Artykuł

ARTYKUŁ: "Agora" - perwersja niewiary

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/ARTYKU%C5%81%3A+%22Agora%22+-+perwersja+niewiary-58796
Bez dogmatów

O religii mówić można dobrze, albo wcale – zdają się sugerować krytycy Amenábara. Jego film skłania do refleksji nad tym, czy można uczciwie opowiadać o Bogu, wierze i Kościele – bez dewocyjnego lukru, ani antyklerykalnego zacietrzewienia.
 
"Agora" Alejandro Amenábara jeszcze przed premierą wywołuje gorączkowe spory. Jedni widzą w niej film jawnie antychrześcijański, zaślepiony i pełen gniewu wobec katolików, inni zaś postrzegają hiszpańskie dzieło jako refleksję nad istotą fanatyzmu. Obie strony mają zresztą rację, bo "Agora" jest obrazem przewrotnym, mylącym tropy i inspirująco-niejednoznacznym. Nie powinno to dziwić miłośników Amenábara. Hiszpański reżyser to jeden z największych wywrotowców kina. W nakręconym trzynaście lat temu "Otwórz oczy" stworzył narracyjny majstersztyk, pełen zmyłek i fabularnych zapętleń, zaś w późniejszym "W stronę morza" zabierał głos w dyskusji o eutanazji i ograniczeniach ludzkiej wolności.


Wbrew regułom

Dziś hiszpański reżyser powraca do tego tematu, tworząc film śmiały i nieoczywisty. Opowieść o Hypatii, legendarnej greckiej filozofce, balansuje na granicy między historyczną prawdą i artystyczną nadinterpretacją. Amenábar traktuje historię Hypatii jako punkt wyjścia do rozważań nad zagrożeniami, jakie niesie ideologia, nad religijnym zaślepieniem i mechanizmem władzy tłumu. Jego film czytać można jako antyreligijny manifest i poruszający hołd dla kobiety, która poniosła śmierć za swoją niewiarę.

"Agora" jest w tym sensie filmem niemalże perwersyjnym. Hiszpański reżyser mówi o przemocy religijnej, nawiązując zarazem do schematów klasycznego kina biblijnego. Zupełnie jak w swojskim "Quo Vadis" mamy u niego wątek miłości między wpływowym członkiem społeczeństwa, a innowiercą; opowieść o niespełnionej miłości, nienawiści oraz oddaniu życia w imię ideałów. Tyle tylko, że u Amenábara te schematyczne rozwiązania zostają znacząco zmodyfikowane. W odróżnieniu od biblijnych obrazów główną bohaterką jego filmu jest kobieta, która zdobyła uznanie w patriarchalnej Aleksandrii początków V wieku, filozofka wierząca w siłę ludzkiego umysłu. Niezłomna Hypatia jest postacią mistyczną, a zarazem skrajnie odmienną od filmowych świętych. Zaangażowana w życie społeczności, skupia się nie na własnym wnętrzu i osobistych duchowych podróżach, ale na coraz dogłębniejszym poznawaniu świata, jego badaniu dla dobra całej ludzkości.

Film hiszpańskiego reżysera budzi żywiołowe reakcje. Jednak nie ze względu na przewrotność twórcy i niezwykłość jego bohaterki. Przyzwyczajeni do filmowych apologii chrześcijaństwa, widzowie nie potrafią zaakceptować świata przedstawionego przez Amenábara. W jego filmie religia jest bowiem usprawiedliwieniem przemocy i terroru. Aleksandria, o której mówią twórcy, podzielona jest między zwaśnione grupy: ostatnich pogan, Żydów i chrześcijan, zaś każda z nich chce dominować nad pozostałymi (czasy te znakomicie opisuje Pierre Chuvin w książce "Ostatni poganie"). Pokazując konflikty wyznawcami różnych religii, reżyser ukazuje wiarę wynaturzoną, zmienioną w szaleńczy fundamentalizm. Amenábar nie proponuje łatwych uproszczeń – w jego filmie okrutni są chrześcijańscy kaznodzieje, którzy w wrzucają poganina do ognia w ramach testu na istnienie jego bogów, a także poganie, którzy urażoną dumę próbują ukoić przelewając krew "parabolan". Ich "strawą jest gniew" – można by napisać, cytując Szekspira.

Amenábar patrzy na Kościół jako byt polityczny. Nie ma tu miejsca na mistycyzm i żarliwe uniesienia – zinstytucjonalizowane religie są jak frakcje walczące o dominację na miejskiej agorze. Fanatycy z wszystkich stron barykady łatwo znajdują usprawiedliwienia dla swoich występków, widząc w nich element boskiego planu. Liczne instynkty nienawiści i przemocy drzemią w ludzkich sercach (...) Do jakich spustoszeń potrafią być zdolne te elementarne siły z chwilą, gdy (...) moralne usprawiedliwienie, ideologiczne uświęcenie przychodzą im w sukurs i pobudzają je, miast hamować? – pytał przed laty Léon Poliakov. Film hiszpańskiego daje odpowiedź na to pytanie, pokazuje, że każda ideologia prowadzić może do zniewolenia jednostki.

Etykiety

Dyskusje, jakie towarzyszą jego filmowi, dowodzą, jak trudne są relacje między sztuką i religią. Recepcja filmów o tematyce religijnej pokazuje bowiem dobitnie, że kino może mówić o wierze albo dobrze, albo wcale. Albo jest się za, albo przeciw. Jeśli zaś jest się przeciw – łatwo narazić się na ataki samozwańczych cenzorów. W tym nurcie kina nie ma bowiem półśrodków.

Jest w tym zresztą coś przewrotnego. Nie trzeba wcale kręcić biblijnych adaptacji, by do historii kina przejść jako twórca kina stricte religijnego. Świadczy o tym przypadek Carla Theodora Dreyera – duńskiego mistrza kina, który zapisał się w dziejach X muzy jako twórca takich filmów jak "Męczeństwo Joanny D'Arc", "Dzień gniewu" czy "Słowo". Po latach oznaczono go etykietką reżysera kina religijnego, zapominając o złożoności jego obrazów – polemizujących z obowiązującą wizją protestantyzmu, antyklerykalnych i zwracających uwagę na zagrożenia płynące ze zinstytucjonalizowania wiary. Dreyer nie jest zresztą jedynym z reżyserów, których pośmiertnie ugrzeczniono, czyniąc niemalże częścią religijno-filmowej konfekcji spod znaku kina biblijnego.

Kino od wielu dziesięcioleci zdaje się bowiem niezdolne do poważnej dyskusji na temat religii. Nie jest to tylko winą reżyserów, ale publiczności, Kościoła, krytyków i mediów, które zbyt łatwo szufladkują religijne i antyreligijne filmy. I choć to te pierwsze z nich zyskują zazwyczaj większą przychylność, to właśnie obrazy kontrowersyjne, polemiczne i niepokorne przechodzą do historii kina. Zapisał się w niej Pier Paolo Pasolini swoim "Twarogiem", częścią nowelowego filmu "Ro.Go.Pa.G." z 1963 roku, czy też Luis Buñuel, który w nagrodzonej Złotą Palmą "Viridianie" szokował inscenizacją orgii przypominającej Ostatnią Wieczerzę.

W Polsce, gdzie od lat toczą się procesy Doroty Nieznalskiej, wydawać by się mogło, że atakowanie Kościoła jest najlepszym gwarantem frekwencyjnego sukcesu. Historia kina pokazuje jednak, że skandale religijne wcale nie są najczęstszą przyczyną społecznego oburzenia. Przeglądając leksykon "125 zakazanych filmów" opracowany przez Dawn B. Sovę, znajdziemy w nim ledwie osiem filmów zakazanych przez cenzurę z obawy przed obrazą religijną. Trafimy natomiast na przeszło sześć razy więcej obrazów ocenzurowanych ze względu na zbytnią erotyczną śmiałość. Mimo to religia wciąż zajmuje czołowe miejsce wśród drażliwych filmowych tematów.

Upadki złotych cielców

Najlepiej wiedzą o tym skandaliści, którzy zbijają majątek na kontrowersyjnych obrazach. Wystarczy mało subtelna sugestia dotycząca związku Jezusa i Marii Magdaleny, a już "Kod da Vinci" Rona Howarda wg powieści Dana Browna staje się przedmiotem protestów, a skandal napędza marketingową machinę. Choć w ostatnich latach to właśnie autor "Aniołów i demonów" stał się najgłośniejszym twórcą wchodzącym w konflikt z religijnymi dogmatami, bynajmniej nie ma on monopolu na oburzanie opinii publicznej. Naruszanie religijnych tabu od lat stanowi gwarancję komercyjnego powodzenia.

Świadectwem tego był choćby głośny "Egzorcysta" Williama Friedkina, który przed laty przykuwał uwagę amerykańskich cenzorów scenami przemiany Matki Boskiej w ladacznicę i masturbacji z użyciem krzyża. W jednym z miast w amerykańskim stanie Missisipi bogobojne władze aresztowały nawet kinooperatora, który ośmielił się pokazywać ów niemoralny film.


Seks i religia w kinie całkiem często chadzają wspólnymi ścieżkami, doprowadzając do palpitacji serc pobożnych kinomanów. Gdy w 1994 roku na nasze ekrany trafiał głośny "Ksiądz" Antonii Bird, katolickie organizacje urządzały pikiety przed drzwiami kin, a większość protestujących otwarcie wyznawała, że filmu nie widziała, ale lekturę odradza. Historia duchownego-geja zwyczajnie nie mieściła się w pejzażu nadwiślańskiej religijności, burzyła bowiem wyidealizowany obraz księży, jaki przez lata utrwalał się w rodzimej kulturze. W kraju, gdzie postrzega się ich często jako istoty uduchowione i wyrastające ponad codzienny porządek, każda rysa na wizerunku kleru okazuje się bolesna. Im większe piękno, tym głębsza skaza pisał Georges Bataille, a jego słowa potwierdzają kontrowersje towarzyszące takim filmom jak "Złe wychowanie" Almodovara, "Wątpliwość" Shanleya, "Zbrodnia Ojca Amaro" Carlosa Carrery czy "Siostry Magdalenki" Petera Mullana.

***

Nikogo nie powinien więc dziwić szum towarzyszący premierze "Agory". Film Amenábara jest przecież dziełem o wiele "groźniejszym" niż krytykowane przez Watykan przygody Harry’ego Pottera, "Kod da Vinci", "Avatar" czy antyklerykalne, zacietrzewione obrazy. Hiszpański twórca zaprasza nas bowiem do rozmowy na temat fundamentalny, pyta, czym jest religia i kiedy przeradza się w niebezpieczną ideologię. Opowiadając historię "męczeństwa za niewiarę", mówiąc okrucieństwie chrześcijańskich fundamentalistów, pokazuje, jak płynna jest granica między żarliwością i terrorem, między wiarą i ekstremizmem.

I choć wydawać by się mogło, że opowieść o Aleksandrii sprzed szesnastu wieków jest dziś cokolwiek nieaktualna, informacje o krwawych religijnych rzeziach w Afryce czy Azji pokazują, że warto potraktować film hiszpańskiego twórcy jako zaproszenie do poważnej rozmowy o współczesności – fundamentalizmie, terroryzmie i ksenofobii. Te mają się całkiem nieźle.