Relacja

Cannes: Boski Pedro

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Cannes%3A+Boski+Pedro-73833
Pod koniec festiwalu coraz trudniej pobudzić twórcom uodpornione na ekstremalne przeżycia zmysły widza. Udało się to Almodóvarowi. Jego "Skóra, w której żyję" niemal obezwładnia precyzją i bogactwem znaczeń i robi ogromne wrażenie. Choć – paradoksalnie – to chyba najchłodniejszy obraz, jaki Hiszpan do tej pory nakręcił.

Bohaterka filmu, Vera (Elena Anaya), czuje się nieswojo w nowej skórze. I wcale nie jest to metafora. Kobieta jest ofiarą eksperymentów Roberta (Antonio Banderas) – wybitnego chirurga, którego obsesją po śmierci żony w płomieniach stało się stworzenie doskonałej, wytrzymałej na ogień sztucznej powłoki ludzkiego ciała. Więziona w  jego komfortowym domu Vera przechodzi kolejne operacje, aż do czasu, gdy Roberto osiągnie doskonałość i przedstawi wyniki badań na sympozjum. Inni lekarze nie będą równie entuzjastycznie co Roberto nastawieni do wynalazku i podniosą kwestie natury etycznej: czy modyfikacja genetyczna (użycie świńskiej tkanki) była dozwolona? Czy aby wbrew oficjalnym wypowiedziom Roberto nie eksperymentował na ludziach? Jednocześnie na jaw zaczną wychodzić szczegóły z przeszłości Roberta, co Verę skłoni do tego, by w swoim prześladowcy szukać sprzymierzeńca.

Powiedzieć tyle o treści "Skóry, w której żyję" to nie powiedzieć nic. Lecz więcej nie mam sumienia zdradzać, bo ogromna przyjemność z oglądania tego filmu płynie między innymi z tego, że zaskakuje nie tylko fabularnie, ale i formalnie: nie wiemy, czy zmierzamy w stronę melodramatu, thrillera czy komedii kryminalnej. Sam suspens jest rewelacyjny – z jednej strony klasyczny, jak w filmach z lat 40. i 50., do których reżyser bezustannie się odwołuje, z drugiej – w swoim założeniu bardzo współczesny i almodovarowski.   

Choć przecież tym razem, jakże nietypowo, Almodóvar nie wymyślił sam fabuły, tylko oparł scenariusz na powieści. Książka Thierry'ego Jonqueta może przypominać "Pachnidło" Süskinda, ale już z ekranizacją Tykwera obraz Almodóvara ma niewiele wspólnego. To danie wręcz niepokojąco dopracowane. Wyważone, nie chcące wzbudzać w widzu gorących emocji. Pożegnajmy almodramę, powitajmy nowy, jeszcze nienazwany, gatunek.


Czemu twórca pozostaje wierny? Miłości do kina. Przywołuje oczywiście "Zawrót głowy" Hitchcocka, ale też "Oczy bez twarzy" Georges'a Franju i twórczość Fritza Langa. Za to inaczej niż w przedostatnim filmie, w "Przerwanych objęciach", nie wycofuje się w zacisze domowej wideoteki wypełnionej klasyką. Opowiada o akcie tworzenia w ogóle i o świecie, w którym człowiek porywa się na boską ingerencję.

Nad całością dominuje duch Roberta: niewzruszonego, bezwzględnego w dążeniu do celu. Z jednej strony sięga po niemal boskie prerogatywy, z drugiej – nie uczestniczy, jedynie obserwuje. Nie potrafi się zbliżyć do Very, ale obsesyjnie przygląda się temu, co dziewczyna robi. Widzi szał nocy letniej, seks kilku par w ciemności ogrodu. Freudystom zostawmy znaczenie wszystkich nieudanych stosunków, jakie mają miejsce w tym filmie. W każdym razie nie ma tu miejsca na piękno aktu seksualnego. Najbardziej celebrowane są nie sceny nagich ciał w łóżku, ale nagiego ciała na stole operacyjnym. Jednak namiętność z filmu Almodóvara się nie ulotniła, tylko została ukryta głębiej. Nawet Roberto, jak po chwili dostrzeżemy, mimo pozornego opanowania, targają bardzo silne uczucia. 


Almodóvar w trakcie konferencji po filmie przyznał się do pewnego pokrewieństwa z bohaterem, który wierzy niezachwianie w swoją moc sprawczą. Ale nie było w tym zarozumiałości, tylko pewność reżysera, który rzeczywiście, wciąż potrafi wyczarowywać niesamowite rzeczy.

***

Przez najbliższych kilka dni będziemy prezentować Wam różne aspekty festiwalowego życia w relacjach wideo prosto z Cannes. Codziennie na Filmwebie będziecie mogli również przeczytać recenzje festiwalowych filmów. Wszystkie materiały i informacje na temat Festiwalu w Cannes 2011 znajdziecie TUTAJ.