Bartosz Czartoryski

Smerfetki z Marvela

Hotspot
/fwm/article/Smerfetki+z+Marvela-142898
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Smerfetki+z+Marvela-142898
HOTSPOT

Smerfetki z Marvela

Podziel się

Czy doczekamy się czasów, kiedy to w filmach Marvela będą się mogły przejrzeć wszystkie kobiety?

Bartek Czartoryski, dziennikarz filmowy, tłumacz książek i komiksów oraz nasz stały współpracownik, przygląda się nieskazitelnym i seksownym superbohaterkom z Marvel Cinematic Universe. I pyta, czy doczekamy się czasów, w których będą mogły się w nich przejrzeć wszystkie kobiety.

***


Świat trykotów i peleryn poukładany jest często dość prosto: superbohater ma superbohaterzyć, a superbohaterka – dobrze wyglądać. Jasne, są odstępstwa od tej niepisanej reguły, nawet nie tak znowu rzadkie (i żeby nie było, widać je zarówno w filmowych w uniwersach Marvela, jak i w DC Comics), mamy przecież XXI wiek. Sam, jako miłośnik sztuki komiksowej, będę zaciekle bronił stanowiska, że zmienia się na lepsze, ale... Cóż, to całkiem spore "ale".

Tytuły wydawane przez mainstream, nawet jeśli nie są pisane, rysowane lub pisane i rysowane przez wciąż liczne boomerskie grono, ciągną za sobą ciężką jak cholera kotwicę zrzuconą z wydawniczej burty jeszcze przez Stana Lee i spółkę. Komiksy superbohaterski stworzono przecież z myślą o nastoletnim chłopcu dopiero stawiającym pierwsze kroki ku dorosłości. Jasne, jest to myśl cokolwiek niekomfortowa dla rzeszy komiksiarzy dobiegających, jak ja, czterdziestki, dlatego też cięgi zebrał swojego czasu Alan Moore, kiedy głośno wyraził podobny sąd. Nie trzeba jednak podpierać się na barkach mesjasza z Northampton, żeby dojść do podobnej konkluzji. Choć seryjniaki produkowane przez Marvela i DC przeszły oczywiście długą drogę i dzisiaj umyślnie kierowane są do odbiorcy starszego niż te kilkadziesiąt lat temu, nadal obowiązuje zasada przywołana powyżej: superbohaterka ma być seksowna. Koniec, kropka.

Pewnie, to fantazja, faceci też są przypakowani i krasnolicy. Lecz kto nie dostrzega miliona uwarunkowań społeczno-kulturowych i nieprzemakalnego kontekstowego pancerza i zrównuje jedno z drugim, ten nie chce otworzyć oczu albo jest demagogiem. Zresztą komiksowemu facetowi niekiedy nawet wypada być nieatrakcyjnym. Deadpool ma twarz pooraną bliznami (za to ta na brzuchu Barbary Gordon przypomina wyłącznie o uprzedmiotowieniu i bezsilności), Logan jak nic mógłby zapleść sobie warkoczyki na plecach, Bruce Banner nosi okulary z grubymi denkami, a Peter Parker to przecież niby-everyman, zwyczajny chłopak. Za to kobiety o figurach klepsydry, nigdy gruszki, mają urodę jak z żurnala, ratują świat, biegając na szpilkach, noszą kostiumy kąpielowe i generalnie rzadko ubierają się praktycznie. I choć bardzo chcielibyśmy zakrzywić rzeczywistość, zamykając usta krytykującym, że przecież kobiety dochodzą do głosu, reguła "never too hot to save the world" została niemal bezkrytycznie przeniesiona do kina. Podpięcie się dużego hollywoodzkiego studia pod ruch uwłasnowolnienia superbohaterek to przede wszystkim kolejny sposób na szybką monetyzację aktualnie panujących nastrojów społecznych. Choć akurat w tym przypadku środki poniekąd uświęcają cel.

Pamiętacie zapewne słynne ujęcie z "Avengers: Końca gry" (nagłośnione zresztą przez samego korporacyjnego giganta), kiedy na krótką chwilę na ekranie pojawia się damska drużyna stworzona z Kapitan Marvel, Okoye, Walkirii i paru innych kobiet. Miał to być dowód równej i sprawiedliwej reprezentacji superbohaterek, a wyszło topornie, żenująco nawet i, co chyba najgorsze, protekcjonalnie. Czy też, mówiąc kolokwialnie, na "odwal się". Może i te kilkadziesiąt sekund zadziałałoby lepiej, gdyby wcześniej Marvel nie wypuścił bodajże dwudziestu blockbusterów o facetach. I nie kazał Czarnej Wdowie opowiadać głodnych kawałków o tym, że jest "potworem", skoro nie może powić dziecka (została bowiem przed laty przymusowo wysterylizowana), nie zrobił z niej kuriozalnej pocieszycielki Hulka i nie cisnąłby beki z rzekomej brzydoty Mantis (hej, może to i charakteryzacja, ale mówimy o Pom Klementieff).

Ba, przecież nawet w tym samym filmie Iron Man otrzymuje pogrzeb z honorami, a Natasza Romanova spada ku nicości i zapomnieniu. Owszem, wszystko idzie ku lepszemu i mam nadzieję, że mój tekst zdezaktualizuje się błyskawicznie i brzydko zestarzeje, lecz na chwilę obecną fakty są następujące: Czarna Wdowa lada dzień otrzyma swój film, niebawem u boku Doktora Strange’a wystąpi Scarlet Witch, obok Thora (ostatnio oglądanego z piwnym brzuchem, niechlujną brodą i plamami potu pod pachami) pojawi się dawno niewidziana Jane Foster (czyli de facto nowa Thor), zaś w "Ant-Manie" znowu zminiaturyzuje się Osa, nareszcie też zobaczymy duet pań Marvel. Niezaprzeczalnie pokonaliśmy wyboisty trakt: od księżniczek o sarnich oczach do bohaterek silnych i niezależnych (ale nie zawsze, stąd nieprzypadkowo eksponowane przeze mnie "u boku"). Tyle że, jak się wydaje, z jednego oklepanego schematu fabularnego, który umiejscawiał kobiety jako wymagające ratunku i objaśniania im świata przez faceta, gładko przeskoczyliśmy do drugiego, zakładającego, że ocalić nas mogą jedynie "lasencje". Czyli tak naprawdę uniwersalny przepis na bycie kobietą według popkultury w ogóle się nie zmienił.

Ktoś może powiedzieć, że przesadzam, że wyolbrzymiam, że to przecież nie tak. Lecz na potwierdzenie swojej opinii odwołam się i do dowodu anegdotycznego, i do, uwaga, nauki. Tak się składa, że nie dalej jak wczoraj zobaczyłem pierwszy odcinek nowego serialu Apple’a z Rose Byrne, "Physical", gdzie główna bohaterka, będąca jednocześnie narratorką, nieustannie dzieli się z ekranu swoimi myślami. Oscylują one przede wszystkim wokół jej wyglądu. Myśli o sobie, cytuję, jak o grubej krowie, przygnieciona przez ciągłe poczucie winy, napędzane dążeniem do ideału akceptowanego łaskawie przez zmaskulinizowaną rzeczywistość. Pierdoły i tyle, można rzec, przecież mowa o Rose Byrne. I wtedy przychodzi kolejna refleksja: także kobiety tak atrakcyjne jak ona katują się przekonaniem, że zawsze są nie dość jakieś tam.

Popkultura wysyła nam przecież podobny komunikat od lat. Ale dość moich subiektywnych obserwacji, czas na suche fakty. "Scientific American" pisał jakiś czas temu o badaniach przeprowadzonych na grupie młodych kobiet. Wykazały one, że o ile superbohaterki pomagają uświadomić fankom zmianę, jaka dokonała się na płaszczyźnie ról płciowych, o tyle niekoniecznie mają dobry wpływ na ich poczucie własnej wartości. A nawet przeciwnie: hiperseksualizacja postaci kobiecych może przyczynić się do negatywnego postrzegania swoich ciał wśród widzek. Tego nie zmienią nawet kolejne filmy z MCU, choć istnieje spora szansa, że wszystkie przejdą słynny test Bechdel. A i to względne minimum nie było przecież od samego początku takie oczywiste w kinie superbohaterskim.

Czarna Wdowa długo była przecież tylko i wyłącznie kwiatkiem do butonierki, zgodnie z Regułą Smerfetki, zakładającą udział pretekstowej postaci kobiecej, dopchanej butem do męskiej obsady. Ba, zaledwie przed paroma dniami sama  Scarlett Johansson, odtwórczyni tej roli, mówiła w wywiadzie o demonstracyjnej seksualizacji i uprzedmiotowieniu jej postaci, która przez długi czas cierpiała z powodu obleśnego "męskiego spojrzenia". Dodała przy tym, że na dziewczyny czeka pozytywna wiadomość, że MCU też ewoluuje, o czym przekonamy się już niebawem. To prawdopodobne, zwłaszcza po "Kapitan Marvel", która rozbiła bank, zadając kłam powtarzanej uparcie mantrze, że filmy o superbohaterkach się nie sprzedają. Co więcej, dokonała tej sztuki, ani na moment nie zamieniając kosmicznego skafandra na wycięte bikini czy kusą spódniczkę. Nie wykluczam, że kontrargumentem przeciwko wyborowi tej ścieżki przez Marvel Studios będzie dziecinne utyskiwanie na "tę cholerną polityczną poprawność", która z jakiegoś powodu miałaby mieć cokolwiek wspólnego z niedoreprezentowaniem kobiet na ekranie.

Nie, nie chodzi o obowiązkowe parytety, ale o ignorowanie sporej części publiczności (statystyka mówi, że faceci chodzą do kina rzadziej; za oceanem pięćdziesiąt jeden procent wejściówek kupują kobiety) oraz, po prostu, zmarnowane szanse. Jak zauważyła moja przyjaciółka, zresztą psycholożka, paradoksalnie to postacie męskie często są obwarowane mnóstwem stereotypowych zasad, które trudniej złamać, te kobiece mają natomiast więcej swobody w przepisywaniu swoich. MCU jednak tego nie robi.

Zmiany nadchodzą, ale zbyt powoli (od premiery "Iron Mana" aż do czasu "Avengers: Wojny bez granic" wykrojono dla kobiet zaledwie dziesięć procent czasu ekranowego). I chociaż kolejna faza pozwala patrzeć z ostrożnym optymizmem na przyszłe losy superbohaterek, to jednak w "Czarnej Wdowie" znów mamy trzy piękne kobiety (Johansson, Weisz i Pugh) i brzuchatego Davida Harboura. Niedawno, przy okazji "Mare z Easttown", media rozpisywały się o odwadze Kate Winslet, która nie pozwoliła na cyfrową korektę fałd na brzuchu. Może czas, żeby superbohaterki również zdobyły się na taką śmiałość? Chłopcy będą kręcić nosem. Mężczyźni się nie obrażą
94