Relacja

CANNES 2016: Dolan, Refn i ten najlepszy

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2016%3A+Dolan%2C+Refn+i+ten+najlepszy-117635
Rozstrzygnięcie konkursu głównego coraz bliżej. Swoje filmy pokazali już w Cannes Xavier Dolan ("To tylko koniec świata") oraz Nicolas Winding Refn ("Neon Demon"). Michał Walkiewicz nie ma jednak wątpliwości, że to Brazylijczyk Kleber Mendonça Filho ukradł całe show swoim "Aquariusem". 

***


Dym i lustra
(recenzja filmu "Neon Demon", reż. NWR)

Witajcie w gnieździe os. Wybieg jest długi i śliski, żądła konkurentek śmiercionośne, złe języki jak okiem sięgnąć. Szesnastoletnia Jesse (Elle Fanning) wchodzi do świata mody frontowymi drzwiami, jak wiele dziewczyn z prowincji, którym "facet imieniem Chad powiedział w barze, że się nadają". Nikt jednak nie ma wątpliwości, że trafiła pod właściwy adres. Gdy ją poznajemy, pozuje z malowniczo podciętym gardłem, a chwilę później mozolnie ściera się z siebie sztuczną krew. Ten motyw laminowania dziewczyny, konserwowania jej nieziemskiego piękna, będzie w filmie powracał. Pokusie ulegną wszystkie gwiazdy orbitujące wokół słońca, którym u Refna jest naturalna, nietknięta skalpelem ani męską dłonią Jesse.   


W ogóle sporo tu psychoanalitycznych symboli, zabaw w podwójne kodowanie, elementów baśni. Refn opowiada historię tak banalną, że wystarczyłoby jej na etiudę – naiwna dziewczyna z małego miasteczka opala się w świetle reflektorów, zaczyna wierzyć w to, co słyszy (a jak mówi jej szefowa: "ludzie wierzą w to, co słyszą") i z małej lolitki zamienia się w dużą. Reżyser ma jednak ambicję, by uczynić z niej coś więcej i zaprzęga w tym celu barokową formę. Dzieje się: pop-art i najtisowe wideoklipy, geometryczne odloty i spiętrzenia wielobarwnych faktur, suknie niczym zastygła lawa i kobiety jak usychające kwiaty. Wszystko w poetyce narkotycznego tripu, z rezonującymi w absolutnej ciszy dialogami albo pulsującą elektroniczną muzyką. Świat mody z jego filmu jest nęcący i odpychający jednocześnie, żarłoczny jak czarna dziura i zarazem pozbawiony grawitacji. Myślcie o "Neon Demon" jak o połączeniu "Czarnego łabędzia", "Under The Skin", późnego Lyncha i paryskiego tygodnia mody. O ile jesteście w stanie. 

Pod tą oślepiającą fasadą niewiele się jednak kryje. To tylko dym i lustra, partia rozgrywana zręcznie i na chłodno, bez jakiejkolwiek emocjonalnej intensywności, bez śladu erotycznego napięcia.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ

***


Miejsce na Ziemi
(recenzja filmu "Aquarius", reż. Kleber Mendonça Filho)

Lucia obchodzi swoje 70. urodziny. Ktoś wznosi toast, rodzina się uśmiecha, wnuki recytują życzenia. Zamiast cieszyć się chwilą, kobieta ucieka tęsknym wzrokiem w stronę starego kredensu. W jednej chwili widzimy ją w odmłodzoną o parę dekad, z głową kochanka między udami, w seksualnej ekstazie. Już za pośrednictwem tego błyskawicznego cięcia Kleber Mendonca-Filho dociera do sedna całej opowieści. Dom to coś więcej niż miejsce, które oswajamy i zagospodarowujemy. To w dużej mierze fundament naszej tożsamości. 


Motyw przestrzeni umożliwiającej takie nostalgiczne wycieczki jest w twórczości Brazylijczyka wyraźny. Już w swoim rewelacyjnym debiucie "Sąsiedzkie dźwięki" zamieniał zwyczajne osiedle w mauzoleum pamięci. Zagrożeniem dla tamtego świata okazywała się szemrana firma ochroniarska, której członkowie, nie pytając nikogo o zdanie, objęli mieszkańców kuratelą. Nikt nie wiedział, skąd się wzięli, ale dało się wyczuć, że ich obecność nie wróży nic dobrego. Tutaj z butami w życie bohaterów wchodzi ekspansywny developer. Wykształcony w Ameryce spadkobierca budowlanego imperium planuje wyburzyć tytułowy segment Aquarius i przerobić go na luksusowy apartamentowiec. I choć mieszkańcy jedzą mu z ręki, a brak skrupułów daje przewagę, to pozostała na placu boju Clara (Sonia Braga) nie wyprowadzi się z mieszkania. Na pewno nie z mieszkania, w którym kurowała się po walce z rakiem piersi, odchowała troje dzieci i przepracowała większość życia. 

Akcja znów rozgrywa się w mieście Recife – gospodarczym centrum prowincji Pernambuco i zarazem turystycznym raju. I tak jak kilka ulic na krzyż zamienia się w miniaturę społecznie rozwarstwionej Brazylii, tak i Clara okazuje się uniwersalną reprezentantką klasy średniej.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.

***


Pokój syna
(recenzja filmu "To tylko koniec świata", reż. Xavier Dolan)

Coraz ciekawsze rzeczy dzieją się na playliście Xaviera Dolana. W "Mamie" Kanadyjczyk nie tyko zamienił "Wonderwall" Oasis w hymn młodzieńczej wolności (bohater rozciągał nawet kadr w trakcie refrenu), ale też wykorzystał "Blue" Eiffel 65 w charakterze dramatycznego kontrapunktu dla komediowej sceny. W swoim nowym filmie schodzi na jeszcze niższy krąg piekła. Z otchłani zapomnienia wyciąga "Dragostea din teï" mołdawskiej grupy O-Zone. Utwór służy mu za ilustrację słodkiej magdalenki: bohaterowie tańczą w kuchni, a ich pląsy przechodzą w teledyskową serię wspomnień z dzieciństwa. I choć trudno w to uwierzyć, Dolan triumfuje wówczas jako reżyser.  


Bohaterowie nie mają zbyt wielu powodów, by tańczyć. Do rodzinnego domu, po latach, przyjeżdża syn marnotrawny. Louis (Gaspard Ulliel) wyjechał, by robić karierę dramatopisarza, a teraz wraca po własnych śladach i wpada w sam środek festiwalu resentymentów. Sfrustrowany brat Antoine (Vincent Cassel) ma mu za złe, że zawsze czuł się stworzony do wyższych celów i w końcu poświęcił dla nich rodzinę. Matka (Nathalie Baye) zaprasza na umoralniającą rozmowę o konieczności przekazywania mądrości nabytej w wielkim świecie. Siostra Suzanne (Lea Seydoux) chciałaby wyjechać, ale póki co odpala fajkę od fajki i skręta od skręta. Jest jeszcze bratowa (Marion Cotillard) – wycofana, przestraszona i – jak się okazuje – najtrzeźwiej analizująca niecodzienną sytuację. Oczywiście, Louis nie spojrzał któregoś dnia w kalendarz i nie stwierdził: "cholera, to już 12 lat". Jest śmiertelnie chory, przyjechał, by pożegnać się z rodziną. "Boję się, że nie będą nawet płakać" – mówi. Cóż, to uzasadniony strach. 

Moment, w którym bohater przekracza próg mieszkania, ustawia ton filmu. Wszyscy zdejmowani są w zbliżeniach, prują słowami niczym z karabinu maszynowego, a cała scena zapowiada mieszczańską tragifarsę.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ