zniknięcia. Ale czy potrafimy sobie w ogóle wyobrazić, że "stara wiedźma" zastępuje "sprośnego dziada" w fantazjach, które Hollywood snuje o sobie samym?       
30