Bartosz Czartoryski

Rozmawiamy z Paulem Ruddem, gwiazdą "Ant-Mana i Osy"

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+Paulem+Ruddem%2C+gwiazd%C4%85+%22Ant-Mana+i+Osy%22-129336 Getty Images © Joe Raedle
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Rozmawiamy+z+tw%C3%B3rcami+oscarowych+%22Trzech+billboard%C3%B3w%22-127356

Rozmawiamy z twórcami oscarowych "Trzech billboardów"

WYWIADPodziel się

Dlaczego warto upijać się z gliniarzami? Czy Benny i Björn z ABBY to równe chłopaki? Na jakie idolki zasługują dziś młode kobiety?

Dlaczego warto upijać się z gliniarzami? Czy Benny i Björn z ABBY to równe chłopaki? Na jakie idolki zasługują współczesne młode kobiety? To tylko niektóre z wielu niezwykle istotnych kwestii, jakie Łukasz Muszyński poruszył w wywiadzie z twórcami genialnych "Trzech billboardów za Ebbing, Missouri" – scenarzystą i reżyserem Martinem McDonaghem oraz aktorem Samem Rockwellem. W minioną niedzielę ten drugi otrzymał Oscara za najlepszą drugoplanową rolę męską.


***

Martin, czy to prawda, że stworzyłeś scenariusz "Billboardów" z myślą o konkretnych aktorach?

Martin McDonagh: Role Mildred i Jasona były napisane pod Frances McDormand i Sama. Gdyby Frances odrzuciła moje zaloty i nie zgodziła się na występ w filmie, miałbym przechlapane. Nie wiedziałbym, kto inny mógłby zagrać tę postać. Potrzebowałem kogoś, kto byłby jednocześnie zabawny, ale nie na siłę, inteligentny, a przy tym budziłby postrach wśród ludzi. Nie wiem jak ty, Sam, ale ja się boję Frances.

Sam Rockwell: Ja też. Byłem bardzo podenerwowany na samą myśl, że stanę przed kamerą oko w oko z tą wspaniałą aktorką. Myślę, że jedną z największych zalet Frances jest jej uczciwość, poczucie prawdy, nonkonformizm. To anarchistka. Zresztą nie tylko ona, Woody Harrelson i Martin również tacy są.

MM: Sam, ty też nie należysz do najnormalniejszych ludzi.

Martin, twoim znakiem rozpoznawczym w teatrze i kinie stało się swobodne przenikanie komedii i tragedii. To celowa strategia artystyczna?

MM: Tak postrzegam życie. Nigdy nie jest ono w 100% smutne albo zabawne. Zazwyczaj obie te emocje mieszają się ze sobą w różnych proporcjach. Lubię wrzucać do jednego kotła słońce i burzowe chmury, to mój naturalny ton. Gdy montuję film, jestem brutalny. Muszę wyważyć nastrój opowieści. Dlatego w postprodukcji "Billboardów" wyleciało sporo zabawnych scen, które prawdopodobnie znajdą się w wydaniu DVD. Wycięty materiał trwa około 20 minut.

SR: Wywaliłeś chyba parę scen z moim udziałem.

MM: Były śmieszne, ale wychodziłeś w nich na jeszcze większego idiotę. Gdybym zostawił je w filmie, nikt nie uwierzyłby w finałową przemianę twojego bohatera. Powinieneś mi podziękować, uczłowieczyłem w ten sposób Jasona Dixona. 

Pamiętam pierwsze recenzje twojego debiutanckiego filmu, "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj". Krytycy nie od razu załapali, o co ci chodzi.

MM: Pisali, że mój film sam nie wie, czym chciałby być: komedią czy dramatem. Ale przecież dokładnie o to chodziło! Miał być jednym i drugim. Liczę na to, że tym razem spotkam się z większym zrozumieniem.

Martin, na ile doświadczenie wyniesione z pracy w teatrze pomaga ci dzisiaj w kręceniu filmów?


MM: Jeśli lubisz pisać dialogi, sztuki teatralne dają ci pole do popisu. Dlatego teraz, gdy przystępuję do pisania scenariusza, nie przejmuję się specjalnie tym, jak wypadną rozmowy między bohaterami. Wiem, że będą doskonałe (śmiech). Skupiam się raczej na fabule, która powinna być nieprzewidywalna. Widz musi mieć się na baczności. W każdej chwili może przecież nastąpić zwrot akcji, który wywróci historię do góry nogami. Przypomnij sobie pierwszą wspólną scenę Frances i Johna Hawkesa: to przecież istna karuzela niespodziewanych, popieprzonych zdarzeń.

Wasz film zaczyna się niemal jak klasyczny western.


MM: To ciekawe, że widzowie odbierają nasz film w ten sposób. Muszę przyznać, że sam wcale tak o nim nie myślałem w trakcie zdjęć. Kiedy jednak zobaczyłem na ekranie Frances, to, jak się zachowuje i porusza, od razu miałem skojarzenie z Johnem Wayne'em. Potem Carter Burwell zaprezentował mi muzykę, którą napisał do "Billboardów". Wiele jej fragmentów brzmiało, jakby zostały żywcem wyjęte ze spaghetti westernów. Nagle okazało się, że zrobiłem film o kowbojce.
Obaj kochamy filmy z młodym Robertem De Niro i Marlonem Brando. Gdy byliśmy szczylami, traktowaliśmy ich jak bogów. Przypomnij sobie tylko Travisa Bickle'a z "Taksówkarza" albo "Dzikiego". To goście, którzy mają wyłożone na normy społeczne i opinię otoczenia. Dziewczyny zasługują na to, by mieć podobne idolki. Mildred ma szansę stać się jedną z nich.
Sam Rockwell

W swoich poprzednich filmach koncentrowałeś się na mężczyznach. Tym razem postanowiłeś opowiedzieć o silnej, niezależnej kobiecie, która idzie na wojnę z całym światem. Skąd ta nagła wolta?

MM: Wciąż jest zbyt mało filmów o twardych kobietach, które potrafią wejść do budynku i postawić wszystkich na baczność. Taka postać jak Mildred otwiera przed scenarzystą całą masę nowych możliwości. Moja bohaterka nie potrzebuje spluwy, żeby zastraszyć wszystkich dookoła. Wystarczy, że warknie albo rzuci jakąś obraźliwą odzywkę, a ludzie truchleją. 

SR: Obaj kochamy filmy z młodym Robertem De Niro i Marlonem Brando. Gdy byliśmy szczylami, traktowaliśmy ich jak bogów. Przypomnij sobie tylko Travisa Bickle'a z "Taksówkarza" albo "Dzikiego". To goście, którzy mają wyłożone na normy społeczne i opinię otoczenia. Dziewczyny zasługują na to, by mieć podobne idolki. Mildred ma szansę stać się jedną z nich.

Martin, nigdy nie przeszło ci przez myśl, że "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to nieco zbyt ekscentryczny tytuł? Z marketingowego punktu widzenia wykorzystanie go było odważnym posunięciem.

MM: Dziękuję. Obiecuję ci, że jeśli nakręcimy sequel, tytuł będzie jeszcze dłuższy (śmiech). Mówiąc serio:  podoba mi się ta nazwa. Jest długa, niezdarna i odrobinę głupia. Cokolwiek by jednak o niej mówić, zapada w pamięć. Trochę jak "Lot nad kukułczym gniazdem".

Sam, w "Billboardach" wcielasz się w postać małomiasteczkowego gliniarza Jasona Dixona. Czy przed rozpoczęciem zdjęć spędziłeś trochę czasu z prawdziwymi stróżami prawa?

SR: To była część przygotowań do roli. Chciałem zobaczyć, jak się poruszają i rozmawiają ze sobą. Samo oglądanie programu "Cops", którego swoją drogą jestem wielkim fanem, nie załatwia niestety problemu (śmiech).   

Czy policjantów nie denerwowało to, że uważnie śledziłeś ich każdy ruch?

SR: Nie zachowywałem się jak jakiś stalker. Po prostu się z nimi bujałem tak jak kiedyś z Chuckiem Barrisem, którego grałem w "Niebezpiecznym umyśle".  Tym gościom trzeba dać trochę czasu, by się rozkręcili. Gdybym uciął sobie z nimi godzinną pogawędkę, a potem grzecznie się pożegnał, niczego bym od nich nie wyciągnął. Im więcej czasu spędzasz z gliniarzami, tym bardziej robią się wyluzowani i otwarci. Można ich wtedy na przykład upić. Robi się zabawnie. A propos, w ramach przygotowań do innego filmu gadałem ostatnio z facetem, który był kiedyś białym suprematystą. Potem się opamiętał i teraz pomaga innym, podobnym do siebie ludziom wydostać się z ksenofobicznych środowisk. Powiedział mi, że rasiści przede wszystkim nienawidzą siebie. I kiedy tak dumam nad swoim bohaterem, myślę, że coś jest na rzeczy. Jason nie ma chyba zbyt wielu powodów do zadowolenia.

GettyImages-913994720.jpg


Jestem fanem nakręconej w jednym ujęciu sceny, w której dostajesz ataku szału i zaczynasz siać zniszczenie. Opowiedz, jak ją zrealizowaliście.


SR: Kręcenie takich scen przypomina taniec. Musisz dokładnie pamiętać wszystkie kroki. Plan był prosty: miałem uderzyć biednego Caleba Landry'ego Jonesa gumowym pistoletem w twarz. On pada na ziemię i zamienia się miejscami z kaskaderem, którego chwilę później wyrzucam przez okno z pierwszego piętra. W tym czasie Caleb biegnie na dół, układa się na ziemi zalany sztuczną krwią i czeka na mnie. Nakręcenie całej sceny zajęło nam pół dnia. Wydarzenia na planie nadzorował świetny choreograf Doug Coleman, który wcześniej pomagał m.in. przy słynnej walce z niedźwiedziem w "Zjawie". Nakręciliśmy w sumie z pięć dubli, z których dwa nadawały się do użytku. W jednym dałem ciała, bo nie potrafiłem rozbić pałką szkła w drzwiach wejściowych. Nie wiem, czy wiesz, ale trzeba uderzyć w nie pod odpowiednim kątem, żeby elegancko się rozprysło. Ja w ogóle bardzo lubię długie ujęcia, bo są trochę jak praca w teatrze.

Nie byłeś chyba jedyną osobą w ekipie "Billboardów", która lubi pracę w teatrze.

SR: Woody i Frances zrobili masę przedstawień. Z kolei Martin zaczynał w teatrze i dopiero po latach spróbował swoich sił za kamerą. Zagrałem nawet w jednej z jego sztuk, zanim nakręciliśmy "Billboardy". Myślę, że nasze doświadczenie sceniczne uczyniło pracę na planie bardziej harmonijną i zdyscyplinowaną. Jesteśmy przyzwyczajeni do uczenia się na pamięć całych połaci tekstu i wielokrotnego powtarzania go.

Na koniec muszę zapytać o piosenkę, która rozbrzmiewa w jednej ze scen. Mam wrażenie, że jej przesłanie jest dokładnie takie samo jak to w waszym filmie. Wiecie, o który utwór mi chodzi?

SR: Chiquitita ABBY!

MM: Ten kawałek był zapisany już w scenariuszu. Myślałem, że użyję go w scenie z koktajlem Mołotowa. Okazało się to jednak niemożliwe: spaleniu posterunku towarzyszą przecież płynące z offu słowa listu napisanego przez szeryfa Willoughbiego. Tekst piosenki zlałby się z tą wiadomością i zrobiłaby się z tego kakofonia. Ostatecznie wypróbowaliśmy Chiquititę w scenie z Dixonem. Brzmiała doskonale. Przy okazji wyszedł nam niezły żart – twardziel Dixon jest sekretnym fanem ABBY! Niestety, prawa do ich piosenek są bardzo drogie. Nie było nas na nie stać. Napisałem więc list do liderów zespołu, Benny'ego i Björna. Kazali mi wysłać fragment filmu, w którym chciałbym wykorzystać ich numer. Oczywiście zrobiłem to, dodając od siebie dwie poprzedzające sceny, aby panowie mieli lepszy ogląd całej sytuacji. Spodobało im się. W ten sposób za darmo zdobyłem piosenkę ABBY. Na łamach tego wywiadu mogę jeszcze raz podziękować zespołowi za okazaną pomoc. ABBA rządzi!
20