Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/NOWE+HORYZONTY+2019%3A+Za%C4%87paj+to+jeszcze+raz%2C+Sam-134115

NOWE HORYZONTY 2019: Zaćpaj to jeszcze raz, Sam

  • autor: Michał Walkiewicz
  • Relacja
Festiwal powoli zbliża się do końca. Michał Walkiewicz wybrał się na jedną z propozycji w tegorocznej sekcji Ciało  – kontrowersyjny "Yung" Henninga Gronkowskiego. Przypominamy również jego canneńską recenzję filmu zamykającego festiwal – to długo oczekiwane "Pewnego razuw Hollywood" w reżyserii Quentina Tarantino.

***

Dziewczyny z drużyny, "Yung", reż. Henning Gronkowski

Basy rozłupują czaszkę, alkohol leje się strumieniami, nazwy substancji psychoaktywnych układają się w nowy alfabet, zaś każda impreza to slalom pomiędzy słupami półnagich ciał. Witajcie w Babilonie! To trochę Berlin, a trochę młodość.

yung.jpg

Przewodniczkami po bujającym się do rytmu ciężkiego techno mieście są cztery nastolatki. Jana (Janaina Liesenfeld) uprawia seks za pieniądze, ale tylko po szkole, w końcu porządek musi być. Joy (Joy Grant) handluje narkotykami, ale lubi pokombinować dla zysku, czasem miesza kokainę z cukrem i solą. Lesbijka Emmie (Emily Lau) obnosi chmurną minę i generalnie jest w rozsypce, lecz dawki GHB odmierza na tyle precyzyjnie, by dożyć kolejnego dnia. O Abbie (Abbie Dutton) można powiedzieć jedynie tyle, że ma ręce, nogi, tułów i głowę. Wszystkie żyją na wiecznym rauszu, budzą się na permanentnym kacu i, mówiąc delikatnie, nie kują pomnika trwalszego niż ze spiżu. "To ten moment, gdy jesteś przekonany, że nie dożyjesz trzydziestki" – zapewniają.

Debiutujący za kamerą niemiecki aktor Henning Gronkowski traktuje podobne deklaracje bez charakterystycznego dla podobnych filmów protekcjonalizmu. Podąża za optyką bohaterek i przejmuje ich wrażliwość, dzięki czemu "Yung" nie jest ani moralizatorską połajanką, ani pornografią nastoletniego cierpienia. To raczej zapis imprezowej rutyny w niemal hermetycznej rzeczywistości – wyczyszczonej z problemów socjalno-bytowych, pozbawionej dorosłych, pełnej dzieciaków zafiksowanych w błędnym kole alkoholowo-narkotycznej jatki oraz odrodzenia z popiołów. To również nakręcona bez pudła relacja z piekła dojrzewania – w warstwie formalnej inteligentnie podkreślająca nadwrażliwość bohaterek (sporo ciekawych pomysłów na wykorzystanie kamery z ręki); w warstwie emocjonalnej spełniona dzięki naturalnej grze aktorskiego kwartetu. Kapitalna jest zwłaszcza Lau w roli Emmie – jej bohaterka zwykle przypomina gotowe do ataku, rozjuszone zwierzę, lecz chwile, w których zrzuca pancerz, są festiwalem delikatności, czułości i empatii. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

***


Chłopcy z tamtych lat, rec. filmu "Pewnego razuw Hollywood", reż. Quentin Tarantino

Pamiętacie kaskadera Mike'a, psychopatycznego mordercę kobiet oraz czarującego aforystę z innego filmu Quentina Tarantino? Otóż kaskader Mike siedział w jednej z teksańskich knajp nad miską tacos i wspominał złote lata, kiedy to ryzykował życiem w imię cudzej sławy. Dla lgnących do niego dziewcząt pytanie o szlagiery kina akcji z lat 70. było jednak retoryczne ("Czy wy w ogóle macie pojęcie, o czym mówię?" – pytał). Ulepiony z tej samej gliny kaskader Cliff (Brad Pitt) jeszcze nie drży przed podobnym losem, lecz starość już puka do jego przyczepy. Na autostradzie lubi wcisnąć gaz do dechy, lecz w życiu wozi się na jałowym biegu – z dala od reflektorów Hollywood, pod rękę z przebrzmiałą gwiazdą telewizyjnych westernów, Rickiem Daltonem (Leonardo DiCaprio). Ten ostatni, choć zapracował na willę z basenem i zajął nie najgorsze miejsce w masowej wyobraźni, przekracza właśnie smugę cienia. Obaj muszą ratować swoją karierę. Obaj potrzebują spektakularnego sukcesu. I obaj wyglądają, jakby dawno temu pogrzebali na to szanse. 

Once-Upon-a-Time-in-Hollywood-najlepiej-zarabiajacym-filmem-Quentina-Tarantino.-Pobil-rekord-Bekartow-wojny_article.jpg

Nie bez przyczyny Tarantino rozpoczyna swój film montażem równoległym – podczas gdy Rick i Cliff ruszają cadillakiem w swoją odyseję, do Ameryki przylatuje Roman Polański (Rafał Zawierucha) wraz ze swoją młodziutką żoną, Sharon Tate (Margot Robbie). I choć Tate nie odgrywa w intrydze kluczowej roli, jej losy pozostają interesującym kontrapunktem dla perypetii głównych bohaterów. Nie tylko z powodu ponurej kody, którą dopisało życie, lecz przede wszystkim z powodu ekranowego blasku Robbie, w którym reżyser zaklina całą prawdę o Hollywood. Niepozorna scena, w której Tate wybiera się do kina i ogląda samą siebie w "The Wrecking Crew" z Deanem Martinem, wydaje się kluczowa. To zwieńczenie długiej sekwencji jej spaceru po hollywoodzkim bulwarze, a następnie gagu, w którym wschodząca gwiazdeczka nie zostaje rozpoznana przez obsługę kina. Kiedy jednak gasną światła, a projektor zaczyna terkotać, sprawy przybierają poważny obrót: na twarzy Robbie zostaje odmalowana cała emocjonalna trajektoria wyświetlanego filmu. Czy to jest właśnie sekret Fabryki Snów? – pyta reżyser. Nawet jeśli czasem produkuje ona koszmary, być może nieśmiertelność jest warta każdej ceny? 
 
No właśnie: jest, czy nie jest? Dla niektórych autorów byłoby za wcześnie na odpowiedź. Ale nie dla Tarantino, który miłość do kina zamienił w mit założycielski swojej twórczości i zbudował na jego bazie prywatne, filmowe uniwersum. Dotąd tylko raz adaptował cudzy tekst: powieść "Rum Punch" Elmore'a Leonarda stała się filmową "Jackie Brown". A ja zawsze miałem mu za złe, że nie szukając wsparcia w literaturze, odbija się od luster, błądzi w repozytorium popkultury, że metatekstowe igraszki są dla niego punktem dojścia, zaś miraże wydają się ważniejsze niż bohaterowie z krwi i kości. Ale cóż mogę powiedzieć, skoro pod względem nastroju oraz rysunku bohaterów nowemu filmowi najbliżej właśnie do "Jackie Brown" – obrazu niedocenionego, nawet przez samego autora. To opowieść o ludziach, którzy zawsze robią krok do przodu i dwa kroki wstecz, furiatach oraz melancholikach powoli spychanych na margines. Zaś im wyraźniej Tarantino rysuje satyryczny obraz epoki – pyszne epizody dostają tu m.in. Bruce Lee, Steve McQueen oraz grany z fenomenalną lekkością przez Ala Pacino producent Marvin Schwartz – tym łatwiej dostrzegamy w Cliffie i Ricku zapomnianych bohaterów swojego czasu. Jasne, reżyser traktuje ich z firmową ironią i dystansem. Lecz podobnie jak kaskader Mike, pozostaje czułym strażnikiem pamięci o nich. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię