Herosi z pawlacza: Indiana Jones i John McClane

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Herosi+z+pawlacza%3A+Indiana+Jones+i+John+McClane-43357
HEROSI Z PAWLACZA VOL. II: INDIANA JONES I JOHN McCLANE
Jest ich czterech: wygadany następca Humphreya Bogarta w przepoconym podkoszulku, archeolog prowadzący podwójne życie, leworęczny bokser z „tygrysim okiem” i komandos, który „w piekle czuje się jak w domu”. Najstarszy z nich zawładnął sercem widzów ponad trzydzieści lat temu, resztę wylansowały lata osiemdziesiąte. Niedawno zaczęła się era ich spektakularnych powrotów. Sentymentalny Rocky Balboa, brutalny John Rambo i totalna Szklana pułapka 4.0 już za nami. Dziś dzień po premierze "Indiany Jonesa i Królestwa Kryształowej Czaszki" prezentujemy drugą część tekstu Darka Aresta i Michała Walkiewicza o "fantastycznej czwórce" amerykańskiego kina.
Gdy na początku 1957 roku rak gardła pokonał ostatecznie Humphreya Bogarta, pozycja pełnokrwistej, alternatywy dla gibkich hollywoodzkich amantów pozostała bez godnego następcy. Wielu próbowało objąć tę schedę - w imię heroicznego poświęcenia kładli się więc spać w butach, by o świcie przemyć zęby whisky i zgodnie z Conradowskim imperatywem kłaść po twarzy ludzi nieprawych. Kodeks karny interpretowali po swojemu, dla kobiet wykorzystujących swe wdzięki byli oschli, wobec podłej rzeczywistości – ironiczni. Bili i dostawali lanie, kochali i porzucali. Podczas gdy od niechcenia jedną ręką trzymali fason, drugą chwytali się niewzruszonych zasad moralnych. I choć gdy nastała epoka Reagana, klasyczne kino amerykańskie dawno już nie żyło, lata osiemdziesiąte zrodziły przynajmniej dwóch bohaterów, którzy na swój sposób i z godnością tą tradycję kontynuowali.
NASI CHŁOPCY – TYLKO NIE WSPÓŁCZESNOŚĆ!
Indiana Jones i bohater "Szklanej pułapki" – John McClane, to kinowe ikony nowych czasów, ale zbudowane na resentymentach. Impet, z jakim pokonywali wrogów i zdobywali popkulturę, nie przeszkadzał im nigdy zwracać się twarzą ku przeszłości. Indianę Jonesa zobowiązuje już sam zawód archeologa i czas akcji (lata 30. XX wieku). Jego postać ma wielu ojców, ale bazuje na bohaterach komiksów, które w dzieciństwie fascynowały twórczy tandem Spielberg - Lucas. Dusza awanturnika jest jednak znacznie starsza, bo w pewnym stopniu realizuje mit epoki wielkich odkryć geograficznych, czasów gdy mapy wciąż pokrywały białe plamy. Te tęsknoty okazały się idealnie współgrać z potrzebami widzów, którzy jako pierwsi mogli poczuć ciężar ponowoczesności. Indiana, jak klasyczny komiksowy superbohater, stara się godzić dwie osobowości: uniwersytecki wykładowca z Princeton odkłada na bok maniery, gdy wciska na głowę kapelusz i chwyta długi bat. W pogotowiu trzyma także rewolwer Smiths & Wesson, bo mimo wszystko - jak przystało na reprezentanta epoki postępu - jest jednak człowiekiem nowoczesnym.
Większym "swojakiem" jest John McClane, co prawda zasiedziały we współczesności, ale brzydzący się wszystkiego, co poza nią wykracza. Sukces jego postaci opiera się jednak na tym, że w ferworze akcji, karty rozdaje kto inny. Za każdym razem musi się odnaleźć w nieswoim, nowoczesnym świecie. Nowoczesna technologia czai się na każdym kroku i dziarski gliniarz musie ją oswoić, jak nie elokwencją, to pałką. Jej scenariuszowe zadanie jest w serii niezmienne: działać w służbie zła, ewentualnie nawalić i narobić mnóstwa kłopotów. Bohater Willisa jest uosobieniem niepokojów końca ósmej dekady, a jego zwycięstwo we wrogim, nowoczesnym świecie, jest nadzieją na "starych nas" w nowych, gwałtownie zmieniających się czasach. John McClane to rocznikowe dziecko kontestacji (rocznik 1957), której trup w kulturze zdążył już wystygnąć. W oczy zagląda drapieżna nowoczesność: MTV nie nadaje ulubionych kawałków Creedence Clearwater Revival, w siłę rośnie terroryzm. Dzieci kwiaty znajdując swą ścieżkę do raju w krzemowej dolinie, nadwerężyły zaufanie do idei – bezideowcami okazują się tu nawet terroryści. To nawet nie – jak chciałby Andre Glucksmann – nihiliści, a zwykli złodzieje („niezwykli” jedynie ze względu na wysokość łupu). Mimo tego, przeciwnikom Mclane’a nie sposób zarzucić braku klasy i inteligencji. Już pierwszy, któremu stawić musi czoła, "czyta" go z niezwykła przenikliwością, nazywając kowbojem, Johnem Waynem.
McClane i Jones nie mogą mieć rozterek moralnych, bo reprezentują doskonałe w prostocie systemy wartości, w których pomiędzy tym, co jest dobre, tym co należy zrobić i tym co jest fajne, stoją bezwzględne znaki równości. Szelmowska dusza nigdy więc nie zbacza ze ścieżki zdrowego patriotyzmu. Zły człowiek jest wrogiem narodu, wróg narodu zawsze jest złym człowiekiem. Hollywood dało przy okazji wspaniałą lekcję łączenia eskapizmu ze sztafażem patriotycznym. Gdy wciąż trwała zimna wojna, silniejsze od jej lęków w przygodach obu bohaterów okazywały się fetysze złych nazistów. Indiana tłucze ich na wykopaliskach całego świata, a z łasym na artefakty Hitlerem (ich miejsce jest w muzeum!) stanie nawet twarzą w twarz. Także starcie nowojorskiego policjanta z uzbrojonymi Nibelungami (w niemieckim dubbingu obdarzonymi brytyjskimi imionami i pochodzeniem) mają charakter osobisty, nie ideologiczny. Cenne dla widzów okazywały się nieliczne niedoskonałości obu herosów. Postać nowych czasów musiała mieć swoje za uszami i być w skomplikowanych stosunkach z rodziną. Indiana nie tylko nie może porozumieć się z ojcem - naukowcem, ale w dorosłym życiu naśladuje nawet jego antywzór (w "Ostatniej Krucjacie" młody Indiana spotyka awanturnika w charakterystycznym kapeluszu). Każdy film, to kolejny niełatwy romans i związane z nim kłopoty – ale taka treść życia poszukiwacza przygód. John McClane przygód nie szuka. Przygody, w zasadzie katastrofy, lubią go i znajdują same. W dodatku - chociaż jest policjantem – zazwyczaj w czasie wolnym, gdy próbuje uporać się ze swoim popapranym życiem osobistym. Zawsze znajdzie coś do spaprania: nie tylko demoniczny plan międzynarodowej grupy przestępczej, ale też małżeństwo, czy karierę. Do tego ma przerzedzone włosy i klasyczną biała podkoszulkę, na której wyraźnie widoczne krew i brud znaczące jego niezwykłe wysiłki. Jest śmiertelnikiem, ale nonszalancja pakuje go w kłopoty i pomaga z nich wyjść z umiarkowanymi obrażeniami. McClane nadaje wadom kompletny urok, a nieskoordynowane ruchy tonącego zamienia w balet. Nie jest pierwszą postacią, która wobec problemów demonstruje swoje poczucie ograniczenia, ale przed nim tak pięknie na ekranie nie desperował jeszcze nikt.
Czasy się jednak zmieniają. Kiedyś próbował po prostu przeżyć, a jego ideologia mieściła się zwięźle w słowach Yippee-ki-yay, motherfucker. Dziś - po 12 latach urlopu – gotów jest podejmować zadania globalne. W czasach stałego zagrożenia terroryzmem, definiuje się od nowa, mówi, czym jest naród – potrafi apelować lotnymi słowy do jego sumienia - i rusza helikopterem w kraj. Musi być bohaterem – jak współczesne kino - totalnym, dobrym na wszystko. Każda akcja przynosi mu teraz powodzenie i - jakby już miał kontrakt na kolejny film – bez chwili wahania i cienia strachu, skacze w paszczę lwa. Kiedyś był desperatem – teraz desperata odgrywa. Nie ma dziś miejsca na strach i niezdecydowanie w amerykańskim sercu. McClane wygląda jakby przez dwanaście lat, które minęły od jego ostatniego występu, był przechowywany w warunkach laboratoryjnych – jedynie rzadki włos spadł mu z głowy. Niedawno na krawędzi alkoholizmu, teraz w szczycie fizycznej i umysłowej formy – potrafi nawet własnoręcznie zutylizować myśliwiec. Nic dziwnego, że starość boi się i nie zagląda mu w oczy. Czy może zajrzeć w oczy Indiany Jonesa? Od jego ostatniego występu minęły dwie dekady i twórcy zapowiadają, że wiek uczyni go bardziej przenikliwym. Podstarzały awanturnik musi eliminować swoje błędy, bo już niezbyt przekonująco będą wyglądały desperackie próby ich naprawienia. Dzięki temu, że minęła Zimna Wojna, będzie mógł też nareszcie zetrzeć się z Sowietami.
NASZE FILMY: MIĘDZY IRONIĄ A TOTALNOŚCIĄ?
Totalność czwartej "Szklanej pułapki" nie dziwi. Stawką nie jest już tylko wieżowiec i grupa zakładników - dziś zagrożony jest naród i cały zachodni świat. Wróg dysponuje mocą boską: może McClane’a wytropić, zobaczyć dzięki kamerze monitoringu miejskiego i zaklinować w sterowanej komputerem windzie. Jak moglibyśmy ekscytować się czymś odrobinę skromniejszym, po tym, gdy na żywo oglądaliśmy walące się wieże WTC, gdy rzeczywistość przerosła nieśmiałe koncepcje, filmowych złoczyńców? Totalność nie jest jednak jedynie reakcją na terroryzm i sięgnęła także uciekającego od rzeczywistości kina przygodowego. Cyfrowe efekty specjalne, które miały je odświeżyć, całkowicie zmieniły jego oblicze. Rodzinne kino, pachnące styropianowymi dekoracjami, wyparły kolosy w rodzaju "Piratów z Karaibów". Ale Lucas i Spielberg nie zamierzają wprowadzać swojego bohatera w XXI wiek – ich widzowie złaknieni są właśnie retro-klimatu i reanimacji wspomnień. Nowy Indiana Jones będzie uciekał od formy współczesnego kina, którą – paradoksalnie – wypracowywał gorliwie i Spielberg. Reżyser, jak mówi, przełknął swoją dumę i starał się zapomnieć o ostatnich dwudziestu latach doświadczeń, realizując czwartą część tak, jakby działo się to 3 lata po poprzedniej. Janusz Kamiński dostał przykaz wzorowania swoich zdjęć na oryginalnej pracy Douglasa Slocombe (rocznik 1913!). Lucas, Spielberg i Ford długo przebierali w scenariuszach (nie zadowoliła ich ani praca M. Night Shyamalana, ani Franka Darabonta) i starali się polegać na klasycznej technice (udział CGI w efektach specjalnych ma nie przekraczać 30%). Deklaracja jest jasna: nie zawieść starych widzów. Ale, czy robiąc drogie kino, można sobie pozwolić na utratę potencjalnych widzów nowych, dla których czwarta część przygód archeologa będzie pierwszą, jaką zobaczą w kinie? Jak twórcy wybrną kleszczy pomiędzy nimi, a tymi, którzy jak John McClane czują niechęć do wszelkich nowinek, bo wiedzą, że już nigdy nie będzie takiej musztardy, jak kiedyś..
Kino w równym stopniu zmieniła technika, co łagodna rewolucja postmodernizmu. Czas niewinnych żarcików, także dla sensacji i przygody, odszedł z nadejściem pokolenia Tarantino, a szturmujący kulturę pastisz zaczął drążyć resztki czystości gatunkowej. „Szklana pułapka” i „Indiana Jones” nie tylko trzymały się gatunkowych wyznaczników scenariuszowych, ale wyznaczyły bardzo konkretny model historii. Eksploatowany zarówno w kolejnych częściach, jak i licznych, próbujących powtórzyć ich sukces, klonach. W przygodach archeologa z pierwszej i trzeciej części cyklu, zmieniają się jedynie rekwizyty – bez większych problemów można podzielić je na, odpowiadające sobie, kolejne sekwencje. „Turystycznemu” modelowi akcji (do pewnego stopnia powtórzonemu w seriach "Skarb narodów" i ekranizacjach gry "Tomb Raider") odpowiada w "Szklanych pułapkach" model klaustrofobiczny. Wpisał się on w kulturę na tyle skutecznie, że w użyciu jest nawet określenie die hard scenerio, określające typ scenariusza, w którym w zamkniętej arenie zdarzeń, samotny bohater sprytnie konfrontuje się z licznym wrogiem. Zgodnie z wymaganiami nowoczesnego sequela, zalożenia te poluźniają się w ostatnich dwóch częściach, inne jednak pozostają nienaruszone: McClane zawsze zdalnie (telefon, radio) kontaktuje się z, przebywającym w innej przestrzeni, sprzymierzeńcem, oraz przeciwnikiem i jego ekipą. Zawsze też wymyślne pobudki wroga skrywają jedynie złodziejskie intencje.
Indy i John robią unik przed zakusami pastiszu, bo ich postaci skonstruowano na połączeniu serio z ironią. Bohater Forda jest klasycznie poważny, ale otaczający go świat Nowej Przygody stawia go w komicznych sytuacjach. Ściera się więc z materią, naznaczając męski ideał odrobiną slapsticku. Ironistą nie jest postać, ale opowiadający jego historię. Elementy komiczne przemieszczają się w całej serii, znajdując kulminacje w trzeciej odsłonie. Czy kolejna część pójdzie jeszcze dalej? Dystans do inspirujących serię filmów z lat 50. może wzmocnić się o ten, który dziś dzieli nas od lat 80. – czasów powstania cyklu. Harrison Ford, mimo diety rybno-warzywnej i trzech godzin dziennie na siłowni, fizycznie nie sprosta herosowi sprzed lat, przyjdzie mu więc pewnie zrównoważyć to ciętym dowcipem. Sam świat wokół, także powinien mieć z niego więcej ubawu. McClane zawsze w tym względzie prowadził ze światem skomplikowaną grę. Jest mistrzem balansu: ironiczny wobec całkowicie poważnego świata filmu, nigdy tej jego powagi nie umniejszał. Zachowuje się, jakby do dynamicznego świata filmu trafił w efekcie pomyłki, jakby czuł, że jego miejsce jest na widowni. Przy tym nigdy śmieszny i prawie zawsze zabawny, nie narusza powagi filmu, nie unieważnia tak potrzebnego wszystkim świata, w którym dobre w sposób jasny oddzielone jest od złego. Jupikajej i do przodu, Panowie.