Relacja

Wenecja 2010: Dużo piachu, mało wody

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Wenecja+2010%3A+Du%C5%BCo+piachu%2C+ma%C5%82o+wody-64745
W Wenecji pustynnie. Bez obaw, nikt w ciągu ostatnich dni nie zasypał Kanału Grande. Pusto i sucho zrobiło się za to w filmowych światach.


Kelly Reichardt po raz kolejny sięgnęła po konwencję kina drogi. Niemal bezludne, amerykańskie przedmieścia z "Wendy i Lucy" zamieniła w "Meek’s Cutoff" na pustynny stan Oregon . Mamy rok 1845. Pod wodzą tytułowego Stephena Meeka przez kaskady rusza karawana emigrantów. Złożona przez niego obietnica skrócenia trasy okazuje się palcem na wodzie pisana, co nie daje bohaterom wielkich szans na przetrwanie (sucha preria, skaliste góry). Reżyserka tworzy nowy mit założycielski Ameryki oparty się na haniebnej legendzie fałszywego przewodnika, a którą to Oregończycy najchętniej wymazaliby z kart własnej historii. Świat przez nią przedstawiony widziany jest oczami kobiet, nie ma tu dynamicznych pościgów, patetycznych pojedynków i heroicznej śmierci. Jest brud, przejawy samozachowawczego instynktu i mały człowiek na tle wielkiej natury.


Z równie ekstremalnymi warunkami mierzy się Mohammed (Vincent Gallo) w najnowszym filmie Jerzego Skolimowskiego "Essential Killing". Z afgańskiego kanionu, w którym za pomocą bazooki uśmierca trzech amerykańskich żołnierzy trafia przez wilgotne cele rodem z Guantanamo do zimowej głuszy. Puls narracji bije jak u Hitchcocka: jest "trzęsienie ziemi" i pogoń za bohaterem. Jest również mroczna, niedająca się rozwiązać zagadka. Oto brutalne wizualnie (ostre kontrasty, niepokojące zmiany planów, rozmycia, krew lejąca się strumieniami na oślepiający bielą śnieg), behawiorystyczne studium człowieka zdanego tylko na siebie w obcej, nieprzyjaznej przestrzeni. Głód dopadający bohatera usprawiedliwia zasadę "zabij, aby żyć", trudno więc potępiać go jako bezwzględnego mordercę – ambiwalencja wpisana w fabułę wynika ze zmienności spojrzenia kamery. Raz widzimy świat z dystansu, innym razem odczuwamy to, co główny bohater: ogłuszenie od wysokich dźwięków helikoptera, halucynacje po zjedzeniu trujących jagód (świetna scena z osaczającymi postać psami). Słowa wyjaśnienia nic w tym przypadku nie pomogą, dlatego Skolimowski uczynił Mohammeda milczącym, a kobietę, która opatruje mu rany - głuchoniemą (w tej roli Emmanuelle Seigner). Bezsłowny zachwyt nad filmem w owacjach na stojąco okazał się w pełni zasłużony.



Gallo pojawił się ponownie także w swoim autorskim projekcie pod tytułem "Promises Written In Water", który w równym stopniu zachwyca co irytuje. Z czarno-białego obrazu sączy się narcyzm, a przez większą część achronologicznej opowieści jesteśmy zdani na śledzenie najmniejszych drgań twarzy bohatera granego przez Gallo – Kevina. Jedna ze scen doprowadza widza do absurdalnego śmiechu. Dialog między Kevinem a Mallory o jego ex-dziewczynie Collette powtarzany wielokrotnie w różnych tonacjach i konwencjach wystawia na próbę cierpliwość odbiorcy. Być może montażysta (Gallo) zagalopował się trochę i wkleił o kilka ujęć za dużo. Ostatecznie, duble prowadzą (między innymi) do pytania o to, co jest "prawdą ekranu", a co jedynie świetnie wyćwiczoną pozą. Jak widać granica między artystycznym odlotem a odpadem jest niebezpiecznie cienka.


U Jana Svankmajera coś niestety zaszwankowało. W "Přežít svůj život (teorie a praxe)" jest zdecydowanie za dużo teorii psychoanalizy, a za mało praktyki, która, jeśli się pojawia, to w irytujących tautologią sekwencjach. Humor z preludium, w którym reżyser ostrzega, że brakowało pieniędzy na realizację filmu i dlatego jest on tak słabej jakości – okazuje się niespełnioną obietnicą gry z widzem. Bohater, Eugene, zaintrygowany dziwnym marzeniem o kobiecie w czerwonej sukience, udaje się do gabinetu psychoanalityczki. W jego historii nie brakuje wielkich słów, analizy wszystkich możliwych kompleksów pod czujnym okiem ożywających portretów Freuda i Junga. Do zeszytu złotych myśli można też wpisać cytat z Nervala: "Nasze sny są jak drugie życie". Od banału niestety nie ustrzega ani asekuracja w podtytule (teoria i praktyka), ani kilka kęsów smakowitego surrealizmu. Zamiast oglądać senne zmagania bohatera, widz sam ma ochotę zmrużyć oko.


Mimo nocnej projekcji o spaniu na "Tsumetai nettaigyo" (Cold Fish) nie było mowy. Shion Sono stworzył własną wersję "Poważnego człowieka". Zamiast sugestii apokalipsy w finale, sprowadza piekło na ziemię, wylewa na korytarze opuszczonej kaplicy hektolitry krwi, prześcigając nawet Kubricka z "Lśnienia". Jego bohater Nobuyuki Shamoto (Mitsuru Fukikoshi) to przykładny ojciec i kochający mąż, właściciel sklepu zoologicznego, który nie skrzywdziłby nawet muchy, a tym bardziej małej rybki. Przez przypadek ścieżki jego rodziny krzyżują się z Yukio Murate (Denden) – grubą rybą w ichtiologicznym biznesie, który najpierw okrada, a potem zabija pomniejsze płotki. Murate bardzo szybko przejmuje kontrolę nad bliskimi Shamoto. Do czasu jednak, kiedy nad wyraz spokojny tatuś nie chwyci za nóż...


A już wkrótce trzy filmy Takashiego Miike: dyptyk "Zebraman" oraz "13 Assassins". Poranki i popołudnia poświęcę na zmagania z "Czarną Wenus" Kechiche’a, "That Girl in Yellow Boots" Kashyapa i "Drei" Tykwera. Na finiszu zajrzę jeszcze na "Road to Nowhere". Mam nadzieję, że ten tytuł nie okaże się komentarzem do werdyktu jury.