Wywiad z Remigiuszem Mrozem

https://www.filmweb.pl/news/Wywiad+z+Remigiuszem+Mrozem-139351

Czy zbrodnia doskonała istnieje?


Remigiusz Mróz: W popkulturze z pewnością – zresztą ani chybi pamiętasz "Słaby punkt" z 2007 roku z Hopkinsem i Goslingiem. Przypuszczam, że autor scenariusza zastanawiał się nad tym samym co ja, kiedy siadałem do "Precedensu", czyli jak sprawić, żeby ktoś, kto ewidentnie zamordował ofiarę, wyszedł wolno? Tam sięgnięto po amerykański odpowiednik zasady ne bis in idem, czyli niemożności sądzenia kogoś dwukrotnie za to samo, a w samej intrydze postawiono na wybieg fabularny, a nie prawniczy. Ja zaś zastanawiałem się nad tym, czy w polskim prawie istnieje luka, która zablokowałaby możliwość skazania, mimo że oskarżony byłby oczywiście winny. Spoilerów nie będzie, więc nie powiem, czy się udało.


W "Precedensie" pojawia się postać aktorki oskarżonej o brutalne morderstwo. Czy wiesz już, kto mógłby zagrać tę postać, gdy ten tom Chyłki zostanie ekranizowany?


RM: Przy tempie, jakie narzucili sobie producenci, to może stać się szybciej niż się spodziewamy (śmiech). Skończyli niedawno kręcenie trzeciego sezonu i właściwie od razu weszli na plan czwartego, prawdziwe szaleństwo. Co do potencjalnej obsady, to musiałby być ktoś, kto od razu przychodzi nam na myśl, kiedy mówimy "aktorka" – i ktoś, kogo często widać w kioskach na okładkach kolorowej prasy. Chętnie pozbieram wszystkie typy z komentarzy.


Bohaterka Twoich książek jest obecnie jedną z najpopularniejszych postaci serialowych. Jakie to uczucie, gdy wytwór Twojej wyobraźni staje się postacią z krwi i kości, przybiera twarz pięknej polskiej aktorki i jest namiętnie oglądany w ogólnopolskiej stacji?


RM: Przedziwne, bo kiedy tworzyłem tę postać, nie wiedziałem nawet, czy książka zostanie wydana i czy ktokolwiek poza mną kiedykolwiek pozna Chyłkę. Przez prawie dwa lata byłem jedyną osobą, która miała z nią styczność, więc już przy pierwszych typach castingowych czułem się cokolwiek dziwnie, starając się dopasować twarze aktorek do oblicza znanego z wyobraźni. Proces developmentu trochę trwał, serial zresztą przez długi czas był w innej stacji, więc kandydatek było całkiem sporo – w samym TVN-ie także. Pamiętam, że kiedy padł pomysł z Magdą, wszyscy od razu stwierdzili: tak, to jest stuprocentowa, idealna Chyłka, tylko... czy to dobrze? Wątpliwość sprowadzała się do tego, czy aby nie spotęgujemy nadmiernie silnego charakteru Chyłki – i czy nie lepiej obsadzić aktorkę nieco mniej zadziorną, by złagodzić postać. I tak się pierwotnie stało. Teraz nikt nie wyobraża już sobie kogokolwiek innego w tej roli, więc można śmiało wyjawić, że Magda w istocie nie była pierwszą Chyłką. Wszystko zostało już dopięte na ostatni guzik, kiedy doszło do niecodziennej sytuacji na planie innego serialu TVN-u i los sprawił, że nasi producenci musieli jeszcze raz obsadzić główną bohaterkę. Pewnie ktoś kiedyś chlapnie, jaki był wynik pierwszego castingu, ale to nie będę ja – powiem tylko, że była to brunetka (śmiech).

Czy od startu serialu Chyłka ma dla Ciebie twarz Magdaleny Cieleckiej?


RM: Zanim produkcja wystartowała, sam zastanawiałem się nad tym, czy tak się stanie – i właściwie trochę się tego obawiałem, bo na tym etapie znałem się już z Chyłką od pięciu lat i nie chciałem, by nagle znikła. Ale nie, nadal ma tę samą twarz, która widziałem, kiedy zaczynałem pisać pierwszy tom. Od czasu do czasu słyszę za to głosy... jakkolwiek to brzmi. Szczególnie kiedy wieczorem dostaję jakiś odcinek, a rano siadam do pisania. Z jakiegoś powodu najbardziej objawia się to w przypadku Żelaznego – ilekroć piszę jego kwestię, słyszę w głowie, jak wypowiada je Szymon Bobrowski.

Widziałeś już nowy sezon? Jak wrażenia, jest na co czekać?


RM: Został mi jeszcze jeden odcinek do obejrzenia, ale mogę śmiało powiedzieć, że jest moc, ogień i inne petardy. W życiu nie spodziewałem się, że niektóre sceny, jakie zostały zrealizowane, trafią kiedykolwiek na antenę TVN-u (śmiech). Ale mówiąc poważnie, wszystko zagrało tak, jak powinno – scenariuszowo, aktorsko i reżysersko, zresztą praca kamery przypominała mi momentami ostatni sezon "Better Call Saul", kiedy za kręcenie odpowiadali Gilligan czy Gould. W dodatku mamy burzenie czwartej ściany, co nie jest zbyt częste w polskiej telewizji, sporo smaczków z książek i wisienkę na torcie, czyli Magdę i Filipa w wersji "nawaleni jak messerschmitty". Wyszło im genialnie. Z pewnością długo ćwiczyli.

Nie masz za złe filmowcom tego, że zmieniają wątki, dodają lub usuwają postaci albo też wpychają Oryńskiemu do łóżka kobiety, których w książkach tam nie było?


RM: Nie. Miałbym im za złe, gdyby chcieli coś pozmieniać w książkach – ale serial to ich dziecko. Uważam zresztą, że zbyt mało wątków książkowych wyrzucają, na czym czasem cierpi scenariusz danego odcinka. Przykładowo w "Rewizji" miałem ponad sześćset stron na rozwinięcie motywacji bohaterów, w serialu jest na to tylko siedem odcinków – niektóre wątki czy plot twisty można by spokojnie usunąć bez szkody dla historii, bo zwyczajnie nie ma czasu na rozwinięcie motywów, jakie za nimi stały. A koniec końców każda zmiana to dla mnie coś intrygującego – kiedy producenci mówią, że zamierzają to i to zrobić inaczej, jestem ciekaw, jaką drogę wybiorą, jak to zrealizują i tak dalej. Dzięki temu oglądam serial z jeszcze większą przyjemnością.


Czy zagrane w serialu "Chyłk"a cameo wynika z potrzeby własnej, a może to producenci serialu uznali, że będzie to ciekawy smaczek dla widzów? I jak się odnalazłeś wewnątrz napisanej przez siebie fabuły?


RM: Pierwsze cameo wyszło zupełnie niespodziewanie, bo pojawiłem się wtedy na planie w ramach gospodarskiej wizyty. Wydaje mi się, że siedzieliśmy w reżyserce z Łukaszem Palkowskim, robiliśmy sobie z czegoś jaja, i to chyba on rzucił, że może pojawiłbym się gdzieś w kadrze. Byłem tradycyjnie pod krawatem, więc wystarczył lekki make-up i mogłem robić za prawnika w Żelaznym & McVayu. Za drugim razem w sumie było podobnie – wpadłem na plan przy okazji kręcenia materiału do "Dzień Dobry TVN", a swoją scenę miałem zaplanowaną na zdjęciach za dwa czy trzy tygodnie. Ale skoro już byłem na miejscu i w uniformie, zrobiliśmy z tego użytek.

Czy fakt, że na podstawie serii z Chyłką powstaje serial sprawia, że starasz się unikać pewnych tematów/scen, żeby nie utrudniać producentom życia? W "Kontratypie" przygotowałeś dla nich nie lada wyzwanie...


RM: A gdzie tam. Będę starał się im komplikować życie najbardziej, jak się będzie dało (śmiech). I mimo że z Edwardem Miszczakiem żartowaliśmy sobie nie tak dawno temu, że do ósmego tomu droga długa jak na szczyt Annapurny, to nagle okazuje się, że wcale nie zostało tak wiele – planujemy już wszak piąty sezon. Realizacyjnie "Kontratyp" jest do zrobienia, wcześniej może tylko trzeba będzie zgłosić się do Leszka Dawida po kilka porad albo przenieść akcję w Alpy...


Czy od pierwszej ekranizacji swojego dzieła (a wiemy, że w kolejce czeka kilka kolejnych) coś się zmieniło w Twoim sposobie wyobrażania sobie wydarzeń? Podkręcasz "wizualia" z myślą o tym, że może kiedyś zobaczysz to na ekranie, dodajesz wybuchy, namnażasz pościgi samochodowe?


RM: Nie, w trakcie pisania w ogóle o tym nie myślę. Najdobitniej odczułem tę separację jednego od drugiego przy okazji Osiedla RZNiW – już na początku pracy nad tą książką wiedziałem, że istnieje duża szansa, że trafi na ekrany, ale jedyny efekt był taki, że czułem większą motywację do pracy. W trakcie pisania zastanawiam się tylko nad tym, jak książka wygląda w wyobraźni – może dlatego, że z automatu zakładam zmiany scenariuszowe?


Najpierw książka czy film?


RM: Jako jedna z niewielu osób na świecie, która czytała "Ojca chrzestnego" Mario Puzo, ale nigdy nie widziała filmu, uchylam się od odpowiedzi.

A czy istnieją Twoim zdaniem ekranizacje przewyższające swój książkowy pierwowzór?


RM: Pewnie. "Big Little Lies" w wydaniu HBO było świetne, ale przez książkę nie przebrnąłem i odłożyłem ją chyba po kilkudziesięciu stronach. Filmowych "Skazanych na Shawshank" postawiłbym nieco wyżej od noweli, na podstawie której powstała, mimo że wielbię Stephena Kinga bezgranicznie i obydwie wersje były genialne. Podobnie w przypadku Hannibala Lectera – wydaje mi się, że lepiej wypadał w serialu i filmach niż w prozie Thomasa Harrisa. "Strike" od BBC jest moim zdaniem lepszy niż książkowa forma od J.K. Rowling, nie inaczej w przypadku "W obronie syna" na Apple TV+ albo "Boscha" na Amazonie. Czasem tak po prostu jest, że wymachujący mieczem Henry Cavill wygląda lepiej niż długi opis o kręceniu piruetów w książce.

Polecisz nam jakieś filmy na długie jesienne wieczory?


RM: Z filmami jest taka posucha, że chyba wszyscy obejrzeli już wszystko, co ostatnio wyszło. Ale z seriali oferta jest większa, więc mogę poszaleć. Polecam "The Boys" na Amazonie, jeśli ktoś nie widział – fucking diabolical. Trochę z innej beczki: "Ted Lasso" na Apple TV+, czyli chyba największe zaskoczenie w tym sezonie. Serial, który nie miał żadnych zadatków na to, by się udać, jest chyba obecnie jednym z najlepszych – odpowiednik ciepłego koca w chłodniejszy jesienny wieczór. Z rzeczy już nie tak nowych – i na zmianę nastroju – proponuję "Sukcesję" na HBO, szczególnie że zimą aktorzy mają wejść na plan trzeciego sezonu – i "The Leftovers", bo to polecać trzeba zawsze. Może akurat trafi się ktoś, kto nie widział.
Informacja sponsorowana
Udostępnij: