Recenzja filmu

Z dala od zgiełku (2015)
Thomas Vinterberg
Carey Mulligan
Matthias Schoenaerts

Bathsheba i mężczyźni

Vinterberg sprawnie zaplata miłosne wątki, jest też świetny w odmalowywaniu specyfiki hermetycznej społeczności (vide "Polowanie"). W obydwu przypadkach wydaje się jednak zbyt powściągliwy. Nie ...
Granica między ryzykiem a aktem desperacji bywa cienka. Nie twierdzę, że reklamowanie "Z dala od zgiełku" poprzez odległą – nawet jak na standardy marketingu filmowego – analogię z "Igrzyskami śmierci" byłoby dobrym pomysłem, lecz na pewno przyciągnęłoby do kin kilku nieletnich, którzy mają alergię na grzeczne kino kostiumowe. Fakt, że jedna z ikon prozy Thomasa Hardy'ego, Bathsheba Everdene, użyczyła nazwiska wschodzącej gwieździe popkultury, Katniss Everdeen, nie jest przypadkowy. Podobnie jak łączące obydwa utwory wątki silnej, wyemancypowanej kobiety oraz miłosnego wielokąta. 



To oczywiście kwestie drugorzędne, twórcy mieli inne rzeczy na głowie. Mierzyli się nie tylko z literackim oryginałem Hardy'ego, ale przede wszystkim z pamiętną ekranizacją autorstwa Johna Schlesingera, w której aktorskie popisy Julie Christie, Alana Batesa, Petera Fincha i Terence'a Stampa filmował z wyczuciem fenomenalny operator (a wkrótce również reżyser), Nicolas Roeg. Są momenty, w których nowa wersja, z Thomasem Vinterbergiem u sterów i wybitną Carey Mulligan na czele aktorskiego korowodu, wznosi się ponad żelazną, literacko-filmową klasykę. Raczej ich nie przegapicie; to większość scen, w których Mulligan "przepisuje" po swojemu solówki Christie. Pytanie tylko, czy warto dla nich wybrać się do kina.

Mieszkańcy wymyślonego przez pisarza hrabstwa Wessex ponownie są świadkami romansu, który rozkwita pomiędzy dziedziczką farmy Bathshebą a jej adoratorami: hulaką i żołnierzem Francisem Troyem (Tom Sturridge), majętnym właścicielem ziemskim Williamem Boldwoodem (Michael Sheen) oraz skromnym pasterzem Gabrielem Oakiem (Matthias Schoenaerts). Ona jest postacią na tyle skomplikowaną i wielowymiarową, że może dziś bronić Hardy'ego przed zarzutami o mizoginię (wyciąganymi głównie na drodze autobiograficznej interpretacji dzieł, nawiązującymi do jego trudnych relacji z żoną). Oni, scharakteryzowani przez Vinterberga dość pobieżnie, istnieją tylko po to, by uderzać w odpowiednie emocjonalne struny bohaterki: to w potrzebę przygody, kiedy indziej w pragnienie bezpieczeństwa albo tęsknotę za dojrzałą, kwitnącą latami miłością. Kto czytał książkę, ten wie, jak to się wszystko skończy. Reszta będzie bawić się lepiej, bo film jest klasycznym melodramatem, w którym najważniejsze okazuje się rozkładanie sympatii na bohaterów (Team Sheen, jeśli pytacie o moje zdanie). 



Vinterberg sprawnie zaplata miłosne wątki, jest też świetny w odmalowywaniu specyfiki hermetycznej społeczności (vide "Polowanie"). W obydwu przypadkach wydaje się jednak zbyt powściągliwy. Nie twierdzę, że powinien wrócić do czasów Dogmy, wpaść na zielone pastwiska z ręczną kamerką wideo i dorzucić scenę orgii, ale przydałoby mu się więcej przekory w portretowaniu bohaterów, obnażaniu ich pretensjonalności, hipokryzji. W końcu już tytuł powieści jest przewrotny i uderza w stereotyp prowincji jako rajskiego ogrodu, pełnego ludzi szczęśliwych, wolnych od pokus, zjednoczonych z naturą. Koniec końców, to właśnie przyroda – fotografowana z niemal religijnym namaszczeniem przez Charlotte Bruus Christensen – robi największe wrażenie. Film natomiast kończy na cmentarzysku "poprawnych" adaptacji, w których uniżony stosunek do autora oryginału krępuje filmowcom ruchy, a potrzeba transgresji zostaje zduszona jeszcze przed wejściem na plan.
1 10
Moja ocena:
6
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
53% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (85 głosów).
Udostępnij: