Recenzja filmu

Kobieta na dachu (2022)
Anna Jadowska
Dorota Pomykała
Bogdan Koca

Kobieta na skraju

"Kobieta na dachu" to film jednocześnie pełen szorstkości i współczucia, a przy tym unikający jaskrawych ocen. Jadowska już wcześniej – choćby w dokumentalnych "Trzech kobietach" czy "Dzikich
A gdyby tak rzucić wszystko i na przykład – to popularny mem – wyjechać w Bieszczady? Albo "dać upust swoim emocjom" (zwrot robiący dziś furorę), wykrzyczeć, co mamy do wykrzyczenia, po raz pierwszy "postawić na swoim", zbuntować się, wziąć do ręki kamień – jak Robin Wright w "Forreście Gumpie" – i rzucić nim przed siebie? Co jednak, jeśli po prostu brakuje kamieni? Jeśli pętla na szyi zaciska się jak w słynnym opowiadaniu Marka Hłaski, niewidzialna i przebiegła, a nasze ruchy są w dodatku przeciwskuteczne: zamiast ulgi, przynoszą coraz większy ból, pogarszają sprawę, przybliżają nas do krawędzi? 

W takiej sytuacji jest Mira, protagonistka "Kobiety na dachu", najnowszego filmu Anny Jadowskiej. To sześćdziesięcioletnia położna, oddana pracy, mężowi i dorosłemu synowi (który wciąż mieszka z rodzicami). Oddana tak bardzo, że korzystając z chwilówek, sprowadza na siebie finansową katastrofę. Przyparta do muru, wychodzi z domu, w torebce ma kuchenny nóż. W pobliskim banku zwraca się do kasjerki niepewnym głosem: "Proszę pani, to jest napad…".


Ten dramatyczny gest nie stanowi finału opowieści Jadowskiej, a zaledwie wstęp do niej. Mira nie jest bohaterką "Taksówkarza" Scorsesego czy "Upadku" Schumachera, nie wywoła szoku, nie uda jej się wyrazić swojego buntu wobec losu, zła czy krzywdy (poniesie klęskę aż dwukrotnie!). Tomaszów Mazowiecki to w końcu nie Nowy Jork czy Los Angeles. Tutaj jest jak jest – akt desperacji odbędzie się w ciszy i zażenowaniu, okaże się nieudolny, przerodzi się w farsę, która oczywiście będzie mieć konsekwencje, i to zadziwiająco szybkie konsekwencje.

Może właśnie w uczciwości tkwi siła tej historii. Twórcy – a właściwie w większości twórczynie, na czele z autorką zdjęć Itą Zbroniec-Zajt i scenografką Anną Pabisiak – zadbali o to, by ją uwiarygodnić, również wizualnie. Spalone słońcem osiedle naprawdę wygląda jak typowe polskie miasteczko latem, szarość wielkiej płyty nie udaje "wielkiego świata", osiedlowy sklep to osiedlowy sklep, do jakiego można zajść na co dzień w Polsce (wystarczy wyjechać poza centrum miasta), standard mieszkania położnej także jest jakoś znajomy.

Znajoma jest też niepewność na twarzy bohaterki. Wielka w tym zasługa Doroty Pomykały, która stworzyła kreację, jakiej od dawna brakowało w polskim kinie (w pełni zasłużone laury na festiwalu w Gdyni i nowojorskim Tribeca Film Festival). Jej Mira nie zatrzymała na sobie upływu czasu jak choćby w ostatnich latach robią to postacie grane przez Meryl Streep, Danutę Stenkę czy nawet Emmę Thompson (w "Powodzenia, Leo Grande" podkreślającą niedoskonałości, ale wciąż atrakcyjną). Bohaterka Pomykały jest zagubiona i stłamszona, wewnętrznie zasznurowana (określenie samej reżyserki), wręcz niewidzialna, "smutna, zmęczona, brzydka i samotna" (jak w wierszu Adama Zagajewskiego), pominięta we współczesnym wyścigu, w którym liczy się sukces, działanie, rozwój, samorealizacja. Jej potrzeb i marzeń nie zauważa dosłownie nikt, włącznie z najbliższymi (ciekawe role Bogdana Kocy i znanego z polskiej wersji "The Office" Adama Bobika). Papieros odpalany ukradkiem na tytułowym dachu staje się jedynym poletkiem jej wolności, wokół – pustka, beznadzieja, niemoc, przegrane zapasy z wiekiem, uczuciami, oczekiwaniami. Ile takich Mirek chodzi po ulicach polskich miast i miasteczek?


"Kobieta na dachu" to wyraźne oddanie im głosu, film jednocześnie pełen szorstkości i współczucia, a przy tym unikający jaskrawych ocen. Jadowska już wcześniej – choćby w dokumentalnych "Trzech kobietach" czy "Dzikich różach" – udowodniła, że ma znakomity słuch społeczny i potrafi świetnie kontestować patriarchalną kulturę. Robi to jednak nie poprzez szumne hasła, nie tyle interesuje ją teza, co bohaterki – pełne sprzeczności i wielowymiarowe. Dzięki temu trafia ciszej, ale celniej.

Są dzieła, w których instynktownie wyczuwamy, że twórcy znają swoich protagonistów i traktują ich serio, że nie wymyślili tych historii, rozsiadając się w wygodnych fotelach, że opowiadają ze zrozumieniem i empatią o osobach z krwi i kości. Annie Jadowskiej udało się nakręcić właśnie taki film. Niepokojący i prawdziwy, boleśnie prawdziwy.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?