Artykuł

Barwy kampanii

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Barwy+kampanii-90454
Polityka, seks, narkotyki, alkohol. Plus pieniądze, grupy interesów i fachowcy od wizerunku. Wyborcza rzeczywistość w celuloidowej pigułce. Nic, czego nie można wybaczyć – nauczeni doświadczeniem wiemy, że są jeszcze prawdziwe zbrodnie i wykroczenia.

Za nami wielki finisz. Wyścig rozpoczął się cztery lata temu. Więcej emocji niż sama kampania dostarczyły nam towarzyszące jej zjawiska pogodowe. A szkoda, bo powinniśmy nawet w Polsce poczuć, że 57. wybory prezydenckie w USA to nie jakieś tam lokalne rozgrywki, ale walka o całą ludzkość. Patos jest nieodzowny, ale nie może być inaczej, skoro wokół miliony (nie ludzi, lecz dolarów) i lampiony.


"Prezydent - Miłość w Białym Domu"

Tłumu nie interesują międzynarodowi przywódcy i towarzysząca im feta. Tłum chce poznać kulisy, które odsłonią ludzką naturę nadludzkich, opalonych, wybielonych i ogolonych, z odmłodzonymi twarzami, dłoniami, kolanami i małżonkami. Co jedzą, czy segregują odpady, czy w ich rodzinach panuje demokracja, czy w ogóle mają rodziny, o co się spierają. W sukurs jak zwykle przychodzi kino.

Ekonomia na bok. Prześledźmy wahania kursów seksualnych i to nie tylko samego prezydenta. Zinfiltrujmy całą jego rodzinę, a także tych wszystkich, którzy chcą się w niej znaleźć ("Prezydent – Miłość w Białym Domu"). Prześledźmy losy tej miłej, krótko obciętej pani z organizacji ekologicznej, która chyba chce zostać pierwszą damą. Która, choć rzeczywiście przyczyniła się do wzrostu poziomu endorfin w organizmie głowy państwa, może przyczynić się do również do jego politycznej klęski. Owszem, miłość w Białym Domu sprzedaje się bardzo dobrze. Ale jeszcze lepiej sprzedaje się skandal z płonącą flagą amerykańską w tle i miękkimi narkotykami na pierwszym planie. Nawet jeśli wszystko to było dawno temu, a prezydent wcale się nie zaciągał, to tych kilka motywów działa niczym magnes, przyciągając uwagę opinii publicznej, która w zamian za odrobinę satysfakcji gotowa jest zapomnieć o politycznych i etycznych zwycięstwach swojego przywódcy.


To, że polityka, to po pierwsze. To, że seks, to po drugie. To, że narkotyki i alkohol, to po trzecie. Plus pieniądze, grupy interesów i fachowcy od wizerunku. Wyborcza rzeczywistość w (filmowej) pigułce. Nic, czego nie można wybaczyć. Nauczeni historycznym doświadczeniem wiemy, że głębiej czają się autentyczne lub wydumane zbrodnie i wykroczenia. I jeśli w ogóle ujrzą światło dzienne, tylko od chwilowego kaprysu narodu zależeć będzie, na którą stronę przechylą one szalę zwycięstwa.

Watergate – słowo wytrych. Afera z początku lat siedemdziesiątych po dziś dzień wywołuje strach i niedowierzanie. Nie dowierzają głównie wyborcy, boją się zwłaszcza politycy. Pierwsi to naiwniacy, drudzy – pechowcy. Afera Watergate była końcem pewnej ery. Ery, która w kinie upływała pod znakiem "wszystkich ludzi prezydenta" – bardziej niż sztab wyborczy przypominających gangsterski półświatek. Odtworzone w filmie Alana Pakuli śledztwo dziennikarskie to pogoń za zastraszanymi świadkami, szemrane spotkania w nieciekawej okolicy z podejrzanymi informatorami oraz złowróżbne anonimy. Czy mogło być jednak inaczej, skoro krucjata przeciwko ostoi amerykańskiego ładu i porządku kończy się krytyką reguł rządzących wolnymi wyborami – jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, amerykańskim rytuałem. Ten zaś stał się kolejną mistyfikacją, sankcjonującą nieograniczoną władzę samego kapłana i otaczającej go świty. Zszargana została amerykańska niewinność, a wybory prezydenckie już na zawsze pożenione zostały z konwencją kryminału. 


Wybory, jak każdy umiejętnie zorganizowany i przeprowadzony rytuał, odwracają uwagę od rzeczywistości. Przed ołtarzem, otumaniony dobywającym się z kadzidła dymem, oślepiony bijącym od tabernakulum blaskiem, zapominasz o animozjach i konfliktach, zaczynasz wierzyć w harmonię. Podobnie jest przy urnie, w środku medialnego szumu, wśród liczb, faktów i spekulacji. Dopiero gdy znika towarzysząca wyborom otoczka, gdy nagle okazuje się, że to nie ty jesteś w centrum świata, możesz dostrzec, jak bardzo złudne było poczucie dobrze wypełnionego obowiązku.

Bywa oczywiście, że nie wystarczają tradycyjne wstążki, balony, przemowy i uściski dłoni, by odwrócić uwagę od wad kandydata. Czasem, jak w "Faktach i aktach", trzeba wywołać wojnę. W jakimś odległym, nieznanym przeciętnemu Jankesowi kraju, np. w Albanii. Czasem, bardzo rzadko, zdarza się, że urzędujący prezydent nadużyje władzy. W mniej lub bardziej haniebny sposób. Jeszcze rzadziej zdarza się, że na 11 dni przed wyborami, w których ma zagwarantowaną reelekcję, nadużycia te wychodzą na jaw. Nie warto zaprzeczać. Lepiej stworzyć całkiem nową rzeczywistość i umieścić w niej wyborcę, niech dostrzeże, jak niewiele w obliczu zła świata tego znaczą prezydencka podłość i niemoralność. I niech zrozumie, o ile ważniejsza jest prezydencka gotowość do obrony amerykańskich wartości.

 
"Fakty i akty"

Do akcji wkraczają specjaliści od tworzenia "tła" – skutecznie zakłócający odbiór rzeczywistości i mistyfikujący to, co znajduje się na pierwszym planie. Uwaga wszystkich koncentruje się na albańskiej dziewczynie w chustce na głowie i szarej sukience, która umyka przed bombardowaniem z dodanym w postprodukcji kotkiem w ramionach. I kiedy miliony Amerykanów ruszą do urn, nie trudno zgadnąć, kogo będą mieli przed oczami.

Wojna w Albanii ma w filmie Barry'ego Levinsona wyłącznie medialny charakter – coś nadal powstrzymuje speców od wizerunku od wywołania autentycznego konfliktu (pewnie jest to sukces tego rozgrywającego się tylko na ekranach). Inne czasy wymagają jednak bardziej radykalnych działań – dlatego w 2018 nikt nie dyskutuje, gdy pada pomysł współpracy z przybyłymi z Księżyca nazistami ("Iron Sky"). Współpracy? A może chodzi o czające się za rogiem zbrojne rozwiązanie kwestii niedobitków trzeciej Rzeszy – w końcu nic nie winduje sondaży skuteczniej niż walka w obronie ojczyzny i amerykańskich wartości. Wiadomo, zwycięży ten, kto podejmie najbardziej radykalne kroki, nie pozostawiające wrogom Ameryki szans na ocalenie.

Aby walka wyborcza mogła stać się faktem, najpierw odbywa się symboliczna batalia o tego jednego, wciąż niewinnego i nieświadomego, który ofiaruje swą nieskazitelność wybranemu kandydatowi. Jest niczym Święty Graal – jego obecność w sztabie wyborczym staje się gwarancją zwycięstwa wyborczego i moralnego. Bo skoro on pozostał przy kandydacie, to przecież kandydat nie może być zły. Charyzmy bohatera "Barw kampanii" Mike'a Nicholsa nie umniejsza nawet fakt, że jego wystąpienia publiczne oparte są na kłamstwie, sentymentalnych gestach i wystudiowanych zachowaniach. Zdobycie duszy ostatniego w całej Ameryce idealisty staje się doskonałym rozgrzeszeniem wszystkich politycznych i osobistych niegodziwości, bo udowadnia, że winy zostały odkupione, a grzechy odpuszczone – podobnie jest w "Idach marcowych". Czas kampanii to czas podwyższonej gotowości – do obrony i do ataku. Zwarte muszą być szyki sztabu wyborczego, solidne muszą być małżeńskie węzły. Nawet jeśli wszystko opiera się na pozorach, niedomówieniach i wciąż powracających wątpliwościach. Nawet jeśli znaczna część prezydenckiej ekipy, zamiast wierzyć kandydatowi, po prostu za nim podąża.

 
"Barwy kampanii"

Wybory – bez względu na to, jak dramatyczny byłby ich przebieg, jak wiele przeszkód pojawiłoby się na drodze kandydata i brudu na jego mankietach – zawsze pozostawiają widza z przekonaniem, że dokonany został najlepszy z możliwych wyborów, a każdy obywatel może spokojnie powrócić do uprawiania własnego ogródka. Zwycięzca zawsze jest lepszy od przegranego: może tamten ma więcej wątpliwości i oporów moralnych, ale ten, który zwyciężył musi być bardziej zdeterminowany, a takiego przecież kandydata poszukują Amerykanie. Taki właśnie musi być ich prezydent – gotów stanąć w obronie ich suwerenności. Jeśli zaś istnieje uzasadniona obawa, że do władzy dojdzie psychopata rozmiłowany w broni nuklearnej, na pewno powstrzyma go przewidujący przyszłość, powłóczący nogą nauczyciel ("Martwa strefa").

Kiedyś prezydenci współżyli i gorszyli, a dziś tylko "wyglądają" – są ostrożniejsi, grzeczniejsi, nudniejsi. Stworzony przez nich system jest coraz szczelniejszy, co czyni ich  nieatrakcyjnymi. Z odsieczą ruszają gwiazdy show biznesu. Lindsay Lohan wyznała, że w trosce o bezrobotnych oddała głos na kandydata republikanów. Pierwsze, co przychodzi do głowy – okrutny żart! Drugie – może coś ich łączy? To ewidentny sabotaż radykalnych środowisk lesbijskich. Czarnoskórzy celebryci też nawoływali i nagle wybór między republikaninem a demokratą urósł do rangi deklaracji – czy jestem rasistą czy też nim nie jestem? I tu następuje nieoczekiwana zamiana ról, bo głos oddany na czarnoskórego kandydata jest głosem rasistowskim, a głos na białego republikanina – głosem wolnych od wszelkich uprzedzeń rasowych.  A Lena Dunham, w imię solidarności z demokratami, porównała oddanie głosu do aktu seksualnego. Wybierz, z kim chcesz to zrobić po raz pierwszy!

Kandydaci byli tymczasem ostrożni. I choć sama kampania stawała się coraz bardziej absurdalna, a w trakcie jej trwania pojawiały się coraz dziwniejsze grupy wsparcia i inicjatywy, nie tracimy wiary - być może świat wreszcie zostanie uratowany.