Relacja

17. MDAG: Recenzujemy "Tony'ego Halika" i "Kołysankę Maxa Richtera"

https://www.filmweb.pl/article/MDAG+2020%3A+Recenzujemy+%22Tony%27ego+Halika%22+i+%22Ko%C5%82ysank%C4%99+Maxa+Richtera%22-139378
17. MDAG: Recenzujemy "Tony'ego Halika" i "Kołysankę Maxa Richtera"
Wprawdzie 17. edycja festiwalu Millenium Docs Against Gravity dobiegła już końca, ale jeśli nie zdążyliście obejrzeć wszystkich interesujących Was tytułów, macie jeszcze szansę to nadrobić. Już dziś startuje odsłona online imprezy, która potrwa do 4 października. Na widzów czeka ponad 100 filmów dokumentalnych z całego świata, w tym siedem z audiodeskrypcją i napisami dla niesłyszących, trzy pokazywane wyłącznie w części online festiwalu oraz największe hity poprzednich edycji festiwalu.

Dziś prezentujemy recenzje dwóch kolejnych filmów, które polecamy Waszej uwadze. Są to "Tony Halik", czyli portret słynnego globtrotera w reżyserii Marcina Borchardta, oraz "Kołysanka Maxa Richtera" Natalie Johns. Swoimi wrażeniami po ich obejrzeniu dzieli się Gabriel Krawczyk.

Recenzje przeczytacie poniżej. 

***

Tony Tony'emu nierówny
recenzja filmu "Tony Halik", reż. Marcin Borchardt

Ponad 200 surowych taśm w Filmotece Narodowej, nieskatalogowane fotografie w warszawskim Muzeum Etnograficznym, do tego materiały Telewizji Polskiej, toruńskiego Muzeum Podróżników, IPN-u, argentyńskiej kroniki filmowej, Polskiego Radia i telewizji NBC, której był korespondentem. Pomocną dłoń wyciągnął do reżysera także autor Halikowej biografii sprzed kilku lat, Mirosław Wlekły. To właśnie on stał się inspiratorem Borchardta, zapewniając mu merytoryczny fundament pod dalszą dokumentalistyczną dłubaninę. Dodajmy do tego długie rozmowy z Elżbietą Dzikowską, zawodową i życiową partnerką bohatera, i z synem Halika czy zachowane wypowiedzi jego znajomych i współpracowników (m.in. Ryszarda Kapuścińskiego). Do czego porównać tę górę materiału? Do Biblioteki Aleksandryjskiej? Do kreteńskiego labiryntu? Powiedzcie mi sami!

Jeśli nonszalancki podróżnik był Indianą Jonesem znad Wisły, Borchardt jest polskim Asifem Kapadią. Obaj panowie lubią zasiedzieć się w archiwach, a relaks znajdują przy zawalonym dokumentacją stole montażowym. Zagwozdką musiała okazać się konieczność wyboru. Selekcja była tym trudniejsza, że sprzeczności wokół tytułowej postaci w trakcie prac wyrastały jak grzyby po deszczu. Kim był Halik? Uroczym gawędziarzem czy dwulicowym kłamcą? Fantastą aranżującym przed kamerą zmyślone przygody czy zdolnym reportażystą? Odważnym dziennikarzem czy spragnionym sensacji szaleńcem?

Jako że śledzimy aż pół wieku Halikowej epopei, biograficzne niejednoznaczności narastają wraz z kolejnymi zawirowaniami historii: konfliktami zbrojnymi, zimną wojną, PRL-em. Czuł się Polakiem, gdy żył w Argentynie? Był żołnierzem Wehrmachtu, pilotem RAF-u czy członkiem francuskiego ruchu oporu? Współpracownikiem bezpieki? Pragmatykiem? Konformistą? Czasem wprost, kiedy indziej między słowami zadane pytania przeplata wywiad z Fidelem Castro, turnus wśród Indian, strajk Solidarnościowców, wielotygodniowe podróże kamperem przez sawannę, masakra meksykańskich studentów w '68 czy herbatka z królową Anglii... Tony Halik tam był, o czym skrzętnie nam o tym opowiada. A Borchardt to weryfikuje. Jego cel to fakty, nie interpretacja. Owszem, widoczne w kadrze archiwalia nieraz poddaje ocenie obecnych w warstwie dźwiękowej osób, lecz padającego na bohatera światła nigdy nie dostraja pod reżyserską tezę.

Całą recenzję Gabriela Krawczyka znajdziecie TUTAJ

***

Leżakowanie
recenzja filmu "Kołysanka Maxa Richtera", reż. Natalie Johns

Walka z chorobą cywilizacyjną naszych czasów to koncept komercyjnie chwytliwy i intelektualnie pojemny. Podobnie intryguje pomysł Natalie Johns, by zrealizować poświęcony koncertom dokument. Fascynuje już iście maratońskie wyzwanie stojące przed wykonawcami. Na koncert składa się wszak 200 stron z nutami, 8 godzin nocnej gry, twardniejące krzesła, drętwiejące ciała, kurczące się żołądki i powieki, które chcą opaść. Nie co dzień też mamy okazję patrzyć na pół tysiąca polowych łóżek rzędami ustawionych wokół sceny. To szczególnie rzadki widok w takich a nie innych przestrzeniach (skrupulatnie zaaranżowanych przez Julię Mahr, zawodową i życiową partnerkę Richtera).

Park pod księżycem w centrum Los Angeles, wiekowa katedra, półotwarty barbakan, nieczynne skrzydło berlińskiej elektrociepłowni czy zabytkowa biblioteka w Londynie – każde miejsce na swój sposób dialoguje z instrumentami. Kompozycje, pomyślane jako ścieżka dźwiękowa do snu czy też muzyczne wypełnienie śniącej nieświadomości, najpełniej wybrzmiewają pod niczym nieograniczoną kopułą z gwiazd. Między biurowcami, wśród hałasów niezdolnej do zaśnięcia metropolii na myśl przychodzi z kolei teza z Jonathana Crary'ego o śnie jako ostatnim bastionie wolności w epoce pędzącego kapitalizmu. W świątyni zaś znany z albumu sopran wywołuje syndrom Stendhala, dowodząc mistycznego doświadczenia sztuki.

Krążącej wokół słuchaczy dokumentalistce udaje się nie zaburzyć tego przeżycia, a widzom dać jego namiastkę. Choć z filmu dowiadujemy się o uczestnictwie słynnego neurologa Davida Eaglemana w tworzeniu albumu, wchodzimy nieco w domową prywatność Richtera, poznajemy jego proces twórczy i biograficzny portret, fakty są tu tłem dla muzyki oraz emocji, które wywołuje. W przeciwieństwie do Richtera Natalie Johns nie zachęca do uśnięcia – 90 minut seansu daje jednak podobne wrażenie zaopiekowania przez kompozytora. Spanie jest przecież jedną z naszych najintymniejszych czynności. W "Kołysance Maxa Richtera" oglądamy osoby wystawiające się na widok, bezbronne, które zaufały muzykom i sobie nawzajem. Bez poczucia bezpieczeństwa o sukcesie tej inicjatywy nie byłoby mowy. Sen, stan najbardziej indywidualny, tutaj odbywa się w tłumie. Choć widzimy osoby uprawiające jogę, ktoś rozciąga się na leżaku, ktoś inny siada po turecku tuż pod sceną, to wśród dialogu fortepianu, smyczków, syntezatorów i kobiecych głosów panuje atmosfera powszechnej łagodności. To jakaś trudna do wytłumaczenia przynależność do wrażliwej na cudze potrzeby wspólnoty. Wybaczcie wylewność, ale idący po myśli Richtera dokument wywołał we mnie wrażenie czułej bliskości ze współsłuchaczami i współwidzami. Wraz z napisami końcowymi nachodzi człowieka dziwna potrzeba objęcia najbliższej osoby. Rzecz rzadko w kinie spotykana.

Całą recenzję Gabriela Krawczyka znajdziecie TUTAJ.
Udostępnij: