Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2019%3A+Szpiedzy+tacy+jak+my-134551

WENECJA 2019: Szpiedzy tacy jak my

  • autor: Klara Cykorz, Małgorzata Steciak, Łukasz Muszyński
  • Relacja
Przed Wami kolejna porcja recenzji filmów walczących o Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji. Klara Cykorz i Łukasz Muszyński biorą na celownik kino szpiegowskie, z kolei Małgorzata Steciak pochyla się nad młodzieżowym melodramatem.

***

Pogrobowcy, rec. filmu "Wasp Network", reż. Olivier Assayas
autorka: Klara Cykorz

Nie będę ukrywać: najnowszy film Oliviera Assayasa, debiutujący w weneckim konkursie zaledwie rok po premierze "Podwójnego życia" na tym samym festiwalu, nie spotkał się z ciepłym przyjęciem. Krytycy zrzędzą i obdarowują hojnie pałami; recenzenckie zestawienia zdecydowanie wygrywa inna konkursowa próba thrillera szpiegowskiego, spod ręki większego mistrza, to jest – Polańskiego. Ja jednak głosuję za Assayasem. Zostaliście ostrzeżeni. Jeśli uznacie, że jestem narratorką niewiarygodną, nic nie szkodzi. Assayas też jest narratorem niewiarygodnym. Na tym polega siła jego filmów – także tych ze środkowej półki.

4-_wasp_network_-_gael_garcia_bernal_and_penelope_cruz-h_2019.jpg

Akcja "Wasp Network" rozgrywa się tuż po upadku Związku Radzieckiego na Kubie i Florydzie, w atmosferze oczekiwania, aż posypie się i reżim Fidela Castro. Na Kubie bieda aż piszczy: braki żywości, przerwy w dostarczaniu prądu. Główny bohater, pilot wojskowy Rene Gonzalez (Edgar Ramirez), ucieka do Stanów, pozostawiając w Hawanie żonę (Penelope Cruz) i kilkuletnią córeczkę. Nawiązuje kontakt z kubańską organizacją dążącą do obalenia Castro. Jego śladem podąża Juan Pablo Roqoue (Wagner Moura) – też pilot, też weteran z Angoli, flirciarz, który szybko nawiązuje kontakty z amerykańskim wywiadem.

Tyle jeśli chodzi o punkt wyjściowy fabuły – z naciskiem na "wyjściowy". Film oparty jest na faktach, konkretniej – książce brazylijskiego dziennikarza Fernando Moraisa, i kto chce, szybko może zapoznać się z całą intrygą za pomocą Googlea. Ale w końcu Assayas kręci film niejako sensacyjny, a historia nie jest szczególnie znana poza granicami Kuby, tak więc opowieść jest pełna zawijasów i pułapek, w które widz wpada na rozpędzie hollywoodzkich przyzwyczajeń, by kolejny raz zrewidować swoje sympatie i postrzeganie świata przedstawionego. W którą stronę ciążą polityczne sympatie Assayasa, chyba nie tak trudno zgadnąć – film rozpoczyna plansza informująca o amerykańskim embargo nałożonym na Kubę – ale historia tak naprawdę nie rozgrywa się pomiędzy światowym mocarstwem a krajem przegranej strony, w którym wszystko się sypie. "Wasp Network" nie opowiada o państwach, tylko o ludziach uwikłanych w politykę; Stany Zjednoczone mało Assayasa interesują, to film o "Ameryce", "demokracji" i "kapitalizmie" w głowach samych Kubańczyków, tych w Hawanie i tych na Florydzie. Miga archiwalne nagranie Fidela Castro, trochę śmiesznego, jak to bywa ze starymi dyktatorami; pojawiają się kombinatorzy spod ciemnej gwiazdy, zwykli kryminaliści, "prodemokratyczni" "ludzie interesu". Kwestie zdrady i patriotyzmu rozpatrywane są z perspektywy jednostek – bohaterstwo może być rodzinną katastrofą – a poza tym główni bohaterowie, pogrobowcy starej wojny, nie ratują świata. Intryga kręci się wokół ratowania chwiejnej, biednej gospodarki. Tylko tyle i aż tyle.

Całą recenzję Klary Cykorz można przeczytać TUTAJ

***

Ta ostatnia sobota, rec. filmu "Lan Xin Da Ju Yuan", reż. Ye Lou
autor: Łukasz Muszyński

Szanghaj, 1941 rok. Do okupowanego przez Japończyków miasta powraca po latach słynna aktorka Jean Yu (Gong Li). Oficjalnie po to, by wystąpić w przedstawieniu "Sobotnia fikcja" reżyserowanym przez jej dawnego ukochanego, Tan Na (Mark Chao). Szybko okazuje się jednak, że w grafiku gwiazdy znajdują się także inne zajęcia. Najważniejszym z nich jest zdobycie dla aliantów tajnych informacji mogących wpłynąć na dalsze losy II wojny światowej. Jean wynajmuje pokój w hotelu, który okazuje się przybudówką obcego wywiadu. W miarę rozwoju akcji oczywistym staje się, że jeśli bohaterka zamierza wymeldować się z niego w jednym kawałku, przydadzą jej się nabity pistolet i celne oko.

49742-SATURDAY_FICTION_-_Official_still__Credits_-_Ying_Films_.jpg

Powyższy zarys fabuły nie oddaje w pełni charakteru "Lan Xin Da Ju Yuan". Pracując na matrycy szpiegowskiego dreszczowca, chiński reżyser Ye Lou mierzy się bowiem z zagadnieniami wykraczającymi poza formułę kina akcji. Nieprzypadkowo jednym z kluczowych rekwizytów w filmie jest pierwsze wydanie "Cierpień młodego Wertera", opatrzone w dodatku wpisem Nietzschego o pragnieniu, by nie pragnąć miłości. Twórca "Suzhou" opowiada o porywach serca, sprowadzających na bohaterów niebezpieczeństwo, a także o tym, jak sztuka i życie splatają się w żelaznym uścisku. Są tu momenty, gdy granica między rzeczywistością a sceniczną fikcją rozmywa się, zaś pojedynek wywiadów zamienia się w teatr. Prowadzący inwigilację alianci odgrywają przed otoczeniem role hotelowego konsjerża i właściciela antykwariatu, wrogowie udają sojuszników, z kolei Jean dla powodzenia misji musi wcielić się przed odurzonym lekami japońskim agentem w jego zmarłą żonę.

Sfotografowany efektownie w czerni i bieli, wypełniony odwołaniami do klasyki X Muzy (w tym do "Casablanki" i "Osławionej") film Lou miał potencjał, by harmonijnie łączyć ze sobą atrakcje kina mainstreamowego z ambicjami festiwalowego arthouse'u. Za to, że "Lan Xin Da Ju Yuan" ostatecznie nie spełnia jednak pokładanych w nim oczekiwań, winę ponosi nieprzejrzysty, przeładowany szczegółami scenariusz. Konia z rzędem temu, kto będzie w stanie połapać się w zagmatwanych motywacjach bohaterów oraz kulisach szpiegowskiej rozgrywki o najwyższą stawkę. Rozczarowuje również będący teoretycznie sercem filmu wątek miłosny. Między grającą oszczędnie Gong a mało charyzmatycznym Chao trudno dostrzec przepływające iskierki emocji: oddania, namiętności, tęsknoty. W efekcie film ogląda się przez większość seansu na zimno, z nutą lekkiego zniecierpliwienia.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ

***
   

Kino inicjacyjne w cieniu choroby, rec. filmu "Babyteeth", reż. Shannon Murphy
autorka: Małgorzata Steciak

Czas jest w relacji wszystkim. Umiejętność zarządzania nim to cnota, którą większość z nas próbuje opanować przez całe życie. Henry (Ben Mendelsohn) i Anna (Essie Davis) nie mają takiego luksusu – ich córka Milla (Eliza Scanlen) właśnie ma kolejny nawrót raka, rokowania nie są dobre. Od miesięcy nic jej nie cieszy, w miejsce dawnej otwartości na świat pojawiła się apatia i depresja. Pewnego dnia dziewczyna przyprowadza do domu na kolację Mosesa (Toby Wallace), drobnego dilera narkotyków. Starszy od niej, mocno pogubiony chłopak, którego uzależnienie doprowadziło do bezdomności, jest największym koszmarem każdego rodzica. Milla jest jednak zachwycona. Jej entuzjazm nie opada nawet kiedy niedługo później okazuje się, że gość ukradł połowę apteczki śmiertelnie chorej dziewczyny. Moses, z całą swoją nonszalancją i brakiem poszanowania wszelkich norm, daje Milli coś, o co bezskutecznie walczą jej najbliżsi od wielu miesięcy – przywraca jej apetyt na życie. Zdesperowani rodzice, na przekór zdrowemu rozsądkowi, postanawiają pozwalać córce się z nim spotykać.

17-_babyteeth_-_actress_eliza_scanlen_h_-_2019.jpg

Fabularny punkt wyjścia "Babyteeth" brzmi bardzo znajomo. Na początku wydaje się, że oglądamy kolejną wariację na temat kina nowotworowego w wersji dla nastolatków. Ona właśnie rozpoczyna chemię, on jest chłopakiem z problemami, którego połączy z nią splot przypadków. Ona niespodziewanie znajdzie dzięki niemu utraconą chęć życia, on – dojrzeje i zacznie brać odpowiedzialność za swoje decyzje. Widzieliśmy tę historię już wiele razy w różnych wariantach, od "Love Story", "Szkołę uczuć" przez "Earl, ja i umierająca dziewczyna". Debiutująca w pełnym metrażu Shannon Murphy korzysta z fabularnych tropów wypracowanych przez inicjacyjne kino z chorobą w tle, ale sprytnie nimi manipuluje, omijając zgrane do bólu klisze i emocjonalne wytrychy.

Do spółki ze scenarzystką Ritą Kalnejais znajduje w konwencjonalnej historii świeży punkt widzenia, usuwając poza kadr niemal wszystko to, co związane z chorobą. Zamiast tego skupia się na relacji Milli z Mosesem, na jej rodzicach, którym z coraz większą trudnością wychodzi ukrywanie przed córką narastającej rozpaczy i desperacji. Nie bez powodu w "Babyteeth" praktycznie nie ma scen rozgrywających się w szpitalach ani gabinetach lekarskich. Reżyserka usuwa ten aspekt na drugi plan, bo choroba i tak towarzyszy bohaterom na każdym kroku. Odkłada się w spojrzeniach rodziców, widać ją w skulonym z bólu ojcu robiącym Milli niepostrzeżenie zdjęcia podczas najprostszych czynności, wykończonej emocjonalnie matce niepotrafiącej wybaczyć sobie, że kiedy dziewczynka była mała, ona skupiała się bardziej na muzycznej karierze niż wychowywaniu dziecka.

Całą recenzję Małgorzaty Steciak można przeczytać TUTAJ.

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię