Relacja

WENECJA 2017: Lilipuci i kaznodzieja

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2017%3A+Lilipuci+i+kaznodzieja-124686
W środę po raz 74. ruszył festiwal filmowy w Wenecji. Na Lido nie mogło oczywiście zabraknąć naszych wysłanników. Łukasz Muszyński miał okazję zobaczyć komedię science fiction "Downsizing", zaś Piotr Czerkawski wybrał się na nowy film Paula Schradera, scenarzysty "Taksówkarza" i "Wściekłego byka". 

***

Małe tęsknoty (rec. filmu "Downsizing")

Choć Alexander Payne trzyma na półce dwa Oscary, dwa Złote Globy oraz statuetkę BAFTA, jego najnowsze dzieło czekało na realizację blisko dekadę. Trudno się jednak dziwić, że hollywoodzcy księgowi mieli opory przed wydaniem kilkudziesięciu milionów dolarów na film miksujący ze sobą satyrę społeczną, science fiction, powiastkę filozoficzną oraz historię miłosną. "Downsizing" to "Kandyd" w rozmiarze "Kingsajz" przemierzający "Drogę do szczęścia". Ekscentryczny komediodramat, który w lekkim tonie mówi o sprawach wagi ciężkiej. Portretuje pełną podziałów Amerykę oraz jej niedomagającą klasę średnią, w duchu klasyków egzystencjalizmu pyta o rozterki współczesnego człowieka, a na dokładkę snuje rozważania o dalszych losach naszej planety. Wbrew miniaturowemu tytułowi ambicje reżysera są więc całkiem spore.


W prologu filmu norwescy badacze dokonują niemożliwego – udaje im się wynaleźć sposób na zmniejszanie żywych istot. W komorze przypominającej wielką mikrofalówkę w ciągu kilku minut dorośli ludzie kurczą się do rozmiarów palca wskazującego! Naukowcy i politycy otwierają szampana. Homo sapiens nareszcie przestaną zmagać się z głodem, ubóstwem oraz nierównościami. W lilipucich metropoliach biedotę stać będzie na godne życie, a przeciętniaków na luksusy rodem z "Dynastii". Mijają lata, miniaturyzacja cieszy się coraz większą popularnością. W genialnym planie naprawy świata pojawiają się jednak kolejne luki. Czy mali ludzie, którzy mniej wydają i płacą niższe podatki, powinni mieć takie same prawa obywatelskie jak duzi? Jak walczyć z tycimi terrorystami? Co począć z napływem maciupkich nielegalnych imigrantów? Być może rozmiar nie ma znaczenia, skoro ludzkość i tak zawsze wpadnie na pomysł, jak się unieszczęśliwić.

Do mikroświata będącego Ameryką w pigułce wędrujemy wraz z Paulem Safrankiem, poczciwym terapeutą zajęciowym z Omahy. Mężczyzna chciałby wreszcie "pożyć", zamiast użerać się z hipoteką, kredytem i pracą, która nie zaspokaja jego ambicji. Miniaturyzacja ma być resetem, ratunkiem, drugą szansą od losu. Safranka gra Matt Damon, nasz człowiek w Fabryce Snów. 

Całą recenzję Łukasz Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ


***

Droga krzyżowa (rec. filmu "First Reformed"


Kręte są ścieżki kariery Paula Schradera. Amerykanin wsławił się wprawdzie napisaniem scenariusza do "Taksówkarza", ale na swoim koncie ma też między innymi zmiażdżony przez krytykę film z aktorem porno Jamesem Deenem. Nawet jeśli byliśmy przygotowani, że po takim twórcy możemy spodziewać się wszystkiego, "First Reformed" przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania i bynajmniej nie jest to komplement.



Opowieść o egzystencjalnych rozterkach pewnego pastora może i zaczyna się jak film Bergmana, ale kończy już niczym "Ojciec Mateusz". Trudno odpędzić się od myśli, że Schradera zgubił głównie grzech pychy. Scenariusz składa się z, mówiąc łagodnie, zbioru luźnych reżyserskich refleksji na absolutnie każdą okazję. Gdyby jednak chcieć nazwać rzecz po imieniu, należałoby przyznać, że mamy do czynienia z niedającym się do obronienia bełkotem. Dość powiedzieć, że pojemny świat "First Reformed" mieści w sobie polityczne spiski, akcje szalonych ekologów, zabiegi gastroskopii i – nie żartuję – scenę lewitacji bohaterów nad ośnieżonymi szczytami gór.

Najgorsze jest to, że swoje absurdalne wizje Schrader traktuje z iście śmiertelną powagą. Chwilami można odnieść wrażenie, że amerykański twórca stał się gorliwym wyznawcą sekty Terrence'a Malicka. Bohaterowie "First Reformed" – wzorem choćby postaci z "Song to Song" – z lubością łączą wysokie z niskim i płynnie przechodzą od pochwały jazdy na rowerze do refleksji nad naturą kosmosu. Pal licho formę, gdyby w ten mało atrakcyjny sposób przekazywano nam przynajmniej autentycznie ciekawe refleksje. Niestety, Schrader może i cytuje w scenariuszu pisma Thomasa Mertona, ale w swoim postrzeganiu rzeczywistości nie różni się od paranoików z pierwszego lepszego forum internetowego. Z grubsza reżyserowi chodzi zatem o to, że Bóg milczy, młodzież siedzi z nosem w smartfonach, a ludzkość nic nie robi sobie z globalnego ocieplenia.


Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ

 
Udostępnij: