Artykuł

DEKADA XXI w.: Kino z Afryką w tle

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/DEKADA+XXI+w.%3A+Kino+z+Afryk%C4%85+w+tle-62102
Afryka dzika

W jednym z czasopism można było jakiś czas temu przeczytać pouczający artykuł pod wszystko mówiącym tytułem: "Jak pisać o Afryce"[1]. Każdy początkujący pisarz mógł się z tekstu dowiedzieć, jak skonstruować afrykańską opowieść tak, by czytelnicy z Europy i innych cywilizowanych rejonów globu mieli satysfakcję z lektury. Już w tytule warto umieścić na przykład słowa: "Afryka", "Zanzibar", "ciemność" lub "słońce", przyda się też słowo: "rebelianci"... Afryka jest generalnie jedna (to jest jednolita), rozległa, pustynna lub przeciwnie – zadziwia bogatą przyrodą, a "lud" kontynentu (bo nie "ludzie" przecież) jest egzotyczny i kolorowy. Ów lud może też być brudny i... martwy (martwe ciała – to ważne, by pamiętać o właściwej ilości trupów, nagich na przykład, to zwiększy wrażenia). Ważne też, by pokazać jakiegoś Masaja w stroju tradycyjnym (lub przedstawiciela innego plemienia), odsłonięte torsy, uciemiężenie przez Zachód, okrutnych miejscowych przywódców o, na przykład,  kanibalistycznych skłonnościach. Ale uwaga – biali cierpiący lub martwi ludzie – nie powinni pojawiać się wśród "pożytecznych" literackich motywów...
   
Pochodzący z Kenii autor tekstu nie szczędzi ironii, w przerysowany sposób obnaża przyzwyczajenia i stereotypy, kolonialne formuły dopasowujące Afrykę do wyobrażeń Zachodu. Obraz Afryki obecny dziś w mediach, prasie często niestety jeszcze ciąży w stronę komunikatów z krainy śmierci i ubóstwa, kontynentu ogarniętego nieustanną wojną, niecywilizowanego, pociągającego egzotyką i odpychającego chaosem. Kiedyś czytałam analizę tytułów prasowych[2] dostarczających informacji na temat afrykańskiego kontynentu i w jej kontekście przywołany poradnik dla pisarza nie wydaje się wiele przesadzony. Dominuje w tym obrazie chaos i brutalność, bieda i głód, rasowe i religijne spięcia, opresyjne rządy, które często, jak w przypadku w ogóle krajów rozwijających się, są ujmowane w kategorii przyczyn tłumaczących opisywane fakty. Komentarze prasowe przechylają szalę w kierunku trwale negatywnego (bo konkretyzującego, dodatkowo mocnymi i chwytliwymi sloganami, sytuację bez wyjścia) prasowego wizerunku krajów rozwijających się.

O Afryce rzadko pisze się o tak, po prostu, ale to chyba w ogóle właściwość współczesnych mediów – lepiej sprawdzają się doniesienia z frontu niż te, prezentujące zupełnie normalne życie.

Prawdziwe oblicze Afryki i maska Zachodu
   
A co z filmami? Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat powstało co najmniej kilka bardzo głośnych (z różnych względów) filmów dotyczących Afryki. Jakie jest to kino? Jaki wizerunek krajów afrykańskich jest proponowany? To ciągłe zmaganie z kolonialnym, stereotypowym przedstawieniem afrykańskich państw, mierzenie się i rozliczanie z imperialnym piętnem, projekcja lęków i obaw oraz wyraz fascynacji jednocześnie. Chciałabym przyjrzeć się kilku wybranym filmowym tytułom.

Na ostatnim festiwalu Planete Doc Review można było obejrzeć dokument "Krajobraz bez ludzi" opowiadający o parkach narodowych Afryki, które wedle twórców filmu są kontynuacją dawnej kolonialnej polityki – to enklawy powstałe drogą wysiedleń społeczności zamieszkującej ogromne obszary lądu, ingerencji i zachwiania lokalnym ekosystemem, tak by przystosować go do wyobrażeń o ochronie przyrody, nie zawsze właściwych. Parki stanowią źródło dochodu dla rozwijających się krajów afrykańskich, co zapewnia stabilność paktowi z europejskim i amerykańskim diabłem – turystyką na masową skalę, praktycznie już nie do zatrzymania.
   
Lobby myśliwskie ubija swoje interesy, a kilkoro "egzotycznych miejscowych" w specjalnie urządzonej wiosce sprzedaje ozdoby za parę moniaków, inni wykonują rytualne tańce... Skończyli? O, jaka szkoda… Ale następny taniec za godzinę, nie rozchodźcie się państwo... Autorzy filmu są bezlitośni, parki narodowe to pozostałość imperializmu białego człowieka i nadal służą jego przyjemnościom. W Afryce "kolonizator", przybysz, turysta regeneruje siły, odpoczywa w luksusowym hotelu i cieszy oczy cudownym krajobrazem, doświadcza pierwotnej krainy, jej malowniczej dzikości. "Krajobraz bez ludzi" przyjmuje perspektywę postkolonialnej krytyki, zwraca uwagę na konstruowany obraz społeczności, której należy pomagać, wręcz nadzorować ją jako niezdolną do samodzielnej egzystencji. Utworzenie i utrzymywanie rozległych parków narodowych, rozwój turystyki pogłębia zależność i kontynuowanie narzuconych wzorów. Kultura popularna kształtująca wyobrażenia i mity o dzikiej, nieposkromionej, zagubionej w czasie Afryce nie jest bez winy, lecz autorzy filmu przyznają, że także dzięki niej udaje się niekiedy zmieniać dziwaczne ludzkie upodobania (kampania reklamowa próbująca uczynić kość słoniową globalnie "niemodną").
   
Kino przedstawiające Afrykę w ostatnich latach jest podobnie ambiwalentne, z jednej strony próbuje zwrócić uwagę na kolonialne dziedzictwo i jego konsekwencje, poddać je wizualnym egzorcyzmom, wskazać winnych i odpowiedzialnych, zrekonstruować historię okrutnych i ponurych rządów oraz zaglądać do współczesnych afrykańskich miast. Z drugiej strony, nierzadko bezwiednie, kino to utwierdza wyobrażenia o Afryce okrutnej ("brutalnej i chaotycznej"), udręczonej przeróżnymi plagami, obcej, mówiącej językiem (i obyczajem), którego nikt już nie rozumie, bo ostatni tłumacz padł pod ciosem maczety w chaosie zamieszek albo jakiś nastolatek dźgnął go nożem, by ukraść kilka banknotów i zegarek. Kino z Afryką w tle to też (na szczęście!) próba wskazania, nawet na marginesie, na ogromne skomplikowanie kultur krajów kontynentu, niezwykły węzeł tożsamości, tradycji i tradycyjnych społecznych struktur oraz obyczajów, przeszczepionych Zachodnich wzorów, skutecznych mniej lub bardziej. To też próba zaznaczenia obojętności świata wielkiej polityki, obłudy (ale też i niedoświadczenia, krótkowzroczności) rządzących, różnych przyczyn słabości mechanizmów politycznych i ekonomicznych.   

Oskarżam!
   
Wśród filmów z ostatniego dziesięciolecia, szczególnie wiele jest okrucieństwa po obu stronach – okrucieństwo białych, w odwecie okrucieństwo czarnych, spirala bezsensownej śmierci, strasznej, brutalnej, przerażającej. "Miałam farmę w Afryce…"? Zdecydowanie nie, filmowe portrety Afryki nie są nostalgiczne, to raczej pozbawianie iluzji, mniej lub bardziej subtelnie. To również wołanie o poczucie odpowiedzialności i o sumienie całego świata, nie tylko w stosunku do Afryki. Jak w przypadku postkolonialnej krytyki, Afryka bywa tą symboliczną "gorszą", słabszą częścią globu, biedakiem i nieuleczalnie chorym, palącym wyrzutem sumienia, opowieścią o Raju utraconym i straconej miłości. Tak jest w filmie "Wierny ogrodnik" (2005) w reżyserii Fernando Meirellesa, na podstawie powieści Johna Le Carré. To film, który eksploatuje urodę afrykańskich krajobrazów, muzykę, świetne aktorstwo – i jeśli można umierać pięknie, to Afryka umiera u Meirellesa zjawiskowo. To Kenia slumsów i cierpienia. To kinematograficzny cud śmierci i jednocześnie oskarżenie, próba wskazania palcem. "Wierny ogrodnik" to też niezwykle emocjonalny film, porywający, melodramatyczny, wysmakowany wizualnie. Śledztwo w sprawie śmierci swojej żony, które przeprowadza bohater filmu urasta do rozmiarów tragedii, wielkiej i okrutnej, to odkrywanie tajemnicy, spisku i fundamentów cynizmu współczesnego świata.
  

Motyw oskarżenia, ujmując szeroko, Zachodniego świata o wyzysk krajów afrykańskich pojawia się praktycznie we wszystkich filmach, o których wspominam. Jeśli nie jest on wypowiedziany wprost i bardzo mocno, to pojawia się w tle, gdzieś w domyśle. Tak jest w przypadku filmu "Tsotsi" (2005) w reżyserii Gavina Hooda (film został nagrodzony Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego), którego akcja rozgrywa się współcześnie w slumsach niedaleko Johannesburga. Bohaterami filmu są młodociani przestępcy, których przywódca (tytułowy Tsotsi) podczas przypadkowego napadu porywa samochód z niemowlęciem w środku. Ten niespodziewany "bagaż" odmienia młodego człowieka. Ten dość nieprawdopodobny element pozwala ukazać zimnego gangstera od nieco innej strony, na co dzień ukrytej. To jakiś cień straconej szansy, możliwości, która umknęła bezpowrotnie. Co to mogłoby być? Szansa na edukację, na lepsze życie? Jednak w jakim celu reżyserowi potrzebna jest Afryka? Historia przecież właściwie mogłaby wydarzyć się na przedmieściach Warszawy czy Berlina... Jednak film "Tsotsi" jest dość wyjątkowy, wyprodukowany został w RPA, prezentuje na ekranie miejscowe języki (a nie głównie język angielski bądź niemiecki), to świat "po" czasach apartheidu, wciąż jednak podzielony między biednych a bogatych, gdzie kryterium bogactwa już niekoniecznie idzie w parze z jasnym kolorem skóry. Reżyser próbuje obserwować południowoafrykańską współczesność, od środka, udaje się to jednak bardzo różnie. Film jest mało wiarygodny psychologicznie, przez co odcienie tej historii nie prezentują się w całej krasie. Został właściwie tylko dość czytelny fabularny szkielet i… miejscowy, lokalny koloryt (jakby wbrew intencjom twórcy).

   
W czasy apartheidu natomiast przenosi widzów film "Goodbye Bafana" (2007) w reżyserii Bille'a Augusta, oparty na prawdziwych wydarzeniach. Fabuła nie jest skomplikowana, James Gregory (Joseph Fiennes), strażnik więzienny, zostaje przeniesiony do nowej pracy na Robben Island, gdzie wraz z innymi więźniami politycznymi przebywa Nelson Mandela (Dennis Haysbert). Gregory nie jest zwykłym strażnikiem, zna bowiem język miejscowych i ma do wypełnienia zadanie. Mianowicie, więźniowie mogą pisać oraz otrzymywać listy i człowiek z lingwistyczną smykałką, nasz strażnik (i służbista) zostaje mianowany kierownikiem biura cenzury. Jego prawdziwą misją staje się specjalny nadzór nad Mandelą. Jak łatwo się domyślić, Gregory przechodzi pod wpływem tej relacji głęboką przemianę. I koniec końców staje się jedynym człowiekiem pośród pozbawionych uczuć i elementarnej przyzwoitości administracji brytyjskiej na wyspie. Film jest hymnem na cześć bojowników o wolność Afryki, porozumienia, dialogu i, opierając się właściwie na dwóch aktorach w głównych rolach, wypada szalenie wiarygodnie i wzruszająco. Pytanie tylko, kto w istocie pisze historię świata – tacy jak Gregory, podobni nawróconym rasistom – czy też ci szlachetni, podobni Mandeli? Jeśli "Wierny ogrodnik" może być rodzajem oskarżenia, to "Goodbye Bafana" jest filmem trochę na pocieszenie. Tak, są jeszcze uczciwi i prawi ludzie, i jest potrzeba poszukiwania dialogu, współpracy i wzajemna ciekawość. Film niesie wiele otuchy, ale i nieco naiwności, wdzięcznie wykręcając się od odpowiedzi na moje pytanie.

Afrykańskie szaleństwo
   
"Ostatni król Szkocji" (2007) w reżyserii Kevina MacDonalda (i ze zdjęciami Anthony'ego Dod Mantle’a) skupia się na równie intensywnej relacji międzyludzkiej między Europejczykiem a Afrykaninem. James McAvoy gra chłopaka, który skończył medycynę i z chłodnej Szkocji trafia w gorący środek Afryki, do Ugandy, w momencie politycznego puczu. Przeżywa przygodę swego życia, doświadcza Afryki jako kontynentu nieprawdopodobnych kontrastów i dynamiki. Tutaj stare, plemienne zwyczaje połączone są z współczesną polityką, mamy miasta pełne samochodów i przepychu oraz wioski niczym z ilustrowanej bajki (coraz bardziej niepoprawnej językowo) o Murzynku Bambo. Ale, wracając do filmu, bystry szkocki lekarz zaprzyjaźnia się z nieokrzesanym, obdarzonym charyzmą nowym prezydentem Ugandy, Idi Aminem, (porażająca kreacja Foresta Whitakera), który fascynuje się Szkocją (w jednej ze scen, czarnoskóre kobiety w tradycyjnych strojach śpiewają pieśń o Loch Lommond, no ale na dworze dyktatora wszystko jest możliwe). Nadworny lekarz Amina ma wszystko i jest zafascynowany "swoim władcą", ale do czasu, gdy...
   
Uganda to pułapka, w której rządzi przemoc, wojsko i władcy-szaleńcy, a ofiary reżimu liczy się w setkach tysięcy. Twórcy filmu dają nam przejmującą lekcję i jednocześnie dwuznaczne rady. Cóż mówi reżyser? Wyzwalanie się z kolonializmu oznacza chaos i reżim, to szalenie trudna droga do samodzielności. W ogóle wydaje się, że historie afrykańskich państwowości to historie kolejnych reżimów, przewrotów, niepokoju politycznego, przemocy. Z tego straszliwego i okrutnego świata można tylko uciec, to nie jest już świat dla białych ludzi…
   
Równie wstrząsającym filmem o "afrykańskim szaleństwie", jest  "Hotel Ruanda" (2004) w reżyserii Terry’ego George’a. Mamy rok 1994, Kigali. Paul Rusesabagina jest kierownikiem hotelu, który w momencie starcia plemion Hutu i Tutsi (nienawiść pochłonęła milion ofiar!) stanie się wyspą w morzu śmierci i chaosu. Film rozprawia się z opinią publiczną tzw. krajów cywilizowanych, zainteresowanymi tylko komunikatami i cynicznymi dziennikarzami ("Ludzie zobaczą, powiedzą: To okropne. I wrócą do kolacji"), bezsilnością ONZ, kolonialnym piętnem (podział na dwie kasty wprowadzony został przez Belgów) i z zaufaniem człowieka, który zawierzył Zachodniej kulturze.
   
"Ile musi nastąpić aktów ludobójstwa, by uznać to za akt ludobójstwa?" – pyta bezsilnie kierownik hotelu. Rwanda nic nie znaczy, ani dla Francuzów, ani dla Brytyjczyków, ani dla Amerykanów, podsumowuje. "Hotel Ruanda" jest filmem, który śni się po nocach, to próba opisu horroru trudnego do wyobrażenia, żniwo bezduszności świata Zachodniego. Widzowie uogólniają dalej na własny rachunek – życie ludzkie dzisiaj jest nic nie warte. "Hotel Ruanda" oprócz bycia próbą zmierzenia się z upamiętnieniem straszliwej masakry, jest też projekcją jednego z współczesnych lęków, obaw przed przemocą i okrucieństwem niemal bez precedensu, przed eksterminacją transmitowaną "na żywo" i – przed bezsilnością (prawną, polityczną w skali globalnej). Afryka, Bałkany, terroryzm – filmy o ludobójstwie ostrzegają.
  

Sytuację w Kigali z roku 1994 opisuje również film "Shooting Dogs" ("Strzelając do psów") z roku 2006, w reżyserii Michaela Catona-Jonesa. Co ważne, film powstał przy współudziale ocalałych z ludobójstwa. Joe Connor (Hugh Dancy) to Brytyjczyk, pracujący jako nauczyciel w szkole w Kigali, prowadzi swoje zajęcia jak co dzień. Czas płynie leniwie, przed budynkiem obozem rozłożyli się żołnierze ONZ. Niegroźne z początku niesnaski między Hutu a dopuszczonymi do głosu i do władzy Tutsi nikogo specjalnie nie niepokoją. W ciągu jednej nocy wszystko się jednak zmienia. Szkoła z racji stacjonujących żołnierzy wydaje się bezpieczniejsza i przez to prędko  staje się wielkim obozem dla tysięcy uchodźców... Dlaczego tytuł "Strzelając do psów"? Żołnierze strzelają do psów, ponieważ zwierzęta zaczynają jeść ciała zamordowanych leżących przed bramą szkoły. Co dziwne, przepisy zabraniają strzelać do bojówek złożonych z setek ludzi uzbrojonych w maczety, siekiery i co tam jeszcze, owładniętych żądzą zabijania... Morderstwa dokonywane pod okiem wojsk pokojowych są nie do pojęcia.  "Jesteśmy po to, by obserwować pokój między Hutu a Tutsi (...) Obserwować, a nie wymuszać" – mówi dowódca wojsk. Młody nauczyciel ucieka, ewakuuje się z jednym z transportów. Jest tchórzem, przyznaje się do tego, symbolizuje ironicznie dawne imperium, lecz także odpowiedzialność i sumienie każdego z widzów, polityków, decydentów. Gorzkie to filmowe podsumowania...

  

Trudne rozmowy

Fascynacja obcością, odmiennością, doświadczanie innego świata to również ważny element pojawiający się w filmach o Afryce ostatnich lat. Jednym z nich jest (znów Oscarowy, co ciekawe) film Caroline Link "Nigdzie w Afryce" (2001). Tytuł filmu niewątpliwie "spodobałby się" cytowanemu kenijskiemu autorowi, być może spodobałoby się mu również to niezwykłe spotkanie, zderzenie kultur przedstawione w filmie. Oto bowiem, afrykańskie "nigdzie" jest szalupą ratunkową dla żydowskiej rodziny, która ucieka z Niemiec końca lat 30. "Obcość" spotyka "obcość" i co z tego wynika? Myślę, że można zaryzykować twierdzenie, że dobrze się ze sobą dogadują. Dziecko, dziewczynka o imieniu Regina, i miejscowy kucharz Owuor nawiązują zupełnie niezwykłą relację. Afrykańskie krajobrazy pełnią też rolę obrazu dzieciństwa jakby z baśni, są niczym na wpół realna kraina, fascynująca, inna i w swej inności... właściwie bezpieczna.
   
Podobną, współczesną próbę dialogu, ba! życia wśród plemienia Masajów podejmuje pewna turystka ze Szwajcarii, która zakochana do szaleństwa (naprawdę, tak irracjonalnie i zaskakująco, że – w dodatku za sprawą odtwórczyni głównej roli – ciężko w to uwierzyć) w afrykańskim pasterzu porzuca dotychczasowe, wygodne życie. Film "Biała Masajka" oparty na bestsellerowym "czytadle", przekonuje znów, że biali (a tym bardziej białe, dorosłe kobiety) nie mają czego szukać na Czarnym Lądzie. Filmowy portret Afryki oparty jest – jak i uczucie dwojga bohaterów – na kontrastach. Spalone słońcem przestrzenie i pełne chaosu, zatłoczone miasta, kolory, inność, zachwyt i rozczarowanie... "Kobiety się tu nie liczą. Nawet kozy są ważniejsze" – mówi pewna Europejka, którą główna bohaterka spotyka podczas podróży po Kenii. Świadomość trudności związku Europejki z Afrykańczykiem towarzyszy widzowi od pierwszego ujęcia, zatem bez zdziwienia obserwujemy przeróżne perypetie, dość naiwnej bohaterki. Egzotyka, uproszczona psychologia, sensacyjność fabuły – niczym safari połączone z kupnem afrykańskich souvenirów – "Biała Masajka" nie oferuje wiele więcej, nie wykracza poza próbę opowiedzenia historii pewnej znajomości...  A o tym, że możliwość porozumienia, wzajemnego zrozumienia między światem białych a światem rdzennych mieszkańców kontynentu afrykańskiego tak naprawdę nie istnieje, pouczają widzów też bohaterowie "Hańby" według prozy Coetzee'ego.
   
Filmy z Afryką w tle powstałe w ostatnich latach (oczywiście, nie wymieniłam wszystkich) mierzą się z bardzo poważnymi problemami, nie tylko związanymi de facto z sytuacją na kontynencie. Obserwują konsekwencje dziedzictwa kolonii, współczesne problemy społeczne państw Afryki, opowiadają o trudnościach rozwijających się państwowości, próbach nieustannego wykorzystania i eksploatacji. Opowiadają o absolutnym szaleństwie ludobójstwa... Przypominają, ostrzegają, stawiają smutne diagnozy o globalizującym się świecie pełnym chciwości, wciąż istniejących podziałach, braku rozwiązań dla problemów Afryki, a przede wszystkim – o braku zainteresowania i zrozumienia. Mundial w RPA ruszył... Patrząc na afrykańskie boiska warto też spojrzeć w stronę kina z Afryką w tle.

***


PRZYPISY:
1. Binyavanga Wainaina, Jak pisać o Afryce, tłum. z ang. Anna Mirosławska-Olszewska, "Autoportret" 4/2009.
2. Martin Scott, Marginalized, negative or trivial? Coverage of Africa in the UK Press, [Marginalizacja, negatywne postrzegania, trywializacja. Afryka w prasie brytyjskiej], w: "Media culture & society", tom 31, number 4.07.2009.
Udostępnij: