Artykuł

Goło i (nie)wesoło

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Go%C5%82o+i+%28nie%29weso%C5%82o-87011
Podczas gdy filmowi chippendalesi (jak szalejący właśnie po ekranach "Magic Mike") szturmem zdobywają salony, striptizerki wciąż przemykają kanałami do swej podłej pracy za marne pieniądze, które z frazą Rudnickiego na ustach (Tańcz, kurwo, bo rura rdzewieje!) i tak zabierze im przerośnięty gach. Ich upokorzenie musi być dopełnione, podobnie jak dopełniony musi być sukces striptizera.

Owszem, kino zdjęło kobiecie kaganiec, ale wciąż trzyma ją na smyczy. I to bardzo krótkiej. Pozwala jej być samotną, nie pozwala jednak być samotną samicą alfa. Kobieta samotna musi szukać męża. I bardzo dobrze, bo bez męża musiałaby w pojedynkę wytańczyć marzenia. A jak taniec solowy, to tylko na rurze. I nie jakiś tam pole dance, który pretenduje do miana dyscypliny olimpijskiej, ale regularny striptiz z wymiętym banknotem zatkniętym za majtki.

Szczególnie zagrożone są oczywiście młode, naiwne oraz starsze, przyparte do muru. Te pierwsze łudzą się, że to tylko szczebel do prawdziwej kariery. Te drugie nie mają złudzeń, ale nie mają też wyjścia, bo dziecko płacze, rachunki rosną, a punktów w CV nie przybywa.

Utalentowane dziewczę przyjeżdża do wielkiego miasta, które, zamiast powitać ją z otwartymi ramionami, rzuca kłody pod nogi, zabiera cały dobytek i zmusza do działań ekstremalnych. Tak wygląda klasyczny scenariusz, który z dużym rozmachem i marnym efektem, zrealizował Paul Verhoeven w "Showgirls"


Nomi (Elizabeth Berkley) trafiła do jaskini lwa, lecz czekający na nią drapieżnik, czyli starsza koleżanka po fachu Cristal, zamiast połknąć ją w całości, pokazuje jej trochę wielkiego świata. Owszem, Nomi musi się kilka razy rozebrać, uśmiechnąć do mniej lub bardziej obleśnego typa spod ciemnej gwiazdy, ale nie jest z tego powodu szczególnie nieszczęśliwa. Mało tego, Nomi podoba się ten styl życia. Wszystko, co dobre, szybko się jednak kończy, więc i ta bańka mydlana pryska. Nomi dowiaduje się o tym, o czym my od początku wiemy: choć na pozór życie striptizerki (później zaś - tancerki rewii erotycznej) jest lekkie, łatwe i przyjemne, tak naprawdę dziewczyna jest wykorzystywana i poniżana. Zaś to, co na początku było moralnie dwuznaczne, okazuje po prostu złe.

W kinie bez problemu identyfikujemy ten styl i wszystkie kojarzące się z nim "sensy". Nieważne, czy będzie to rewia w Las Vegas, czy nocny klub w Tokio. Duszna, przesiąknięta erotyzmem atmosfera nie wróży nic dobrego i albo zwiastuje upadek, albo jest tego upadku bezpośrednim następstwem. Symbolem przegranych marzeń, nigdy szansą na lepszy start.

Striptiz nie jest zwyczajną rozrywką. To perwersja i to tych najniższych lotów, bo dostępna dla każdego. Mężczyźni gromadzą się w najciemniejszych kątach i beznamiętnie wpatrują w kołyszące przed nimi pośladki. Mniej lub bardziej rozchwiani emocjonalnie, nie szukają zwyczajnej rozrywki. Szukają nagłej odmiany losu. Biznesmeni, kongresmeni, zapaśnicy, łowcy nagród. Dopijają kolejne piwo i wzdychają. Coś wisi w powietrzu i zazwyczaj są to silikonowe piersi.

"Striptiz" to kolejny klasyk, o którym każdy chciałby zapomnieć, ale nie pozwala mu na to telewizja publiczna. Erin z niejednego pieca chleb jadła i nie ma złudzeń, że jej taniec na rurze to tylko taniec na rurze, nic więcej. Nie oszałamiają jej entuzjastyczne reakcje męskiej widowni oraz przejawy powszechnego uwielbienia. Nas dziwi, że była agentka FBI nie może sobie pozwolić na inną, mniej "fizyczną" pracę, ale ona jest pogodzona z tym stanem rzeczy. Wybrała los kobiety samotnej, a kobieta samotna nie może wybrzydzać. Kobieta samotna zaciska zęby, wychodzi na scenę i tańczy, jakby od tego zależał los jej małej córeczki. Przez chwilę ta rzeczywistość staje się jej "normalnością" i "powszedniością", ale przecież nią nie jest. To stan wyjątkowy, stan ciągłej gotowości, może nawet stan wojenny. Owszem, Erin może liczyć na wsparcie koleżanek z klubu, bo one także są ofiarami wszechpotężnej machiny, która zasysa wszystkich, którzy nie potrafią utrzymać się na powierzchni. A nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg.

Na srebrnym ekranie żadna "normalna" kobieta nie czerpie z występu przyjemności. Więc która czerpie? Ta poważnie skrzywiona. Ta wręcz nieludzka. Przede wszystkim doskonała Salma Hayek, która, niczym klub, w którym występuje, Titty Twister, jest emanacją zła. To wampirzyca, która kusi i hipnotyzuje, tylko po to, by skonsumować. 

Linda z "Wkraczając w pustkę" żyje w świecie równie niespokojnym co podglądająca go kamera - to apokaliptyczna metropolia, a Linda jest tylko kolejnym atomem zmierzającym w stronę nicości. Czy to na skutek urazu z dzieciństwa, czy też z powodu ilości zażytych narkotyków, traktuje swoją sytuację jak normę. I w ogóle nie ma ochoty się z niej wyrwać.


I jeszcze Lucia z "Nocnego portiera", była więźniarka obozu koncentracyjnego, która pamiętnego 1942 roku spacerowała pośród sadystów i fetyszystów, jej oprawców de facto, w bardzo niezobowiązującym stroju, inkrustowanym nazistowskimi symbolami władzy. Obóz, gwałt, a może publiczny prysznic… Coś skrzywiło jej psychikę na tyle, że doskonale odnalazła się w tej perwersyjnej sytuacji, pośród zbrodniarzy największego kalibru.

Zasadniczo, tam, gdzie pojawia się kobiecy striptiz, pojawia się także erotyzm, a ten w kinie zawsze oznacza niebezpieczeństwo. Pokazuje ono kawałek kobiecego ciała i składa nam niemoralną propozycję. Ku przestrodze - żebyśmy nie mieli wątpliwości, jak postępować nie należy. Żebyśmy nie mieli wątpliwości, że nie wszystko złoto, co się świeci. Niczym pewien rosyjski naukowiec swojego psa. Nic więc dziwnego, że postanowiło wyćwiczyć w nas kolejną reakcję fizjologiczną. O ile striptizerki to ofiary, które ledwo wiążą koniec z końcem, a "zaszczycane" ich występami kluby to miejsca z diabelsko-gangsterskiego pogranicza, to ich męskie odpowiedniki, chippendalesi, stają się symbolem sukcesu. I to nie tylko finansowego.

Prawdziwym pionierem w tej dziedzinie był Peter Cattaneo ("Goło i wesoło"). Zaczął z wysokiego C, bo zamiast wymuskanych metroseksualistów, zatrudnił mocno zaniedbanych Anglików. Chłopcy z Sheffield w niczym już chłopców nie przypominają. To raczej poważni ojcowie i mężowie, którzy postanawiają rozebrać się w walce o lepsze życie dla swojej rodziny (model àla Demi Moore). Ale, choć jest to przykra konieczność, wynikająca z masowych zwolnień i ogólnego niedostatku, panowie czerpią z całego procederu nie lada przyjemność. Na nowo odkrywają swą męskość, wiarę w siebie i w swoje możliwości. A za bardzo wycięte majtki stają się symbolem ich wyzwolenia, nie zaś zniewolenia. I wcale nie są faszystowskimi wampirami, którzy przybyli z ciemnej strony księżyca. W tej historii nie ma miejsca na żadne perwersje. Ich taniec pozbawiony jest jakiejkolwiek "fatalności". To czysta zabawa, która pochłania ich oraz zgromadzoną na ich występach publiczność: matki, żony i kochanki.

Całość układa się w uroczą laurkę, która ukazuje, że jednak może być łatwo, lekko i przyjemnie. Od początku do końca. Z dobrze oświetlonym i całkiem przyjemnym barem zamiast diabolicznej knajpy z parszywym barmanem. Z publicznością, która nie kwalifikuje się do poważniejszego leczenia psychiatrycznego. I tylko z jednym warunkiem - że na scenie zobaczymy "pierwszą płeć".

I nawet jeśli będą to wydepilowani chłopcy, których mięśnie trójgłowe przypominają rozmiarami  sporą kobiecą pierś, to i tak nikt nie poczuje się nieswojo. Magic Mike tańczy, rozbiera się i raczej nie ma z tego powodu problemów ze snem. Ma piękne ciało, którym zarabia na dom i chyba mu z tym dobrze. Co wieczór występuje na scenie lub w zaciszu jakiegoś mieszkania i, o dziwo, nie chodzi w tym wszystkim o nic więcej niż kobiety, pieniądze i dobrą zabawę. Mike wcale nie czuje, jakby zaprzedawał duszę diabłu, bo i wprowadzający chłopców w arkana striptizerskiej sztuki Matthew McConaughey w niczym rzeczonego pomiotu nie przypomina. Nie jest to szemrana postać z niewyraźną przeszłością i bardzo dwuznacznym uśmiechem, prowadząca podejrzane interesy z jeszcze bardziej podejrzanymi typami spod ciemnej gwiazdy. Grany przez niego Dallas nie jest drapieżnikiem, czekającym tylko na potknięcie zwierzyny (który to schemat obowiązuje w scenariuszu àla Elizabeth Berkley). W tej historii nie ma złych i dobrych. Jest tylko taniec, muzyka i solidna dawka pozytywnej energii. Na scenie i na widowni.


Kino, jak to kino: wymyśla jakiś schemat i konwencję, eksploatuje do oporu i… Nie, niestety nie porzuca swoich pociech na osiedlowym śmietniku.  A niektóre już dawno powinny zostać odstawione od piersi. Striptizerki wciąż będą przemykać kanałami do swej podłej pracy, które i tak zabierze im przerośnięty gach. Ich upokorzenie musi być dopełnione. Podobnie jak dopełniony musi być sukces striptizera.