GAMESCOM 2016: Graliśmy w "Battlefield 1" i "Titanfall 2"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/GAMESCOM+2016%3A+Grali%C5%9Bmy+w+%22Battlefield+1%22+i+%22Titanfall+2%22-119152
W tym roku Electronic Arts pokazało niewiele gier. Miejmy nadzieję, że twórcy nadrobią ten niedobór jakością. Już teraz mamy pewność, że tak się stanie w przynajmniej jednym przypadku. Podczas tegorocznych targów mieliśmy szansę przetestować "Battlefield 1" oraz "Titanfall 2". Jedna z nich nas zachwyciła. 


Na podstawie kilkudziesięciominutowej rozgrywka w "Battlefield 1" w trybie multiplayer mogę zaryzykować stwierdzenie, że gra osadzona w realiach I wojny światowej w pewnym sensie wiernie oddaje ówczesną rzeczywistością, ale na pewno nie w taki sposób, jaki zakładali twórcy. Nawet krótki kontakt z grą wystarczy, by zorientować się, że to tak naprawdę nadal drugowojenna strzelanka, tyle że w nowym opakowaniu. Samolotami (są, a jakże) lata się tu prawie tak jak X-Wingami, model prowadzenia samochodów też nie oferuje nic nowego, a jazda konno to tylko potraktowany po macoszemu dodatek. Niezależnie też, za jaką chwycimy broń, ciągle mamy wrażenie grania w któryś z drugowojennych shooterów. Dużym plusem jest natomiast to, że przy kilkudziesięciu graczach na mapie mamy wrażenie wielkości, a dzięki jej rozmiarowi można pokombinować z przejmowaniem punktów. Niektóre rejony bywają całkowicie puste; mi udało się objechać dżipem bez utraty zdrowia dwa punkty kontrolne. 


W opuszczonym mieście natomiast raz po raz niesie się grzechot wypluwanych przez karabiny pocisków, nad głowami wirują samoloty, gdzieś w oddali grzmi przejeżdżający pociąg pancerny. Wszystko to oczywiście składa się na klimat i przy okazji tworzy nieopisany wręcz chaos. I to być może jedyna konkretna zaleta publicznego ogrywania takiej gry. Kotłowanina jest tu bowiem taka, że przywodzi na myśl przerażające powieści Louis-Ferdinanda Celine'a czy Ericha Remarque'a o wielkiej wojnie. To wrażenie oczywiście pryska w momencie, gdy zdamy sobie sprawę, ile mamy sprzętu, jak szybko nasz bohater wyciąga maskę gazową albo ciska granatami. Artyleria w grze nigdy nie będzie miała wyszlifowanych przez ciągły ostrzał luf, a kolegów nie będą zżerać żywcem szczury, chlor nie pokryje okopów trującym płaszczem. Takie są prawa wojny w rytmie pop, choć zdarzają się takie gry, jak np. "Valiant Hearts", które umiejętnie oddają wojenną rzeczywistość. 


Drugą grą ogrywaną przez nas grą był "Titanfall 2". Mieliśmy okazję przetestować dość klasyczny tryb dominacji w multiplayerze oraz obejrzeć półgodzinną prezentację kampanii dla jednego gracza. Rozgrywki sieciowe w "Titanfall 2" to wypisz, wymaluj ostatnie dziesięć lat serii "Call of Duty". Tęsknicie za strzałami znikąd, które raz-dwa położą Was do piachu? Wzdychacie z rozrzewnieniem na myśl o kamperach? W takim razie to multiplayer idealny dla Was. Dopóki nie wsiądziemy do jakiegoś Tytana, gra nie wyróżnia się prawie niczym z gąszczu licznych sieciowych strzelanek. Różnica leży w mobilności. O ile w takim "Call of Duty" egzoszkielety pozwalały na nieco większą wertykalną zabawę, o tyle w "Titanfall 2" nasz bohater pląsa po ścianach żwawiej niż książę Persji, przy okazji cedząc granatami i seriami z karabinu maszynowego. Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero wtedy, gdy uda nam się położyć łapska na Titanie. Te ogromne mechy co prawda stanowią łatwy cel dla każdego, ale przy okazji są w stanie wytrzymać ostrzał niemalże artyleryjski. Podczas grania nieraz zdarzało się, że wrogi Titan powodował tylko chwilowy popłoch. Gdy tylko drużyna zaczynała ze sobą współpracować, kilka sprawnych serii z dział energetycznych sprowadzało wielką machinę do parteru. 


Osobną kwestią jest tryb dla jednego gracza, czyli absolutna nowość w obrębie serii. Twórcy doskonale zdają sobie sprawę, że kiepskie wyniki pierwszego "Titanfalla" wzięły się z braku tradycyjnego dla tego typu gier trybu single player. Teraz ma się to zmienić i to na lepsze. Przyznaję – kampania "Titanfall 2" to w tej chwili najlepsza zajawka targów, która może rozsądzić o decyzji w sprawie ewentualnego kupna gry. Choć z pozoru to dość sztampowe sci-fi, twórcy nadrabiają to fenomenalnie rozegraną na dwa głosy historią o Titanie oraz jego pilocie. Nasza maszyna ma bowiem swój głos i zaawansowaną sztuczną inteligencję. Niby odgrywa klasyczną rolę nierozumiejącego emocji robota, ale jej linie dialogowe napisane są z porządnym pazurem, tak samo zresztą jak wypowiedzi pilota (czasem da się wybrać opcje dialogowe) albo groźby, jakimi traktują nas antagoniści w pokazywanej na targach misji. Wśród tych ostatnich wygrywa zresztą niejaki Richter, który w pewnym momencie z twardym, austriackim akcentem krzyczy "Get to the beacon, now!". Można podejrzewać, że jakiś scenarzysta żartowniś zaproponował tę postać tylko po to, by mogła podczas gry powiedzieć to właśnie zdanie. Poza tym kampania dla jednego gracza to liczne strzelaniny, nieco skradanki i walki epickiego kalibru z użyciem tytułowych Tytanów.

"Battlefield 1" ukaże się na rynku 21 października bieżącego roku, zaś premiera "Titanfall 2" przewidziana jest tydzień później.
Udostępnij: