Recenzja filmu

Klątwa Doliny Węży (1987)
Marek Piestrak
Krzysztof Kolberger
Roman Wilhelmi

Najlepszy z najgorszych

W latach 80. na dobre w Polsce uformowało się kino rozrywkowe, którego kształt znamy po dziś dzień (komedie romantyczne, dzieła Patryka Vegi). Dokonuje się oczywiście zmian kosmetycznych, ale ...
W latach 80. na dobre w Polsce uformowało się kino rozrywkowe, którego kształt znamy po dziś dzień (komedie romantyczne, dzieła Patryka Vegi). Dokonuje się oczywiście zmian kosmetycznych, ale korzeń, z którego ów prekursor wyrósł, pozostaje cały czas nietknięty. W tym też czasie paru zapaleńcom przyszło do głowy stworzenie czegoś zupełnie innego. Ostatecznie można wymienić dwie z tak osobliwych i kuriozalnych pozycji, po czym obrać za czysty przykład kina gatunkowego: "Miłość z listy przebojów" – musical z 1984 roku w reżyserii Marka Nowickiego i przygodówka science-fiction z przebłyskami kina grozy "Klątwa Doliny Węży" z 1987 roku spod ręki Marka Piestraka. I tym też filmem pragnę się dzisiaj zająć.

Dzieło Piestraka stanowi jego opus magnum i choć udało mu się jeszcze zaistnieć paroma innymi pozycjami (choćby "Wilczyca"), to dla polskiego kina pozostanie reżyserem jednego z najgorszych polskich obrazów. Nie są to określenia na wyrost. Krytyka zmiażdżyła bezlitośnie film wkrótce po premierze, zaś popkultura szybko przypięła mu łatkę najgorszego, by uhonorować później w wyjątkowy sposób. Jednak zanim zacznę rozpływać się nad jakością, tudzież jej brakiem, pozwolę sobie wspomnieć słów parę o samej fabule.

Profesor Jan Tarnas (Krzysztof Kolberger), znawca zapomnianych kultur, spotyka na jednym z wykładów tajemniczego Bernarda Travena (Roman Wilhelmi). Traven wszedł w posiadanie tajemniczego manuskryptu, który po rozszyfrowaniu okazuje się mapą prowadzącą do potężnego skarbu w Dolinie Węży, której tajemnic strzegą miejscowi mnisi. Profesor, zapalony podróżnik i naukowiec, z miejsca zgadza się wyruszyć z Travenem do Wietnamu w poszukiwaniu znaleziska. Po drodze przyłącza się do nich reporterka Christine Jaubert (Ewa Sałacka). Cała trójka nie przypuszcza, z czym tak naprawdę będzie miała do czynienia…

Piestrak reżyserskiego sznytu uczył się od samego Romana Polańskiego, u którego praktykował podczas prac nad "Dzieckiem Rosemary". O ile nie śmiem podważać dokonań Polańskiego, tak do twórczości Piestraka muszę podejść z nutką pewnej ostrożności. Wprawdzie od początku zależało mu na wykreowaniu twórczej niszy, co udało się w pewnym stopniu, ale tylko nieliczni znają wspomnianą już "Wilczycę" czy też jej nieudany powrót, ale z pewnością o "Teście pilota Pirxa" słyszeli nie tylko miłośnicy prozy Lema. Nawet jeśli ustalić, że dzieła te są jakieś, tak trudno nie spoglądać na nie poprzez pryzmat "Klątwy Doliny Węży". Jej nieudolność jest bowiem zbyt trudna do przełknięcia, rzutując na całą resztę. Fabuła, choć rozpoczyna się jak typowy film przygodowy, szybko zaczyna zahaczać o elementy kina grozy. Te z kolei zaczynają przenikać przez świat agenta 007 i innych cudów rodem z kart komiksowych. Bałaganu tego nie da się w żaden sposób powstrzymać, gdyż nawet ciąg przyczynowo-skutkowy jest na tyle źle dopięty, że dziury fabularne sprawiają wrażenie, iż za chwilę pękną, spychając całość w odmęty. Dzieła zniszczenia zdają się dopełniać fatalny, bijący po oczach koślawy montaż, drewniane aktorstwo Ewy Sałackiej, znikający i wyskakujący niczym filip z konopi mnisi, nijak pasująca do klimatu filmu muzyka, że o stertach węży (wymienia się tu także gumowe atrapy) już nawet nie wspomnę. Jeśli jednak celem Piestraka było choć stopniowe zbliżenie się do poziomu podziemnych, kultowych już dziś osobliwości takich jak "Ludożerca", "Mroczny instynkt" czy parę tytułów z wideoteki pana Jesúsa Franco, należałoby bić mu brawa. Choć przez chwilę kinematografia polska mogła babrać się w zachodnim, niekoniecznie wysublimowanym luksusie. Reżyserowi ponoć marzył się polski "Indiana Jones". Ostatecznie co najwyżej można mówić o polskim "Planie 9 z kosmosu".

Choć i nie w samym Piestraku należy szukać tylko winy. "Klątwa" to wspólne dzieło polskich i radzieckich filmowców, którzy w dużej mierze je sfinansowali. Patrząc na oszczędność, która rzuca się w oczy, i średniej jakości efekty specjalne (jak na obecne czasy były złe, ale chyba nie aż tak), w schyłkowych latach Związek Radziecki zmagał się z powstrzymaniem nieuchronnego końca imperium Stalina, stąd też wzmożona chęć bycia najlepszym zeszła na dalszy plan. Reżyser później winą za klęskę artystyczną obarczył Rosjan, choć ci sami zbytnio się tym nie przejęli. Oddalona od zachodnich blockbusterów radziecka publika tłumnie pognała do kin. W samym ZSRR szacuje się, że film Piestraka obejrzało 25 milionów widzów, zaś w Polsce wskaźniki dobiły do miliona. Dzisiaj taka publika zwiastuje co najmniej uwielbienie w branży. Udaje się to jednak tylko nielicznym, a przy tym niekoniecznie zdolnym.

"Klątwa Doliny Węży" po latach wróciła na języki za sprawą zapalczywych kinomanów, którzy postanowili odkopać koszmarki światowej kultury, tworząc liczne zestawienia. W kilku z nich "Klątwa" zajmuje bardzo wysokie miejsca, zaś w zestawieniu ogólnopolskim trudno jej dorównać. Pod tym względem jest bowiem najlepsza. Lokalne kina specjalizujące się w przeglądach dzieł klasy B, nie zapominają uwzględnić jej w swym programie. Nie zapomnieli o niej także krytycy. Grupa dowcipnisiów w 2012 roku powołała do życia plebiscyt "Węże" będący odpowiednikiem amerykańskich Złotych Malin. Wężowe statuetki są wręczane najgorszym polskim obrazom, a nazwę zawdzięczają oczywiście felernemu filmowi Piestraka.

Oczywiście dzisiaj można patrzeć na "Klątwę Doliny Węży" nieco pobłażliwiej. Patrząc na ciarki-koszmarki, tj. "Kac Wawa" czy "Na układy nie ma rady", łatwo zauważyć, że kino stara się pokonać jakościowo film sprzed trzydziestu lat. Chęci są bowiem na tyle dobre, że na chybionej "StudniówceAlessandro Leone się nie skończy. Coś czuję, że dopiero się zaczyna. Póki co tytuł Polskiego "Planu 9 z kosmosu" oddaję w zasłużone ręce.
1 10
Moja ocena:
1
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
33% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
Udostępnij: