Relacja

CANNES 2016: Quid pro quo

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2016%3A+Quid+pro+quo-117655
To już przedostatni dzień 69. Międzynarodowego Festiwalu w Cannes. Wielkie rozstrzygnięcie tuż za rogiem, tymczasem Michał Walkiewicz dzieli się wrażeniami z kolejnych filmów: rumuńskiego "Bacalaureat" autorstwa laureata Złotej Palmy, Cristiana Mungiu (na stronie znajdziecie również wywiad z reżyserem), zaangażowanej produkcji Seana Penna, "The Last Face", oraz rozczarowującego melodramatu "Mal de pierres" z Marion Cotillard.


Niemy krzyk
(recenzja filmu The Last Face", reż. Sean Penn)

Sumienie liberalnej Ameryki napada i nie bierze jeńców! Sean Penn po dziewięciu latach powraca do reżyserii, a kamerę zabiera do Afryki: od Sierra Leone przez Liberię po RPA. Celownik ustawia na Zachód i odpala salwy. Czyni to jednak w sposób, który nie przyniesie mu ani dobrej prasy, ani – żywię szczerą nadzieję – frekwencji w kinach. "The Last Face" to wykwit artystycznej desperacji, na który stać kogoś o ego rozmiarów małego czołgu.

Wren (Charlize Theron) i Miguel (Javier Bardem) poznają się w Monrovii. Ona przyjeżdża, by nadzorować misję humanitarną, on jest już na miejscu, ratuje życie ofiarom krwawej wojny domowej. Ona jest idealistką, którą interesuje makroskalą, on – niezłomnym siłaczem, który romansami osładza sobie nieco egzystencję w samym środku piekła. Wreszcie ona wierzy, że polityczna kawaleria ruszy wreszcie do Afryki i zrobi porządek z rządami terroru, a on jest przekonany, że nie ma co liczyć na pomoc z zewnątrz, że trzeba robić swoje, jakby jutro miało się nie wydarzyć. Horror, którego staną się udziałem, zmusi ich do poprzestawiania szczebelków na drabinie priorytetów i, oczywiście, połączy w ognistym romansie.

Ach, cóż to jest za romans! Słońce praży, oświetla sylwetki złotą łuną, draperie kołyszą się na wietrze, a za orkiestrę robią Red Hot Chilli Peppers z nieśmiertelnym "Otherside". Operator wyostrza detale twarzy, pot lśni na skórze, folkowe wokalizy ilustrują najprostsze czynności, gratisowo dostajemy tyle slow-motion, ile zdołamy unieść. Żeby było śmieszniej, dramat rdzennej ludności filmowany jest w tej samej, pretensjonalnej manierze. Penn zderza słodycz rozkwitającego uczucia z obrazami naturalistycznej przemocy, ckliwy sentymentalizm idzie u niego w parze z niemal pornograficzną celebracją śmierci. Ciała układają się w kopce, z oderwanych kończyn tryska krew, po ziemi walają się jelita, ale nie trwóżcie się, dziatki, za chwilę będziemy w raju. Wstaje świt. Ona podnosi palcami u stóp ołówek. On, uniżony, składa na jej łydce pocałunek. Takie cuda.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.


Egzamin dojrzałości
(recenzja filmu "Bacalaureat", reż. Cristian Mungiu)

"Czasem wielkie sprawy zależą od niewielkich decyzji" – słyszy od swojego ojca licealistka Eliza (Maria-Victoria Dragus). Wprawdzie wczoraj, w środku dnia i na ruchliwej ulicy, została napadnięta i niemal zgwałcona (jak dowiadujemy się z policyjnego raportu, napastnik nie osiągnął erekcji), lecz już jutro ma egzamin, który zadecyduje o jej przyszłości. Będzie furtką do prestiżowego stypendium w Londynie, albo szlabanem, który zatrzyma ją w rodzinnym Cluj. Dla córki to tylko egzamin, nic, co definiowałoby resztę życia. Dla ojca – wóz albo przewóz.


Są sytuacje, w których zdanie o wielkich sprawach i niewielkich decyzjach byłoby po prostu ojcowską maksymą, radą dobrą jak każda inna. Jednak w przypadku Romeo (Adrian Titieni) jest ono balsamem na podrażnione sumienie. Chcąc upewnić się, że lata nauki nie pójdą na marne, bohater prosi o pomoc przyjaciela z dzieciństwa, teraz komendanta policji, który zna mężczyznę z kontaktami w komisjach maturalnych. A jako że Romeo jest lekarzem, w zamian obiecuje przyspieszyć operację wuja jednego z policjantów. Niejako wbrew sobie, odsyłany z miejsca w miejsce z porozumiewawczym uśmiechem ("trzeba sobie pomagać" - usłyszy), wikła się w sieć nepotyzmu i tylko pozornie niezobowiązujących aktów lojalności.

To, co w wielu przypadkach byłoby wyłącznie politycznym oskarżeniem, rumuński mistrz Cristian Mungiu ("4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni") zamienia w fascynujący dramat zagubionego człowieka. Kamera nie spuszcza oka z Romeo, który idzie na coraz większe kompromisy, aby wypchnąć córkę z rodzinnego gniazda. I coraz głębiej wnika w jego duszę. Bohater - o twarzy i ciele wyśmienitego rumuńskiego aktora Adriana Titieniego - nie jest żadną figurą tragiczną, a Mungiu odkrywa w jego moralnie wątpliwej, ale nieprzejednanej postawie jakąś szlachetność. Wszystko, co najistotniejsze z dramaturgicznego punktu widzenia zostało wyrzucone poza kadr. Nie widzimy próby gwałtu, egzaminów, nie widzimy, jak matka Romeo traci przytomność w mieszkaniu, a kochanka dochodzi do wniosku, że czas na męskie decyzje. I chyba niewielu twórców współczesnego kina jest tak wiernych subiektywnej perspektywie wiodącej postaci. "Czyją optykę miałbym przyjmować?" - pyta Mungiu w wywiadzie dla Filmwebu - "Boga? Kogoś wszechwiedzącego?".

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.


Ostrożnie, pożądanie!

(recenzja filmu "Mal de pierres", reż. Nicole Garcia)

Oryginalny tytuł filmu, "Mal de pierres", oznacza w medycynie kamicę nerkową. To przypadłość, na którą cierpi bohaterka i której nabawiła się w seksualnie niespełnionym małżeństwie. Mało subtelna metafora w morzu mało subtelnych metafor. Dziwnym nie jest. Film Nicole Garcii powstał na podstawie prozy Mileny Agus, autorki będącej krzyżówką Jane Austen i Nicholasa Sparksa. Zabierzcie chusteczki. I nerwosol.


Gabrielle (Marion Cotillard) poznajemy nad brzegiem rzeki, kiedy daje upust swojej fascynacji lokalnym nauczycielem. Odtrącona przez mężczyznę po żenującym publicznym spektaklu, ucieka do lasu, czyli - uwaga, kolejna metafora - jedynego miejsca, w którym jej dzikie żądze nie będą przedmiotem krytyki i zostaną włączone w odwieczny rytm natury. Miarka się jednak przebrała, a matka dziewczyny nie zamierza tolerować dłużej tych wybuchów namiętności: Gabrielle musi ustatkować się z mężczyzną.

Wybór pada na weterana wojny domowej w Hiszpanii, Josego (Alex Brendemuhl). Plan wyswatania Gabrielle z uczciwym i społecznie pożytecznym mężczyzną brzmi nieźle, ale wiemy doskonale, że spali na panewce. Zwłaszcza, że na horyzoncie pojawia się inny weteran. tym razem z Indochin, pułkownik Andre Sauvage (obsadzony według zbyt oczywistego klucza Louis Garrel). Sauvage oznacza po francusku "dzikiego" i nic dziwnego, że serce dziewczyny szybko dziczeje. Jest młody, przystojny, przeorany wojną i naznaczony śmiertelną chorobą. Gra na pianinie, cierpi w zapoconych szmatach, zażywa opium i generalnie odstawia szopkę, która zawstydziłaby czołówkę francuskich romantyków. W to bohaterce graj!

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.