Artykuł

Autoremake: Nic dwa razy się nie zdarza?

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Autoremake%3A+Nic+dwa+razy+si%C4%99+nie+zdarza-92608
Twórcy tacy jak Tim Burton, Paul Thomas Anderson, Michael Haneke czy George Lucas doskonale wiedzą, że remake własnego filmu bywa dla filmowca wymagającym sprawdzianem kreatywności. Paradoksalnie, reżyser pierwowzoru nie zawsze jest gwarantem jakości i sukcesu nowej wersji.

Ostatni film Tima Burtona "Frankenweenie" stanowi stosunkowo rzadki w historii kina przykład sytuacji, gdy twórca robi remake własnego dzieła. W animacji reżysera pojawia się scena, w której młody bohater, uzdolniony wynalazca, pyta swojego nauczyciela, dlaczego przeprowadzony eksperyment udał mu się tylko za pierwszym razem. Mentor tłumaczy, że źródłem niepowodzeń kolejnych podejść jest zwykle brak autentycznego uczuciowego zaangażowania towarzyszącego autorowi w próbie zakończonej pomyślnie. Przywołana reguła w metaforyczny sposób ujmuje problem większości autoremake'ów. Pasja i kreatywność oryginalnych wersji przeważnie ustępują w nich kalkulacji – chęci powtórzenia sukcesu artystycznego i/lub komercyjnego pierwowzoru w nowych realiach produkcji. Opisane poniżej autoremaki świadczą o tym, że taka kalkulacja przynosi filmowcom różne efekty.

 
"Frankenweenie" (2012)

W przypadku "Frankenweeniego" z 1984 roku sukcesu komercyjnego nie było, ponieważ znakomity półgodzinny film nie uzyskał wsparcia dystrybucyjnego od wytwórni i po niewielkiej liczbie pokazów trafił na półki archiwum. Producenci ze studia Walta Disneya uznali, że ładunek grozy, makabry i czarnego humoru w historii o chłopcu wskrzeszającym ukochanego pieska przekracza granice dobrego smaku odbiorców oczekujących konwencjonalnej, familijnej opowiastki. Dla Burtona był to jednak projekt bardzo osobisty, który, jak się z czasem okazało, prezentował niczym w pigułce charakterystyczną poetykę późniejszej twórczości reżysera. Trauma tego niespełnienia autorskiego z początków kariery najwyraźniej nie dawała twórcy spokoju, skoro po latach postanowił wrócić do fabuły "Frankenweeniego" i nakręcić na jej podstawie nową, pełnometrażową i animowaną wersję filmu. Ironią losu jest fakt, że producentem dzieła ponownie została wytwórnia Walta Disneya. Możliwość realizacji remake'u własnego filmu stała się zatem dla Burtona, poza wszelkimi innymi korzyściami, formą przypieczętowania jego silnej pozycji jako autora w Hollywood. Silnej, ale nie niezależnej, bo "Frankenweenie" z 2012 roku wydaje się paradoksalnie bardziej disneyowski niż pierwowzór. Dodane w remake'u wątki i postaci wzmacniają rozrywkowy charakter ekranowego widowiska. Zabawa tradycją horroru odbywa się tutaj kosztem uwagi poświęconej głównym bohaterom. Większą siłę emocjonalnego oddziaływania ma aktorska wersja, w której reżyser, a co za tym idzie także widz, skupia się na tragikomicznych przeżyciach młodzieńca i jego wskrzeszonego psa.


"Frankenweenie" (1984)

Obok Burtona, pełnometrażowe filmy na podstawie własnych, krótkich dzieł z początków kariery mają w dorobku choćby George Lucas i Paul Thomas Anderson.

Twórca sagi "Gwiezdne wojny" przygodę z kinem science fiction rozpoczął jeszcze w czasie studiów filmowych na uniwersytecie kalifornijskim, kiedy to w ramach warsztatów zrealizował m.in. słynną etiudę "Elektroniczny labirynt THX 1138 4EB". Film zdobył pierwszą nagrodę na prestiżowym National Students Film Festiwal i utorował Lucasowi drogę do pełnometrażowego debiutu "THX 1138", czyli autoremake'u studenckiej etiudy opowiadającej o ucieczce tajemniczego mężczyzny z bliżej nieokreślonej, zamkniętej przestrzeni  skomputeryzowanych pomieszczeń w świecie przyszłości. W  filmie z 1971 roku reżyser rozwinął tę fabułę, ale tylko do niezbędnego informacyjnego minimum – tak, aby widzowi udzieliło się wyalienowanie bohatera i poczucie osaczenia, budowane przez kakofonię niezrozumiałych komunikatów z offu. Ostatecznie Lucasowi udało się stworzyć dzieło oryginalne i wizjonerskie, kreatywnie wykorzystujące pomysły zawarte w etiudzie. Po latach, mający skłonność do nieustannego modyfikowania własnych filmów Lucas przygotował jeszcze wersję reżyserską "THX 1138" z podrasowanymi efektami specjalnymi i kilkoma nowymi scenami.

 
"THX 1138"

Wybitne "Boogie Nights" Paula Thomasa Andersona to remake filmu "The Dirk Diggler Story", który autor nakręcił na amatorskim sprzęcie, mając zaledwie 17 lat (!). Półgodzinna, zwiastująca wielki talent reżyserski produkcja stanowi pastisz dokumentów biograficznych. Jej bohaterem jest gwiazdor filmów porno Dirk Diggler, postać wzorowana na Johnie Holmesie – autentycznej legendzie kina erotycznego. O wzlotach i upadkach w zakończonej tragicznie karierze Digglera dowiadujemy się za pośrednictwem materiałów stylizowanych na autentyczne relacje i wywiady. W "Boogie Nights" Anderson rezygnuje z konwencji mockumentary na rzecz "epickiej" narracji fabularnej ukazującej historię głównego bohatera i jego malowniczych znajomych na tle przemian zachodzących w branży porno, a szerzej – w kulturze i obyczajach lat 70. i 80. XX wieku. Również w tym wypadku autoremake okazuje się błyskotliwym rozwinięciem oryginalnego krótkometrażowego pierwowzoru. W filmie z 1997 roku pojawiają się zresztą aktorzy występujący we wcześniejszej wersji.

Z autoremakiem studenckiej etiudy mieliśmy niedawno do czynienia w polskiej kinematografii. "Bez wstydu" Filipa Marczewskiego bazuje na "Melodramacie", za który reżyser otrzymał mnóstwo prestiżowych nagród. Pełnometrażowy film przenosi akcję z warszawskiej Pragi na Dolny Śląsk i dość niefortunnie uzupełnia wątek kazirodczej fascynacji brata i siostry o wątek ksenofobii w stosunkach między Polakami a Romami. Marczewski przegrywa tutaj ze swoimi ambicjami artystycznymi. Wspomniane wątki wydają się połączone na siłę. Subtelne perwersyjne napięcie "Melodramatu" w "Bez wstydu" jest słabo wyczuwalne, ponieważ na ekranie dominuje toporna publicystyka społeczna.

 
"Bez wstydu"

W grupie autoremake'ów znajdziemy filmy, których ponowna realizacja umotywowana była chęcią wykorzystania przez autora nowej technologii kina.

Cecil B. DeMille dwukrotnie kręcił epicki fresk "Dziesięcioro przykazań". Wersja z 1923 roku była filmem niemym i prawie w całości czarno-białym (w jednej sekwencji użyto wczesnego systemu Technicoloru). W superprodukcji z 1956 wprowadzony został barwny obraz i, oczywiście, dźwięk. DeMille dokonał też zmian w fabule, koncentrując się na życiu Mojżesza, a rezygnując z obecnej we wcześniejszym filmie części moralitetowej rozgrywającej się współcześnie. Zarówno jeden, jak i drugi film DeMille'a stały się klasykami kina biblijnego.

Za klasykę komedii romantycznych uznawane są natomiast dwa, opowiadające identyczną historię miłosną filmy Leo McCareya: "Ukochany" z 1939 roku i "Niezapomniany romans" z 1957 roku. Pierwszy, czarno-biały film wywołał modę na różowego szampana. Można się zastanawiać, czy jedną z przyczyn realizacji barwnego remake’u nie był zamiar atrakcyjniejszej prezentacji tego trunku. Obydwa filmy McCareya – w czym cały ich urok – to sztampowe romansidła z umowną akcją, statyczne i kameralne pod względem dramaturgicznym, napięcie czerpiące z konfliktu postaw i wartości bohaterów. Konwencja ta lepiej sprawdza się w zwartej czasowo oryginalnej wersji, co jest wielką zasługą aktorskiej chemii między Irene Dunne a Charlesem Boyerem. Nie iskrzy już tak natomiast w duecie gwiazd filmu z 1957 roku (Deborah Kerr i Cary Grant). Jeśli dodamy do tego o pół godziny dłuższy metraż, to uzyskamy przykład autoremake'u, którego reżyser nie zdawał sobie sprawy z mocnych i słabych stron pierwowzoru.

 
"Ukochany" / "Niezapomniany romans"

Nie dotyczy to Alfreda Hitchcocka i jego amerykańskiej wersji "Człowieka, który wiedział za dużo" z 1956 roku. Brytyjski oryginał twórca nakręcił w 1934 roku na taśmie czarno-białej. Był to emocjonujący dramat szpiegowski z elementami komediowymi. Właśnie ten typowo hitchcockowski czarny humor wydawać się mógł nieco kontrowersyjny w fabule opowiadającej o małżeństwie walczącym o odzyskanie uprowadzonej córki. W barwnym autoremake’u reżyser zredukował zatem akcenty komiczne, postawił na psychologiczną wiarygodność akcji i wyeksponował wątek rodziców szukających porwanego synka. Obydwa filmy Hitchcocka są mistrzowskim popisem umiejętności budowania suspensu na ekranie. Jak jednak wyznał autor w rozmowie z François Truffautem: "Pierwsza wersja była dziełem utalentowanego amatora, druga została zrealizowana przez profesjonalistę".

Listę przykładów autoremake'ów uzupełniają anglosaskie, zazwyczaj nieudane artystycznie, wersje dzieł spoza tego kręgu językowo-kulturowego.

W 1988 roku Roger Vadim nakręcił amerykańską wersję swojego bodaj najsłynniejszego filmu "I Bóg stworzył kobietę". Tak przynajmniej sugeruje tytuł, bo z fabuły francuskiego pierwowzoru została jedynie postać głównej bohaterki, męskiego fantazmatu kobiety budzącej pożądanie, dla której sex appeal jest najskuteczniejszym środkiem w osiąganiu wszelkich życiowych celów. Vadim stworzył ten autoremake już po dokonaniu się rewolucji obyczajowej. Aura skandalu towarzysząca dziełu z Brigitte Bardot w wersji z Rebeccą De Mornay nie miała zatem racji bytu, toteż film ten nie próbuje być czymś więcej niż bezpretensjonalną komedią erotyczną utrzymaną w stylistyce teledysków lat 80.

 
"I Bóg stworzył kobietę" (1956) / "I Bóg stworzył kobietę" (1988)

W 1993 roku powstała "Zaginiona bez śladu" – autoremake jednej z najciekawszych produkcji europejskich poprzedniej dekady. Szanse na realizację hollywoodzkiej wersji "Zniknięcia" reżyser pierwowzoru George Sluizer otrzymał podobno pod warunkiem zmiany oryginalnego zakończenia. Autor zgodził się na takie rozwiązanie. Podjął zresztą jeszcze inne, jak się okazało błędne decyzje artystyczne związane z kształtem remake’u (m.in. dotyczące montażu, funkcji postaci, symboliki). W efekcie nakręcił film całkowicie pozbawiony wieloznaczności i niepokojącej atmosfery holendersko-francuskiego oryginału.

Porażkę twórczą przy realizacji hollywoodzkiego remake'u własnego filmu poniósł również Gruzin Géla Babluani. Pomimo względnej wierności w stosunku do pierwowzoru na poziomie fabuły (aczkolwiek znalazł się w nim wątek, który nie ma żadnego wpływu na główną akcję i wydaje się tylko pretekstem do dłuższej obecności na ekranie Mickeya Rourke'a i 50 Centa), a także gwiazdorskiej obsady "13" nie zachowuje napięcia i przytłaczającego nastroju "13 Tzameti". Za jedną z przyczyn tego faktu należy uznać rezygnację autora z surowej, czarno-białej stylistyki na rzecz taśmy barwnej.

Wyjątkowym kuriozum w szeregu autoremake'ów jest jednak dokonanie Michaela Hanekego i jego amerykańska wersja słynnego "Funny Games". Austriacki reżyser postanowił przeprowadzić eksperyment i nakręcił dzieło, które jest niemal dokładną kopią pierwowzoru w formie i treści. Zmiany w stosunku do oryginału dotyczą tylko, albo aż, obsady, kraju, w którym rozgrywa się akcja, i języka, jakim porozumiewają się bohaterowie. Celem tego zabiegu miało być sprowokowanie widza do wytężonej refleksji nad tożsamością kulturową jednostki. Dla kogoś, kto obejrzał wcześniej "Funny Games", koncept autoremake’u Hanekego musi się jednak wydawać jałową artystowską ekstrawagancją.

 
"Funny Games" (1997) / "Funny Games" (2007)

Opisane amerykańskie wersje europejskich produkcji nie przyniosły ich reżyserom uznania krytyków ani publiczności. Dochodowe okazały się natomiast niektóre autoremaki filmowców z Azji, którzy zrealizowali hollywoodzkie wersje swoich egzotycznych hitów. Przykładem mogą być: "Ostatnie zlecenie" (reż. Oxide Pang Chun, Danny Pang), serie horrorów "The Grudge – Klątwa" (reż. Takashi Shimizu) czy druga część "The Ring" (w reż. Hideo Nakaty), choć fabularnie nie jest ona bliska żadnemu z japońskich sequeli cyklu.

Jak uświadamiają przedstawione przykłady, remake własnego filmu bywa dla filmowca wymagającym sprawdzianem kreatywności. Paradoksalnie, reżyser pierwowzoru nie zawsze jest gwarantem jakości i sukcesu nowej wersji. Możemy się domyślać, że fiasko autoremake'u stanowi dla twórcy bolesne doświadczenie. Czy przewyższa ją satysfakcja autora z realizacji udanego dzieła na podstawie swojego wcześniejszego filmu?
Udostępnij: