Artykuł

Adam Kruk o kosmicznych inwazjach

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Adam+Kruk+o+kosmicznych+inwazjach-62362
CZWARTY STOPIEŃ DO PIEKŁA

Pierwszym stopniem do piekła jest ciekawość. To właśnie ona  wystrzeliła człowieka w kosmos. Międzygwiezdne podróże nie są jednak tak niebezpieczne, jak wizyty obcych na Ziemi.

Inferno

Czwarty stopień, jak chce film Olatunde Osunsanmiego pod tym właśnie tytułem, prowadzi na chwilę do nieba. I tam dopiero kryje się prawdziwe piekło. Według Dantego piekło znajdowało się pod ziemią i miało kształt zwężającego się ku dołowi stożka, który wybił strącony z Nieba Lucyfer, spadając boleśnie na Ziemię. Potem utknął w stożku i, jak donosi "Boska Komedia", znajduje się na samym jego dnie. Od wieków optyka horyzontalna umieszczała to, co dobre na górze, a to, co straszne i pospolite – na dole. Dowody tego rodzaju metaforyki zachowały się w wielu językach świata – w polskim chociażby wzniosłość versus zdołowanie. Dopiero kultura popularna, adoptując ufologię, postawiła ten stan rzeczy na głowie. Wedle teorii o pozaziemskich przybyszach, największe zagrożenie czai się właśnie w niebie. Na Ziemi też zresztą nie jest bezpiecznie, bo niepostrzeżenie zza chmur wyłonić się może niezidentyfikowany obiekt latający. W obliczu zagrożenia, prawdziwego czy wyobrażonego, azyl znaleźć można w podziemiach (dawnym piekle), gdzie dzieje się akcja chociażby "Seksmisji", "Metropii", a nawet "Fantastycznego Pana Lisa". W wyprutym z metafizyki zachodnim świecie ufologia idealnie wypełnia lukę po religii. Zostawiając miejsce dla cudowności, jednocześnie nie zaprzecza technice – to właśnie ona jest u obcych cudownie zaawansowana.

Kto pamięta "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" Spielberga, domyśla się zapewne, że czwarty stopień musi być czymś bardziej zaawansowanym niż spotkanie. I czymś zdecydowanie bardziej traumatyzującym. Według ufologii "czwórka" to porwanie, a właściwe sekretne nocne uprowadzenie i zwrot człowieka z dziurą w pamięci. Pamięć o obcych w naszym życiu przywrócić może jedynie hipnoza, ale przywołanie tak ogromnej zmory bywa śmiertelnie niebezpieczne. Lepiej więc nie tylko nie spoglądać w górę, ale tym bardziej – w głąb swoich wspomnień. Tam kryje się piekło, które wydobyć może psychoterapeuta. Odwrócenie wektorów następuje zatem nie tylko w nacechowaniu góry i dołu, przewartościowaniu ulegają także podstawowe funkcje społeczne. W "Czwartym stopniu" policjant zamiast stać na straży prawdy, pilnować będzie ziemskiego zakłamania, a lekarz, zamiast pomagać, może pacjentowi zaszkodzić.


Naukowcy zresztą często maja ręce splamione krwią, o czym pisał ostatnio na Filmwebie Bartosz Staszczyszyn. Proporcjonalnie bowiem do rozwoju nauki narastała technofobia, a wraz z podbojem kosmosu zaczęto demonizować obcych. Zanim człowiek wylądował na Księżycu, kosmici, częściej niż sekretnymi demiurgami życia na Ziemi, byli wesołymi zielonymi ludkami łatwymi do poskromienia, jak w pierwszym filmie science fiction – "Podróży na księżyc" Georges’a Mélièsa (1902). Także w pionierskich popularno-naukowych filmach Pavla Klushantseva ("Planeta burz", "Księżyc", "Mars") kosmos wydawał się oswojony i zupełnie możliwy do zrozumienia przez człowieka. Problemem nie jest sama pozaziemska przestrzeń, a nieproszone wizyty na naszym padole. Przed nimi  przestrzegały już "Wojna światów" Byrona Haskina (1953) czy "Plan dziewięć z kosmosu" Eda Wooda (1959), których wymowa współgrała z zimnowojenną aurą. Większą i wielokrotnie lepszą sławą kosmici zaczęli się cieszyć wraz rozkwitem Kina Nowej Przygody, zaś najczęściej lądowali na Ziemi w latach 90.   

Millenium

Właśnie pod koniec XX wieku, w przedmillenijnej gorączce, niezdrowe zainteresowanie tym, co niepewne, oraz wiara w paranormalne zjawiska osiągnęły swoje apogeum. Był to czas, kiedy szczyty oglądalności bił kręcony od 1993 roku serial "Z Archiwum X", do którego nawiązuje właśnie "Czwarty stopień" (z domieszką "Przystanku Alaska" i "Miasteczka Twin Peaks"). Dzieło Chrisa Cartera urosło do rozmiaru fenomenu kultury masowej, stając się  prawdziwym symbolem dekady. Ale w latach 90. zmasowany atak na Ziemię w Dzień Niepodległości przypuścili także złowieszczy kosmici z filmu Rolanda Emmericha – reżysera, który w latach zerowych zapomniał już o życiu pozaziemskim i nacisk położył na ocieplenie klimatu ("2012"). Ten stary model, zapożyczony z zimnowojennego kina katastroficznego, słusznie obśmiał Tim Burton w "Marsjanie atakują!" (1997). Co najmniej bowiem od narodzin Kina Nowej Przygody wydaje się on już nieco archaiczny.


Współczesne bieguny opowiadania o obcych wyznaczył tak na prawdę Steven Spielberg dwoma swoimi wczesnymi filmami. Z jednej strony w jego "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia" pojawiła się tajemnicza, obca inteligencja, przerastająca nas wielokrotnie; z drugiej strony obcy w "E.T." był dobrotliwym kosmitą, mającym cechy pociesznego pieska. Pierwszy model pociągnęli twórcy właśnie "Z Archiwum X", eksplorując wszelkie możliwe teorie spiskowe. Wedle drugiego paradygmatu, w latach 90. dużą popularność zyskali zasymilowani kosmici, których kultura popularna skutecznie oswoiła. Jeszcze pod koniec lat 80. w kinach grasowała Kim Basinger jako kosmiczna macocha i okazywało się, że ziemskie dziewczyny są łatwe, a na ekranach amerykańskich telewizorów gościł "Alf" (wyświetlany u nas, z oczywistych względów, już w dekadzie kolejnej). Serial, wyraźnie "E.T." inspirowany, przekonywał, że moglibyśmy takiego stwora spokojnie zaprosić na obiad, schowawszy uprzednio kota u sąsiadów. Nic dziwnego, że niebawem przybyli kolejni obcy – zakręcona rodzinka z "Trzeciej planety od Słońca" pojawiła się na ekranach w 1996 roku, a kochliwe nastolatki z "Roswell" – trzy lata później. Znamienny jest fakt, że oba seriale, podobnie zresztą jak wyrażający najmocniej syndrom napięcia przedmillenijnego "Z Archiwum X", zniknęły z ekranów wkrótce po zamachach na World Trade Center 11 września 2001 roku. Właśnie wtedy skończyło się masowe zainteresowanie kosmosem. Brutalnie nadeszła nowa dekada i nowy wiek.


Nieprzypadkowo akcja "Czwartego stopnia" dzieje się właśnie u schyłku lat 90., w czasie kiedy ciekawość Hollywood była jeszcze wyostrzona – zanim piekłem okazał się walący w gruzy Nowy Jork. Zaraz potem optyka wielkich studiów, które błyskawicznie zareagowały na nadchodzący nowy wiek, zmieniła się diametralnie. Amerykanie, którzy od czasu wojny secesyjnej nie przeżyli żadnego konfliktu zbrojnego na własnym terytorium, zyskali świadomość, że nie trzeba już szukać wroga na zewnątrz planety, że sami potrafimy zgotować tu sobie niezłe piekiełko. Nieoczekiwany atak od wewnątrz sprawił, że sprawy hipotetyczne natychmiast zeszły na plan dalszy. Choć czasy fukuyamowskiego końca historii bezpowrotnie minęły, powrót tematyki UFO w "Czwartym stopniu" może oznaczać, że u progu lat dziesiątych, zamiast szukać kozła ofiarnego wśród swoich, znów zerkniemy w kosmos.

Dokumentaryzm

"Czwarty stopień" stanowi znak czasu jeszcze z jednej przyczyny –  ma on cechy zafałszowanego dokumentu. Historię o UFO na Alasce uwiarygodniać ma obecny na ekranie reżyser filmu – Olatunde Osunsanmi, a także Milla Jovovich, która występuje tu w podwójnej roli – gra na przemian dr Tyler i siebie samą. Jovovich-aktorka przekonuje, że wszystko, co oglądamy, wydarzyło się naprawdę, a inscenizacja odbywa się tylko dla potrzeb filmu (a więc naszej przyjemności czerpanej ze strachu). Trochę jak u Wołoszańskiego. Konwencja fabularyzowanego dokumentu, czy raczej fabuły udającej dokument, prowadzić ma do wrażenia autentyczności, które wyrosło na fetysz naszych czasów.

Rozmywanie granicy między przedstawieniem fabularnym a dokumentalnym to w dzisiejszym filmie tendencja generalna. Z jednej strony dokument zbliża się do fabuły, z drugiej zaś kreacyjność dokumentu prowadzi do tez o niemożności jego istnienia w ogóle. Żądza autentyzmu stała się obsesją współczesności, która nasila się  proporcjonalnie do świadomości niemocy jej osiągnięcia. Michał Warchala pisał, że: autentyczność jako swego rodzaju moralny postulat mieści w sobie całą tradycyjną problematykę rzeczywistości i pozoru. Tęsknocie za "autentycznym istnieniem" towarzyszy stały lęk przed nieautentycznością, udawaniem, sztucznością i kojarzącą się z nimi manipulacją. Podejrzliwość widza wymaga nieustannego przekonywania go, że, choć film jest przecież zawsze kreacją, można mu wierzyć. Ma temu służyć uwiarygodnianie filmów za pomocą, stosowanych także w "Czwartym stopniu" cytatów z rzeczywistości.

Wiemy już dziś, że rzeczywistości także nie można udzielić pełnego kredytu zaufania. Zaprzeczenie dokumentalnego wymiaru fotografii i filmu, które dokonało się chociażby poprzez demaskację propagandowego aspektu dokumentów z czasu II Wojny Światowej, dowiodło, że coś takiego jak czysty dokument w ogóle nie istnieje. Każdy rodzaj zapisu jest interpretacją. Nie oznacza to jednak, że zmanipulowane dokumenty w stylu Michaela Moore’a czy też podszywające się pod realność fabuły pokroju "Blair Witch Project" czy "Czwartego stopnia" nie mogą bawić i zastanawiać.  Nic bowiem nie tłumaczy fikcji tak dobrze, jak prawda, tę zaś zawsze warto ubarwić fikcją.


Adam Kruk - dziennikarz filmowy i muzyczny. Publikował m.in. w "Hiro", "Kinie", "Pulpie", "Kwartalniku Filmowym", "Toposie", "Images" i "Kulturze Miasta". Współautor książek "Cóż wiesz o pięknem?" i "Polskie kino niezależne" oraz bloga www.popvictims.wordpress.com.