Wywiad

Filmweb rozmawia z gwiazdami "Świata w płomieniach"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Filmweb+rozmawia+z+gwiazdami+%22%C5%9Awiata+w+p%C5%82omieniach%22-96947
O kinie akcji po 11. września, miłości do "Szklanej pułapki" i "Czerwonego świtu" oraz inspiracji Barackiem Obamą opowiedzieli Michałowi Walkiewiczowi reżyser oraz gwiazdy wchodzącego właśnie na nasze ekrany "Świata w płomieniach": Roland Emmerich, Channing Tatum i Jamie Foxx.


Przyznam, że jestem zaskoczony. W "2012" w gruzy walił się cały świat. W nowym filmie płonie tylko Biały Dom. Nawiasem mówiąc, po raz trzeci w Twojej reżyserskiej karierze.


Ronald Emmerich: Jak każdy reżyser, mam swój styl, swój gust i swoje nawyki. Ale istotnie, skala jest mniejsza - jeden budynek to niewielka przestrzeń jak na moje standardy (śmiech).

Na czym więc chciałeś się skupić w warstwie wizualnej? To ona stanowi zazwyczaj "wizytówkę" Twoich filmów.

RE: Współczesne kino akcji jest dość chropowate, brudne, mocno stylizowane. Ja chciałem czegoś ładniejszego. Czegoś uładzonego i czystego, tak, żeby było wyraźnym kontrapunktem dla dynamicznej akcji. Zależało mi na klarownym poprowadzeniu fabuły: najpierw spokojna podróż korytarzami Białego Domu, niezbędna ekspozycja, czas na poznanie bohaterów, a potem już nieustająca akcja. Pracowałem z operatorką Anną Foerster, pomagała mi także przy "Anonimusie". Ustaliliśmy, że zależy nam na gładkiej fakturze tego obrazu. To podejście było jej bliskie.

Kiedy zaczynałeś pracę na planie, wiedziałeś, że Antoine Fuqua kręci "Olimp w ogniu"?

RE: Kiedy wchodziłem na plan,  już wiedziałem. Wcześniej nie miałem pojęcia, uświadomiono mnie dopiero podczas podpisywania umowy. Potem postanowiłem ze sobą skończyć (śmiech).

A mówiąc serio, te filmy znacznie się od siebie różnią. Nasz plasuje się w nieco innych rejestrach - jest lżejszy, jest w nim więcej zabawy, rozrywki, humoru. To PG-13. Wyszliśmy z założenia, że kino akcji i komedia kumpelska sprawdzą się znakomicie. W przypadkach obydwu filmów mamy jednak taki sam fabularny trzon: napaść na biały dom i zagrożenie, które przychodzi od wewnątrz.

Po 11. września zmieniła się społeczna recepcja takich filmów. Czy Wasza także?

Channing Tatum: Dla mnie kino zawsze było kinem. Opowiadało o rzeczach, które dzieją się na świecie i o sposobie, w jaki się dzieją. Dobre rzeczy, złe rzeczy, sytuacje trudne do zrozumienia i do wartościowania. To nie jest tak, że nie chcę przykładać do nich wagi. Wydaje mi się jednak, że aspekt rozrywkowy jest bardzo ważny. I to jest kino rozrywkowe, mimo pewnej dozy realizmu oderwane od tego, co bieżące, od tego, co dzieje się teraz na świecie

Jamie Foxx: Zgodziłbym się, że to przede wszystkim zabawa. I myślę, że to jest coś, co odróżnia nasz film od obrazu Antoine'a. Oczywiście, znajdą się w naszym filmie sceny, stanowiące jakieś zwierciadło tego, co dzieje się teraz w amerykańskim społeczeństwie. Ale pracując z Rolandem uczysz się, że w pewnym momencie trzeba rozdzielić te płaszczyzny, zaakcentować pewną umowność, podkreślić, że chodzi o dobrą zabawę. To ona jest dla nas najważniejsza, tylko takie podejście nas interesowało.

CT: Kiedy byłem mały, szedłem do kina, aby zobaczyć sytuację niemożliwą. Taką, w której bohater występuje przeciw całemu światu i cały czas ma pod górkę. Ludzie chcą obserwować pokonywanie przeszkód, chcą widzieć, jak bohater zmaga się z materią. Kino daje możliwość ciągłego opowiadania takich historii. Zapewniam, że nie chciałbyś obserwować ich w prawdziwym życiu albo być ich bohaterem.

RE: Każdy dobry film ma jakieś przesłanie. Nie bierzemy siebie zbyt poważnie, ale przecież coś ludziom chcemy dać, przekazać. Z czegoś muszą się śmiać, nad czymś płakać, a czasem - z czegoś wyciągnąć wnioski i zdobyć jakąś wiedzę. To kwestia proporcji, wyważenia. Jeśli odpowiednio nie wymieszasz składników, ludzie odniosą wrażenie, że ich pouczasz. Nie chcieliśmy, aby odnieśli takie wrażenie (śmiech).

To pewnie jest też odpowiedź na pytanie o Boston?

RE: Takie rzeczy się dzieją. Tak po prostu jest. Po 11. września prowadzono podobne rozmowy w Hollywood. Ludzie pytali: czy możemy dalej wysadzać rzeczy w powietrze na ekranie? Odpowiadałem: przez jakiś czas lepiej nie wysadzać, z szacunku dla ofiar. Ale przecież te eksplozje, strzelaniny, to jest niezbywalna część kina akcji, powietrze w tym gatunku. Myślę, że publiczność jest tego świadoma.

JF: Nie lubię mówić o polityce, jednak kino akcji zawsze jest jakimś odbiciem świata, aktualnej sytuacji politycznej czy społecznej. I w tym świecie istnieją noże, maczety i pistolety, a ludzie ich używają. Jeśli chodzi o mój prywatny stosunek do broni w Ameryce to...cóż, poczekam, aż emocje nieco osłabną, nie chciałbym zabierać głosu w trakcie takiej gorączki.

Reagan byłby dumny z "Świata w płomieniach". Film w dość otwarty sposób nawiązuje do tamtego kina.

RE: Myślę, że to, co go odróżnia, to obraz wroga. Amerykanie stają naprzeciw Amerykanów. Żyjemy w podzielonym kraju i ten podział mógłby teoretycznie doprowadzić do wydarzeń, które pokazujemy na ekranie.

CT: Jednym z moich ulubionych filmów lat 80. był "Czerwony świt". Opowiadał o inwazji Rosjan na Amerykę. Wychowałem się na podobnym kinie, ale nie dziwi mnie, gdy widzę na ekranie, że Amerykanie mają problemy z innymi Amerykanami. Jak powiedział Roland, jesteśmy podzielonym krajem, narażonym na ataki. Teoretycznie jest możliwe, że zabierze się za nas choćby Korea Północna (jak w remake'u "Czerwonego świtu" - przyp. red).


"Czerwony świt" AD 1984 i 2012

Film w znacznej mierze opiera się na kumpelskiej "chemii" między Wami. Jak odnaleźliście się w podobnej konwencji?


JF: Pod pewnymi względami jest to buddy movie, lecz nie w klasycznym wydaniu. Ekranowy związek między Channingiem i mną ma naleciałości starych filmów o niedobranych duetach, ale to trochę inny wariant takiej opowieści. Na ekranie mamy dwóch facetów - niezwykłych i zwyczajnych zarazem - którzy muszą uporać się z ekstremalną sytuacją. Myślę, że to właśnie taki film: bierzesz rodzinę, popcorn, wznosisz się ponad rzeczywistość i obserwujesz sytuację, w której sam nigdy nie chciałbyś się znaleźć.

CT: Tak, zdecydowanie jest między nami "chemia", stary. Wychodzi to na imprezach. Na przykład na wczorajszej, gdy woziliśmy się Hummerem w rytm "Suit and Tie". Potem było balowanie do białego rana - myślę, że część tej dobrej energii udało się przemycić na ekranie. Z Rolandem jesteśmy jak Trzech Muszkieterów (śmiech).

Tak, wydajecie się bardzo zżyci.

Roland to facet, którego interesuje kino na olbrzymią skalę i artysta, który nie traci z pola widzenia bohaterów. To bardzo ważne. Oglądałem większość jego filmów i czułem się na planie świetnie. To kwestia perspektywy. Roland potrafi połączyć różne podejścia i stworzyć coś wartościowego.

JF: Jest stale podniecony, że kręci film. Ale jednocześnie wie, dlaczego to robi i po co trzyma kamerę.

Jamie, Channing, macie ostatnio co celebrować i po czym odpoczywać.

CT: Uwielbiam kręcić filmy, bo to gra o najwyższą stawkę. Ciężka, wielogodzinna i frustrująca praca. Ale również - o czym dużo ludzi zapomina - olbrzymi przywilej. Praca związana z ciągłą niepewnością - publiczność "kupi" ten film czy nie, obronimy się artystycznie czy poniesiemy porażkę - tego nie wiadomo do samego końca.


Udaje ci się utrzymać formę?


CT: Przydałyby się jakieś wakacje. Serio. Ale myślę, że jestem uzależniony od pracy, uwielbiam ją. Trenuję ciężko, kiedy sytuacja tego wymaga. Z drugiej strony, na wakacjach też się nie oszczędzam, zwłaszcza gdy idzie o imprezy (śmiech)

JF: Potwierdzam. Channing jest wschodzącą gwiazdą, ale pozostał wyluzowany, swobodny. Nie zakładach przyciemnianych szkiełek i nie udaje ważniaka.

Przeplatasz wysokobudżetowe kino rozrywkowe z ambitniejszymi projektami.

CT: Nie ma tu jakiejś kalkulacji, przemyślanej strategii. Liczą się ciekawe role i potrzeba różnorodności, zmiany. Chcę po prostu robić inne rzeczy niż zazwyczaj, chcę być sprawdzany na różne sposoby. Nie chcę występować w komedii romantycznej, potem w kolejnej, a potem iść na plan melodramatu. Czasem to jest kwestia emocji, pierwszego wrażenia, ale jeśli scenariusz mnie zafascynuje, wchodzę w to bez zbędnych pytań. W filmie Rolanda spodobał mi się pomysł na bohatera, który chce tylko chronić swoją córkę, a po chwili jest już odpowiedzialny za głowę państwa. To była dla mnie emocjonalnie pociągająca sytuacja. Czasem jest to aż tak proste: znaleźć w filmie coś, w co się wierzy, sytuację, w której damy radę się przejrzeć.

Jamie, twój awans jest jeszcze ciekawszy: od niewolnika u Tarantino, do prezydenta USA u Emmericha.

JF: Brzmi to banalnie, ale właśnie takie "awanse" sprawiają, że aktorstwo to najlepsza fucha na świecie. Teraz mogę zagrać już każdego. A tak na marginesie, ten "awans" mówi także o ewolucji wolności w Ameryce. Byliśmy niewolnikami, a teraz mamy Obamę jako swojego kapitana na największym ze statków.
 
A propos Obamy...

JF: Ha! (śmiech). Nie, nie próbowałem naśladować Obamy. Ale oczywiście pewnych faktów nie sposób uniknąć, to w końcu pierwszy czarnoskóry prezydent USA. Rozmawialiśmy o tym na planie, chcieliśmy zaakcentować pewne podobieństwa, ale jednocześnie nie kalkować Obamy. Zależało nam na pokazaniu ludzkiej strony prezydenta.

Pozostając przy inspiracjach - podkoszulek Channinga wydaje się zdjęty z Johna McClane'a.

CT: Tak, byliśmy tego świadomi (śmiech).

RE: Jesteśmy wielkimi fanami Johna McClane'a i "Szklanej pułapki".

JF: Ogromnymi.

CT: Poza tym głupio byłoby wojować z terrorystami w garniturze.
Udostępnij: